« Dzienniki - Grudzień II - 2006 | Strona główna | Dzienniki - grudzień III - 2006 »

12 grudnia 2006

Król pawiowej - Felieton

Nike 2006 rozstrzygnięto już parę tygodni temu…

Emocje powoli opadają. Jak wiadomo laureatem została książka Doroty Masłowskiej pt. Paw królowej. Ponieważ całkiem niedawno zakończyłem lekturę tej kontrowersyjnej książki więc postanowiłem podzielić się moimi spostrzeżeniami. Oczywiście, są to moje prywatne uwagi, własne wrażenia z pozycji niefachowca od literatury.

Masłowska pisze pod publiczkę… wcale tego nawet specjalnie nie ukrywa, chce szokować i to jej się udaje. Dość ironicznie podkreśla, że używając wulgaryzmów (tych z najniższej półki… ?) przyciąga do książek wszelkiej maści czytelników których niczym innym by nie przyciągnęła. (Czy nam naprawdę zależy na takich czytelnikach?)

Podejrzewam, że marzy jej się być Joyce’m w spódnicy (o ile ona w spódnicach chodzi…). Niewątpliwie “Ulisses” Jamesa Joyce’a był równie kontrowersyjny a może nawet bardziej dla jego epoki jak książka “Paw królowej” teraz… A że ma Masłowska polot literacki i dość lekką rękę (szczególnie do specyficznej treści…) więc nie musiała długo czekać. Zaszczyty ją dosięgły w postaci najbardziej prestiżowej literackiej nagrody w Polsce - NIKE. Wyprzedziła tym samym takie legendy polskiej literatury, jak Wisława Szymborska czy Eustachy Rylski.
A zrobiła to dość prostą metodą. Pisała na śpiewną nutę współczesnych tekstów utworów hiphopowych. Takie gadu-gadu przy dźwięku dudniącego podkładu; tak treścią jak i formą nie ustępując wykonywanym przez facetów w spodniach z krokiem przy kolanach, utworom z tak zwanego życia, z ulicy.

Dla tych co nie czytali (albo czytać nie zamierzają) tej książki podsuwam mój pastisz twórczości Masłowskiej. Jest napisany w wersji softcore w porównaniu z “Pawiem królowej”, wygląda to mniej więcej tak:

Opowiem o kranie co miał wielkie sranie więc zamiast krystalicznej, przejrzystej cieczy wydalał los człowieczy – zaflegmioną mazię, charcząc na gazie. I rzygał wręcz, z obydwu kurków parskając żółcią… urągał wszelkim ujęciom wodnym, tamom i zaporom, popapranym tworom, górom lodowym. Żołądkom krowim upodobniając się do dromaderów tych pozerów co wody czystej czekają dniami.
Przegrani z tymi vomitami z piętra na piętro lecą sprawdzając efekt ten pieprzony, defekt instalacji wodociągowej jak wyciek z rządowej teczki obsmarowanej żółcią i ekskrementami.
To ja twoja woda śniadaniowa – wysypkowomalarycznohalucygenna, świetna na biegunkę. To wymioty prosto z dziury, chorej rury a ta przedmuchać by się dała każdemu samczemu hydraulikowi polskiemu… Ki penis mi wodę mąci, nadzieję wytrąci i charczeć nie przestaje, ten cały wodociąg wypieprzyć pod pociąg bo narodowe lewactwo gębę drze i świętokradczo zściemnia… zasrana pustelnia intelektu, a ja piszę dzieło to pod publiczkę dostałam już zaliczkę, olewam konwenanse, bon-ton i pasjanse …. Itd, itp….

W podobnym stylu są jej teksty które w każdej innej książce wyglądałyby na przykład tak:

…I oto niespodziewanie nastąpiła awaria w miejskich wodociągach… na całej klatce szum nastał… w rurach zaczęło się gotować, furkotać i syczeć. Z kranów poleciała brunatnożółta maź podobna do tych jaką opłukiwali poszukiwacze złota w swych cynowych miskach… Po chwili znów dźwięk w rur z echem roznosząc po piętrach straszył zdumionych lokatorów, a ci biegali z piętra na piętro aby upewnić się, że to awaria całego wodociągu. Jak w starym parowozie zazgrzytało, zasyczało i pojawiła się rdzawa ciecz jeszcze wodzie niepodobna… substancja której nawet osławiony polski hydraulik nie nazwałby wodą pitną…
I jak tu przygotowywać śniadanie – narzekała lokatorka z dołu, a wszystkim udzielała się nerwowa atmosfera tej niezwykłej chwili…
Śniadanie, śniadaniem… ale jak w tym się myć, to skandal. Czy ta cała sytuacja nie ma podtekstu politycznego – zastanawiano się…

No, ale za taki tekst nikt nie dostałby nagrody NIKE która się wiąże z grubym szmalem… Przeliczając na strony, Masłowska za każdą otrzymała równowartość małej pensji miesięcznej – nieźle… a że ma tych stron stopięćdziesiąt to… całkiem nieźle. W końcu taki Joyce (o którym już mowa wcześniej była) tak naprawdę, za życia nie doczekał się uznania… a Masłowska ?! już ją zaczynają tłumaczyć na inne języki… ?!

W uzasadnieniu werdyktu jury napisało: język i sztuka odzyskują u Masłowskiej swoje prawdziwe życie i pozwalają na pisarską kpinę z podejrzanych uroków kultury popularnej.

Chciałoby sie wołać: QUO VADIS POLSKA LITERATURO!
Ale po co wołać… fakt jest faktem… od teraz może być już tylko lepiej. No bo gorzej być nie może. I TO JEST POCIESZAJĄCE!


Wasz Chris

« Dzienniki - Grudzień II - 2006 | Strona główna | Dzienniki - grudzień III - 2006 »