« Dzienniki - listopad II - 2006 | Strona główna | Marianna Dembińska - Opowiadania krotkie »

12 listopada 2006

Owoc zakazany - Felieton

Nastał sezon jagód… Nie, nie leśnych, to w naszych stronach niespotykane.

W tutejszych lasach nie ma jagodzin z ich granatowo-fioletowym owocem.
Aby zrywać jagody, trzeba jechać na farmę do plantatora…
Kilku farmerów w okolicy zajmuje się tego rodzaju sadownictwem i właśnie teraz jest sezon na zrywanie. A sezon chyba jest niezły, bo nie za upalnie ani za sucho. Krzewy jagodowe, to nie tak jak w polskim lesie krzaczki tuż przy ziemi, tu bardziej przypominają drzewka wiśniowe… No i nie trzeba się wcale schylać.

Obydwaj z Zenkiem wzięliśmy się z kopyta za rwanie, ale w plastikowych pojemnikach niewiele nam przybywało. Większość szła prosto do przełyku i przewodu pokarmowego.
I tu muszę się przyznać, że popełnialiśmy wykroczenie bo przy wejściu wyraźnie pisało: Proszę nie jeść jagod na plantacji!

Nie zauważyłem czy małym drukiem nie było dopisane: Nie dotyczy Polaków…
A to z tej przyczyny, że nie wyobrażam sobie jakiegoś Polaka aby odmówił sobie przyjemności zjedzenia jagody prosto z krzaka. I to nie z powodu łakomstwa czy obżarstwa, ale dla tej chwili wspomnień... powrotu do lat dziecinnych, kiedy to człowiek w pachnącym lesie objadał się jagodami prosto z krzaków.

A więc, jeszcze jeden nieżyciowy przepis, przynajmniej dla nas.
Już w tej chwili, żadnym alibi nie wykręcilibyśmy się od wykroczenia, bo zdradzał nas fioletowy kolor ust. Nasze języki wyglądały, jakbyśmy denaturat pili i to nie przefiltrowany przez chleb – jak to inny slynny Zen… Laskowik w skeczu opowiadał.
Mojemu przyjacielowi zaraz udzielił się błogi nastrój wspomnień i wtrącał dywagacje na temat nieżyciowych przepisów. A zaczął temat bardzo głęboko, bo aż od starożytności.

- Kiedyś – opowiadal – w czasach starożytnych obowiązywało prawo Hammurabiego: oko za oko, ząb za ząb. I z całą skrupulatnością było ono przestrzegane. Szybko jednak zmodifikowano je, w zależności od stanu posiadania i urodzenia delikwenta. Inną karę za to samo przestępstwo dostawał nisko urodzony, a znacznie łagodniejszą szlachcic. Zwykle, ci z błękitną krwią byli w ogóle ponad prawem. I tak to przetrwało do czasów nam prawie współczesnych, to znaczy, kiedy wprowadzono demokrację.
- No właśnie, teraz prawo jest równe dla wszystkich – zauważyłem.
- Tylko pozornie – wykrzywił się Zen – teraz też są ważne pewne czynniki w stosowaniu prawa. Teraz na przykład, bardzo ważne jest jakiej jesteś orientacji politycznej, do jakich układów należysz. A układy sie zmieniają. To co bylo strasznym przestępstwem jeszcze całkiem niedawno, teraz staje się modnym wręcz nowoczesnym . Taki homoseksualizm ! – stwierdził jednym tchem, aż mu jagoda z ust wypadła. Do niedawna ścigało go prawo na całym świecie. W Niemczech w latach 1935-45, stracono 50 tysięcy mężczyzn kochających inaczej, a 25 tysięcy wtrącono do obozów koncentracyjnych i to często tylko za pocałunek…Paragraf według którego byli ci nieszczęśnicy skazani, obowiązywał w RFN aż do 1969roku. A w “demokratycznej” części Niemiec usunięto go rok wcześniej. Ale do 1994 roku obowiązywał w znacznie łagodniejszej formie.
- A więc nie było lekko dla innej orientacji seksualnej, jak to się teraz delikatnie nazywa –
zauważyłem.
- To mało, prawie w całej Europie za to przestępstwo zwykle palono na stosie i to do XVIII wieku. W takiej Francji aż do 1810 roku. Nawet taka postępowa Wielka Brytania procesy o homoseksualizm zakończyła w roku… 1958. A teraz kraje te wioda prym w odwracaniu kota ogonem. Mówią o tolerancji i uszanowaniu odmienności. Śluby chcą im dawać… - zżymał sie Zen. – Widział kto małżeństwo czterojajeczne… makaron, owszem.
- Wiesz łatwo żartować, a problem jest znacznie poważniejszy – zauważyłem.
- Chris, ja nikomu nie bronię żyć jak mu się podoba, tylko niech mi nie wmawiają że to teraz trendy. I jak już chcą, to niech żyją na kocią łape! Po co te szopki z ceremoniami ślubnymi!
- Tu bardziej chodzi o uregulowania prawne – wtrąciłem.
- To oni nie znają życiowej prawdy, że owoc zakazany lepiej smakuje? – zakończył retorycznie Zen, objadając się w dalszym ciągu jagodami z plantacji.

Wasz Chris

« Dzienniki - listopad II - 2006 | Strona główna | Marianna Dembińska - Opowiadania krotkie »