« Felieton - Na opale | Strona główna | Trzeci stopień - Felieton »

20 stycznia 2007

Dzienniki - styczeń III - 2007

20 stycznia 2007 (sobota)

Ciągle tennis króluje w moim grafiku dnia.

Kolejny dzień wielkiego szlema – Australian Open.
Ciekawostka – jeszcze dziesięć lat temu nie więcej niż 10 zawodników serwowało piłki z szybkością 200 km/godz. Teraz – sześćdziesięciupięciu to robi.
Oglądam mecz Andy Rodick’a z Maratem Safinem. Kiedyś powiedzielibyśmy – mecz mocarstw. Ale nie o to mi chodzi. Andy (Amerykanin) gra jak doskonale zaprogramowany robot. Żadnych odstępstw od zapisanego programu, żadnych improwizacji. Safin (Rosjanin) – mimo że sama narodowość sympatii mu nie przysparza w moich oczach – gra z duszą. Ja w nim widzę człowieka, a później tenisistę. Człowieka w każdym calu – a ma tych cali sporo - kawał chłopa.
Pomimo, że jakiś zagorzały kibic Safina założył koszulkę czerwoną z napisem CCCP
to ja podziwiam go za fantazję – za genialne uderzenia i... głupie błędy. W jego zachowaniu jest pełnia człowieka i wcale nie imponuje mi przerabianie ludzi na roboty.
A kto wygrał… nieważne.

Swoją drogą ciekawe – dwóch ludzi na korcie przyciąga siedemnaście i pół tysięczną widownię, a w kraju gdzie króluje piłka nożna, 22 piłkarzy 9 z czego połowa to swoi) nie potrafi zgromadzić tylu kibiców na trybunach.
swieto.JPG


22 stycznia 2007 (poniedziałek)

Dziś jestem zajęty… nie ma mnie nawet dla dzienników porannych…
Córka jest mi sprawą numer jeden. I jej poświęcam większość czasu.

24 stycznia 2007 (środa)

Dosięga mnie wiadomość że Ryszard KAPUŚCINSKI nie żyje…
Kapuścinski – król reportażu, jak go nazywano. Człowiek ktory ciągle ocierał się o nagrodę Nobla a jednak jej nie otrzymał, pisał świetnie i całe życie poświęcił swojej pasji podróży i pióra. Cześć mu za to…

Czytam wiersze Stanisława Srokowskiego z jego ostatniej książki pt. Miłość i śmierć.
Na razie w internecie, ale mam otrzymać od Autora tomik z dedykacją. Cieszę się bardzo, bo to wiersze najwyższej próby literackiej, a do tego coś co ja czuję i lubię. I co ciekawe, napisał te liryki po dwudziestu latach poetyckiego milczenia. To nieprawdopodobne. A że wiersze te wyjatkowo do mnie przemawiają to już pełnia szcześcia, bo nie zawsze to co uznane literacko jest przyjazne mym uczuciom, czy zrozumiałe… Podaję zainteresowanym stronę autora http://free.art.pl/srokowski/

26 stycznia 2007 (piątek)

Święto – Australia Day!
Oczywiście dzień wolny od pracy…
Dzień narodowej tożsamości. Ciekawe, że świętują go bardziej ci nowoprzyjezdni, niż urodzeni tu obywatele.
nimfy1.JPG

Siedzę teraz w Elders Park wśród paru tysięcy przybyłych na tę imprezę – muzyka, występy i piknik. Siedzę z butelką chłodnego piwa w cieniu drzewa - wspominam pierwsze kroki na tej ziemi.

Ten kraj dał mi tak dużo… Przede wszystkim samopoczucie.
Ja tu od pierwszego dnia poczułem się jak w domu, swoim domu. Zafascynował, urzekł mnie innością, swą surowością i prostotą oraz specyficznym smakiem. Było tu dużo z westernu i nowoczesności.
Ten kraj przywrócił mi sens takich pojęć jak: uczciwość, prawdomówność, społecznikostwo, wolontariat.
Tu można pięknie żyć… pod jednym warunkiem – że człowiek nie boi się samotności, oddalenia od ojczystej ziemi. Potrafi się z tym dobrze czuć. No i lubi ciepło…
Bo tu jak grzeje to grzeje…
Ludzie potrafią tu być tak urzekająco uczynni, ale na codzień sprawiają wrażenie odizolowanych murem prywatności.
humannature.JPG

Oczywiście i tu się zmienia. Starsi zawsze opowiadali, że tu kiedyś nikt drzwi na klucz nie zamykał, ani w domu ani w samochodzie (niektórym zostało to do dzisiaj:)).
Kiedy ja tu przyjechałem wszystko stało otworem: nauka języka i wiele kursów zawodowych za darmo, dopłaty do czynszów, telefonów, światła. Zniżka na komunikację miejską (po godzinach szczytu za darmo!). Dożywotne zasiłki bez przepracowania ani jednego dnia w tym kraju, mieszkania lub domki komunalne, itp. Lista była długa… I tu poznałem co to znaczy… socjalizm - choć nikt tego słowa tu nie używał :)
A że tu też jest i było sporo niedociągnięć, niedbalstwa, bezmyślności… cóż, gdzie tego nie ma. To tylko miejsce na ziemi. A porównując z tym co było tu 40 lat wcześniej – to rozwój niesamowity. Czyli – są perspektywy na przyszłość. I ta myśl przyświecała nowoprzybyłym w to miejsce.

29 stycznia 2007 (poniedzialek)

Wczoraj byłem w Domu Polskim na imprezie. Grupa seniorów organizowała akademię z okazji rocznicy powstania styczniowego. Było dość sporo ludzi “emigrantów wcześniej urodzonych” jak to mówi mój przyjaciel Zbigniew Zołoteńki. A ten Pan obchodził swoje… 93 urodziny tego dnia, więc w drugiej części zabawił publiczność śpiewem. Robi to w ten sposób, że ma ze sobą przenośne radio z płytą kompaktową Fogga i razem z nim “zagłuszając” tamtego, śpiewa wszystkie kawałki jak leci. Śpiewa czystym głosem, nie myli tekstu i do tego podryguje estradowo.
wystep.JPG Pokażcie mi podobnych estradowców w tym wieku.
Oczywiście, otrzymał rzęsiste brawa i publiczność odśpiewała mu “100 lat”.
Było miło, a ja dostałem od jubilata najnowsze wydanie jego wspomnień w formie felietonów. Starannie wydana książka z wieloma ilustracjami na doskonałym papierze. Pamiątka nie do przecenienia.

Natomiast w sobotę pojeździłem z panem Zbyszkiem po terenach których on jeszcze nie znał. Spędziliśmy miło parę godzin. Rozmowy o wszystkim – wspomnienia, literatura, tradycje… nie nudziliśmy się ze sobą.

31 stycznia 2007 (środa)

Moje oczy zaniemogły. Konkretnie, jedno zaczerwieniło się i całe szklące, jakby płakało, roniło łzy, a ono dostało zapalenie spojówki albo coś w tym rodzaju. Najgorzej z patrzeniem na ekran- monitor komputera – a na tym moja praca polega. Jak w przedwojennym powiedzonku: jak ci picie w pracy szkodzi porzuć pracę... o co chodzi - poszedłem do lekarza i odpoczywam.


« Felieton - Na opale | Strona główna | Trzeci stopień - Felieton »