« Dzienniki - styczeń II - 2007 | Strona główna | Dzienniki - styczeń III - 2007 »

15 stycznia 2007

Felieton - Na opale

- Jak już tak daleko się wybraliśmy to zahaczmy też o światową stolicę opali, czyli Coober Pedy – rozpoczął Zen.

- Pewnie, 700 kilometrów w tą czy w tą, co za różnica – naigrywała się z niego Maggi.
- Mnie wszystko jedno – powiedziałem dyplomatycznie.
No i po krótkiej wymianie zdań wyruszyliśmy w drogę. Po raz ostatni popędziliśmy bez obawy o przekroczenie dozwolonej prędkości i o jej stróżów. Tak, Północne Terytorium wprowadza od 1 stycznia 2007 roku, przepisy ograniczające szybkość pojazdów do 130 kilometrów na godzinę, mamy więc ostatnią okazję poczuć pełną wolność wyboru. W sumie tylko niewielkie odcinki drogi nadają się do szybszej i względnie bezpiecznej jazdy i to tak ze względu na stan nawierzchni jak i zwierzęta oraz ptactwo na drogach. My mieliśmy niezbyt przyjemne spotkanie z orłem który żerował na padlinie na samym środku drogi aby później salwować sie ucieczka w źle obranym kierunku, czyli prosto w nas. A spotyka się nie tylko kangury ale bywają także konie, krowy a nawet wielbłądy...
Po kilku godzinach dość monotonnej jazdy wzdłuż czerwonych piachów znaleźliśmy się przy terenach kopalnianych. Cała okolica rozkopana przypomina krajobraz księżycowy.
Rzuca się w oczy całkowity brak roślinności – wokół tylko usypane wzgórki z wydobytej ziemi. Oczywiście pełno tu kilkumetrowych dołów-pułapek.
Zenek tak się napalił, że już pierwszego dnia chciał w miejscowym supermarkecie kupić łopadkę i młotek i zacząć kopać.
cooberpedy3.JPG

Musiałem go przekonywać że to łamanie prawa, że musi mieć pozwolenie. Zen szybko zrobił „enquiries” u miejscowych i dowiedział się co trzeba zrobić aby kopać. W sumie prosta procedura. Po wpłaceniu 52 dolarów jednorazowej opłaty rocznej, można wydzierżawić za $18,80 poletko 50 x 50 metrów, opasać to taśmą ogrodzeniową i... zacząć kopać. Mieliśmy z Maggi szczęście. Akurat teraz urząd Kopalń i Energii był zamknięty na okres świąteczno-noworoczny i Zen chcąc nie chcąc, musiał zrezygnować z zapędów poszukiwacza fortuny.

Zaskoczyła nas „niewidoczna” architektura miasteczka. Nic dziwnego, skoro połowa obywateli mieszka w ziemiankach tzw. „dugouts”. Zaletą takich mieszkań jest to, że niezależnie czy na dworze jest pięćdziesiąt stopni ciepła czy minus „something” (bo i tak bywa) w pomieszczeniu jest zawsze od 23 -25 stopni ciepła. I to bez żadnej klimatyzacji. A bywają tu apartamenty powyżej 400 metrów kwadratowych.
Nawet kościoły i hotele są tak zorganizowane.
Telewizja dotarła tu dopiero w 1980 roku, a główne drogi wyasfaltowano niewiele wcześniej. Nazwę swą Coober Pedy wzięło od aborygeńskich słów „kupa piti” czyli – biały człowiek w dziurze. Tak, opale są tą magią która przyciąga chętnych szybkich zarobków poszukiwaczy z całego świata. W sumie 3,5 tysiąca mieszkańców reprezentuje 45 narodowości. No i to stąd pochodzi 85% opali całego świata. Jest specjalna procedura oceny i klasyfikacji opali – niestety, te ktore nam się udało wygrzebać były bezwartościowe. A takich spotyka się tu najwięcej.
Na pożegnanie Zenek mi wyznał - ja tu jeszcze wrócę...

Wasz Chris

cooberpedy2.JPG

« Dzienniki - styczeń II - 2007 | Strona główna | Dzienniki - styczeń III - 2007 »