« Dzienniki - Styczeń I - 2007 | Strona główna | Dzienniki - styczeń II - 2007 »

9 stycznia 2007

Dla jednego kamienia... - Felieton

- Dla jednego kamienia mamy się taki świat drogi tłuc – skomentowała Maggi kiedy usłyszała, że planujemy z Zenkiem wyjazd do Ayers Rock Resort.

- No nie tylko, zobaczymy i inne atrakcje – zapewniał ją Zen, choć wiedział że mówi trochę na wyrost.

Fakt faktem, jedzie się kawał drogi ale w końcu w Australii wszędzie jest daleko.
No i nie tylko Uluru czyli Ayers Rock (po naszemu) ale i Kata Tjuta czyli wzniesienia Mt. Olga chociaż mniej sławne, ale są obok. Jest zalecane aby na Uluru nie wspinać się ale ją obejść dookoła. Aborygeni zdecydowanie odradzają łażenia po tej świętej górze. Wspominają przy tym różne przypadki odejścia z tego świata śmiałków, którzy mieli za nic ich przestrogi. Podobne historie opowiadane są o tych, którym zachciało się zabrać ze sobą na pamiątkę kawałek skały z Uluru. Jakie to nieszczęścia na nich spadały, dopóki nie pozbyli się feralnych pamiątek.
My z góry podjęliśmy decyzję, że żadnych wspinaczek ani pamiątek nie zabieramy.

– Trzeba uszanować wierzenia tubylców – mocno zaakcentował ten temat Zen.
Inna sprawa, że pogoda nie sprzyjała wspinaczkom. A samo wejście nie jest wcale proste, strome podejścia i grzało niemiłosiernie. Interesującym jest, że tak naprawdę to oprócz kasujących przy wjeździe do Parku Narodowego, 25 dolarów od dorosłego i kilku sprzedawców pamiątek na terenie parku, innych tubylców nie spotkaliśmy. Natomiast setki a może tysiące turystów, głównie Australijczyków i z Europy. Bezbłędnie można ich rozróżnić na basenie. Nasi uciekają do cienia i mają bardziej zasłonięte ciała. Ci z Europy smarzą się na słońcu...
felieton1.JPG

Ale powracając do wzgórz czyli kamieni jak je nazywa Maggi. Sama Uluru wystaje nad otoczenie tylko 348 metrów, ale jak twierdzą geolodzy, co widzimy to tylko czubek, bo cała skała ma 6 kilometrów, czyli to jak góra lodowa na oceanie pustyni. Skała Uluru jest szara, ale pokryta warstwą tlenku żelaza nabiera osławioną barwę czerwieni. Szczególnego blasku nabiera o wschodzie i zachodzie słońca. I właśnie wtedy pędzą tam wszyscy aby popatrzeć sobie na tę magiczną górę. Niektórzy traktują to dosłownie bo słyszeliśmy komentarze: ... i to już wszystko. - Niesamowite jak można rozwinąć biznes na wschodach i zachodach słońca – zauważył Zen. – Ludzie tu przybywają z całego świata tylko po to.
Wynika z tego że niektórzy rzeczywiście przyjeżdżają tu z przeświadczeniem, że zobaczą tu cud, jakieś nieziemskie zjawisko. A to po prostu, miłe dla oka wrażenie estetyczne rozświetlania i pożegnania dnia. Gdyby nie te tłumy wokół, byłby to doskonały czas na refleksje, przemyślenia...

Kiedy już opuszczaliśmy ten teren okazało się, że Maggi złamała nasze przyrzeczenie i urwała na pamiątkę kwiatki spod góry Uluru. Co najgorsze, nie mamy pewności czy urok działa tylko od zabranych skałek, czy co nie daj Boże, także od suszonych kwiatków.
Na razie ją obserwujemy – jest O.K.

Wasz Chris
felieton2.JPG

« Dzienniki - Styczeń I - 2007 | Strona główna | Dzienniki - styczeń II - 2007 »