« Dzienniki - maj II - 2007 | Strona główna | Dzienniki - czerwiec I - 2007 »

30 maja 2007

Emigranci - Felieton

Zawsze się zastanawiałem co takiego różni pokolenia emigrantów, że się nie możemy ze sobą dogadać.

No... przede wszystkim, ubranie.
Starsza, powojenna emigracja z dostojną miną, zapięta na ostatni błyszczący guzik niebieskich, czy granatowych marynarek, w nieskazitelnie wyprasowanych jasnych spodniach - to wręcz ich służbowy strój. Oczywiście, panie w kremplinie i w złocie.

Patrzyli na nas - niedogolonych w znoszonych dzinsach i kraciastych koszulach – jak na eksponaty kremlowskiej szkoły darwinizmu.

Dzieci prl-u – tak nas nazywali i pewnie ciągle tak o nas myślą, choć dzieciństwo już mamy dawno za sobą i bardziej pasowałoby nazywać nas teraz dziadkami prl-u. No, ale wtedy jeszcze brody nam nie siwiały, włosy co prawda przerzedzone ale spojrzenie bystre. Wyuczona od dzieciństwa spostrzegawczość – co tu się da zaadoptować do naszych potrzeb. W końcu, pokolenie wyrosłe w PRL-u.

Starsze Polonusy – tak ich nazywaliśmy – szczycili się pięknymi ośrodkami polskiego życia kulturalnego i sportowego, nie mówiąc już o osobistych dobrach materialnych jak obszerne samochody i domy z ogródkiem.
My chudopachołki byliśmy przy nich... golcami. Patrzyli na nas podejrzliwie, trochę jak na krewnych diabła, bo wiadomo w jakim ustroju wychowani. Bez „honoru, Boga i ojczyzny”. Niektórzy bez ogródek nazywali nas... komunistami.
To nawet śmiesznie nam brzmiało, bo słowo to w socjalistycznej ojczyźnie zarezerwowane było dla „towarzyszy ze wschodu”.

My natomiast patrzyliśmy na powojennych, jak na przedstawicieli wymarłego gatunku, dinozaurów staroświeckości.
Jedno co nas zaskoczyło to to, że ci ludzie ciągle potrafią się świetnie bawić...
- W tym wieku... – potrząsaliśmy z niedowierzaniem głowami.
Ale zaraz dochodziliśmy do siebie i byliśmy święcie przekonani co do wyższości emigracji solidarnościowej (czyli dzieci prl-u) nad emigracją powojenną.
adelaide1.jpg

W czasie jednej z zabaw w polskim klubie wywiązała się taka oto rozmowa międzypokoleniowa.
- To ojcowiześ pan zostawił i w daleki świat ruszył.
- Niewiele tego było, zaledwie parę doniczek na balkonie.
- To teraz czworaki z balkonami budują w tej nowej Polsce?
- Co więcej, nawet windy się zdarzają. Niektóre na chodzie.
- A przed wojną to w Bristolu zawsze była na chodzie.
- O, przed wojną wszystko było dobre i w terminie.
- A propos terminu. Szkoły pan kończyłeś, czy w terminie byłeś?
- Tak, terminowałem u profesora Żardskiego.
- A do jakiego zawodu się pan przyuczałeś?
- Projektant układów logistycznych.
-?.. to u was w komuniźmie jakieś nowe profesje powymyślali. A powiedz mi pan, te strajki, to wy mieli pozwolenie, czy tak na dziko? U nas strajku bez pozwolenia nikt się nie odważy zrobić. Żaden union.

I tak to wyglądały Polonusów rozmowy.
No, ale czasy się zmieniły. Starsi dawno przeszli na emeryturę, wymierają. Solidarnościowcy, czyli dzieci prl-u przejęli dobra polonijne i teraz oni wyciągają z szafy garnitury zakupione na ślub córki, czy syna graduation i paradują w niedziele, wzbudzając skrzywienie ust u najnowszej Polonii.

Kiedyś słyszałem jak „solidarnościowy” Polonus pytał tego „najświeższego”:
- Pewnie o czerwonych makach na włoskiej ziemi to wam nie mówili?
- Owszem, każdy wie... produkcja pod ścisłą kontrolą, nie tylko tam, u nas też. Ale mnie to nie rusza, ja nie ćpam.

Najświeżsi Polonusi, to ci wychowani w wolnej Polsce, ludzie na ogół dobrze wykształceni i obrotni. Z niezłą znajomością języka. Zwykle, już poznali dobrze „zachód” przed decyzją wyjazdu. Tak, żaden z nich nie powie o stałej emigracji. To nie te czasy... Oni wyjechali, ale w każdej chwili mogą wrócić. Tak im się w każdym razie wydaje.


Wasz Chris
IMGP2405.JPG

« Dzienniki - maj II - 2007 | Strona główna | Dzienniki - czerwiec I - 2007 »