« Dzienniki - luty II - 2007 | Strona główna | Dzienniki - marzec I - 2007 »

27 lutego 2007

Czasy się zmieniają - Felieton

Tempora mutantur – czyli, po łacinie – czasy się zmieniają.

Prawda znana od wieków. Przypisuje się to powiedzenie władcy Franków – Lotariuszowi I z IX wieku przed naszą erą.
W tę oczywistą prawdę każdy wierzy, ale niewielu chce przyjąć do wiadomości w życiu codziennym. Spora grupa ludzi uważa, że tak jak było za czasów ich dzieciństwa – było najlepiej. I życie powinno się dostosowywać do tamtej epoki. Problem w tym, że każde pokolenie ma takich “naprawiaczy” i trudno wybrać ten najlepszy okres.
A prawda jest taka, jak w osławionym powiedzonku Czechów: to se już nie wrati.

Co było a nie jest nie pisze sie w rejestr – to następna mądra maksyma ludowa. To znaczy, była mądra do czasów kiedy premier Mazowiecki postanowił ją wprowadzić w życie, pod postacią “grubej kreski”. Przez to straciła na popularności przynajmniej u części społeczeństwa.

Dobrym przykładem przemian jest książka.
Przez wiele wieków należała do bogactw tego świata. W XV wieku, książka była tyle warta co dobry koń, a książka z ilustracjami – stanowiła wartość domu. A wiemy, że kiedyś jak budowano to budowano…
A już pod koniec XX wieku wpychano na siłę woluminy pięknie wydane i nikt nie chciał wziąć. Przy rozwiązywaniu biblioteki zakładowej w 1992 roku, mojemu znajomemu wciśnięto opasłe tomiska dzieł… Lenina. Ten nie w ciemię bity, zaniósł na makulaturę i jeszcze nieźle na tym zarobił.

To wielki błąd młodej demokracji, płacić tak wysoką cenę za złom i makulaturę. Przez to zniknęły raz na zawsze dzieła takich twórców jak: wspomniany Lenin, Marks, Engels. A i kilku rodzimych teoretyków przy okazji.
Teraz oczywiście żartuję, ale gorzej kiedy nagminnie ginęły figury i krzyże z miejsc pamięci, cmentarzy czy kratki studzienek na ulicach miast. Nawet elementy trakcji kolejowej – bo to się opłacało kraść i sprzedać.
Mam nadzieję, że euforia na skupy już minęła, bo przecież… czasy się zmieniają.

Teraz z innej beczki…
Na przestrzeni wieków ilość dni postnych w religii katolickiej dochodziła do dwustu, teraz mamy – DWA. A religia ciągle ta sama.

Kiedyś, 80 kilometrów było dla przeciętnego człowieka, dystansem nie do przebycia przez całe życie. Później dumnie okrążało się świat w 80 dni… w powieści. Teraz można go spokojnie z odpoczynkami oblecieć w 80 godzin. A 80 kilometrów często jedziemy na kawę do przyjaciół.

Dawno temu prezenty, to była domena najbogatszej warstwy ludzi, teraz nawet pies czy kot może się spodziewać prezentu na święta w większości domów cywilizowanego świata.
Za czasów mojego dzieciństwa halki służyły kobietom jako bielizna – teraz często jako strój wyjściowy… No ale tu wchodzimy w sferę działania innej maksymy: O tempora! O mores! – O czasy! O obyczaje!

Jedno co się nie zmieniło – to że się rodzimy i umieramy. Chociaż okres pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami się wydłuża.
No i jak od zarania dziejów, tłuczemy się między sobą. Może już nie maczugą, nawet nie szabelką ale zawiści, nienawiści i uprzedzeń jakoś nie łatwo nam się wyzbyć.
A sposoby na wzajemne wyniszczanie się znamy coraz lepsze i efektowniejsze!

Czy można uznać że: tempora mutantur et nos mutamur in illis (czasy się zmieniaja i my wraz z nimi)?

Wasz Chris
st. Peters4.jpg

« Dzienniki - luty II - 2007 | Strona główna | Dzienniki - marzec I - 2007 »