« Dzienniki - grudzień III - 2006 | Strona główna | Dla jednego kamienia... - Felieton »

1 stycznia 2007

Dzienniki - Styczeń I - 2007

1 stycznia 2007 (poniedziałek)

Nowy Rok przywitał nas w centrum Australii jak zwykle upalnie.

Obudziłem się skacowany i po lekkim śniadaniu wskoczyłem do basenu. W sumie nudny dzień. Prawie wszystko pozamykane.
alice3.JPG

Zwiedziłem tylko niezmiernie ciekawy Alice Springs Desert Park, ale przy tych temperaturach nie da się za długo przebywać w tych okolicach. Popatrzyłem na miasto i okolicę z gory i wróciłem do motelu. Oglądałem w telewizji turniej tenisowy.

Ciekawe spostrzeżenie – widziałem prognozę pogody dla naszego globu i okazuje się, że przebywam w najgorętszym miejscu na Ziemi. Tylko u nas, czyli w Alice Springs temperatura od kilku dni powyżej 40 stopni.
Następna ciekawostka to to, że do wczoraj miałem okazję po raz ostatni jeździć po highway’ach gdzie nie ma ograniczenia prędkości pojazdów, od dzisiaj już się to zmieniło. Northern Territory jako ostatni stan miał jeszcze takie przepisy a od nowego roku, tam gdzie nie było ograniczenia teraz jest 130 km/godz. Inna sprawa, że większość odcinków drogi nie pozwala na szybsze bezpieczne poruszanie się i to tak za sprawą zwierząt oraz ptaków (jak już wspominałem) jak i stanu dróg.
outback3.JPG


3 stycznia 2007 (środa)

Kolejny gorący dzień. Już jestem całkiem gdzie indziej.
Nocowałem znów w Coober Pedy. Połaziłem jeszcze sobie po okolicy. Szlifuję moją wiedzę na temat opali. Opal nie ma przypisanego koloru jak inne kamienie. Może być różnokolorowy, nawet biały. Oczywiście, im bardziej brawny tym kosztowniejszy. Poza tym są jedno, dwu, czy trzywarstwe opale. A o cenie decyduje też wielkość.

Miłym zwyczajem w tych bezludnych miejscach na drogach jest pozdrawianie się nawzajem kierowców mijających się pojazdów. A i kierowcy wielkich ciężarówek (tu jeżdżą tzw. pociagi drogowe złożone z 3 naczep o długości prawie 54 metrów!) też dają znać kiedy jest bezpiecznie ich wyprzedzać. Oni też pędzą ze 110, tak że czas wyprzedzania takiego kolosa się wydłuża.
droga.JPG

Pustka… pustka wokoło i monotonne krajobrazy. Ale mnie to nie przeszkadza – mnie to nastraja. Oczywiście, spiritus movens mojego nastroju to starannie dobrana muzyka która mi towarzyszy.
saltlake1.JPG

Wczoraj otrzymałem wiadomość o recenzji mojej książki pt. W kolejce do raju, która ukazała się w noworocznym wydaniu tygodnika Angora.
Bardzo miła – można to przeczytać pod www.australink.pl/ksiazka

Jest to już szósta recenzja mojej książki ale ta o tyle ważna, że ukazała się w jednym z najpopularniejszych tygodników jakim jest ANGORA. A pismo to czytają Polacy tak w kraju jak i za granicą – szczególnie w USA.

5 stycznia 2007 (piątek)

Wczorajszy dzień był ostatnim dniem mojej podróży. Dziś już w domu.
Odwiedziłem jeszcze dziwne miasteczko Woomera.
IMGP1947.JPG

Powstałe w latach sześćdziesiątych z bazy doświadczalnej testów budowy rakiet, pocisków i wyrzutni różnych innych świństw, ale nie tylko, bo nie wszystko slużyło celom militarnym. Byłem na głównym placu miasta gdzie ustawione są te rekwizyty – coś w rodzaju muzeum na świeżym powietrzu. Miasteczko wymarłe, oprócz kilku turystów nie ma nikogo.
Popołudnie spędzałem w Port Augusta. Miasto zmieniło się, nabrało wyglądu przez te kilka lat kiedy byłem tu po raz ostatni. A wieczór na motelowym basenie. U nas prawie wszystkie motele mają baseny.
pt.pirie.JPG

Wpadłem jeszcze po drodze do Port Pirie i wieczorem byłem już w swoim mieście.
A tu parno i pochmurno…

Otrzymałem pocztą piękne kalendarze na 2007 rok. Jeden od księdza-misjonarza Sławka z Hong-kongu, a drugi od mojego przyjaciela z lat młodzieńczych Andrzeja, przez kolegów zwanym Antkiem. Miłe to pamiątki i będę je przez cały rok kojarzył z tymi Osobami.

7 stycznia 2007 (niedziela)

Jeszcze wczoraj miałem piękny wakacyjny dzień…
Unosiłem się z wiatrem po plaży, woda delikatnie chłodziła me stopy kreując wokół wspaniałe witraże na piasku. Czego ja tam nie widziałem. To piękne uczucie iść tak w towarzystwie fal i nie zastanawiać się nad niczym. Wyłączyć czas z obiegu, teraźniejszość, realia… Tylko obrazy na wpół surrealistyczne wplatają się tworząc kompozycję nastroju dokonując powiązania z czasem i miejscem.
W sumie tylko cztery komponenty: woda, piasek, słońce i wiatr – a ile w tym bogactwa…

Od poetki z Polski Ady Sroczyńskiej dostałem piękny wiersz. Oto on:

Cień

spod stóp mi uciekasz
- nie czekasz
przodem suniesz lub z boku
wydłużasz mnie i kurczysz
- gonisz serca niepokój
i chociaż jedna jestem
- to wokól dwa obrazy:
dwie dłonie, dwa kroki,
dwa twarzy wyrazy
w harmonii ruchów i gestów rytmie,
jak na komendę dyrygujesz
uwijasz się, by zdążyć
- calą mnie sobą splątujesz
powielasz kształty ciała,
bez formy modelujesz
i wiernie, jak brat lub siostra
na straży mej czatujesz
a gdybyś tak spróbował
podwoić szczęście ducha?
nie byłby to trud daremny
- dwa razy mocniej kochać
dwa razy silniej pragnąć,
granice granic łamać
tak... i to co niewyobrażalne
dotykać i poznawać...
bo nie ma horyzontów
dla duszy i dla serca
one nie mają cienia,
istnieją w strofach wiersza...

9 stycznia 2007 (wtorek)

W Polsce jak w kotle z wrzątkiem. Do czego to doszło… Ludziom wyraźnie demokracja nie służy. A i wszelkie cnoty nabierają perjoratywnego znaczenia.
Przeciętny człowiek potrzebujący moralnego przewodnictwa czuje się totalnie zagubiony. Płowieją wszelkie wartości. A patetyczne słowa typu: patriotyzm, moralność, uczciwość – nabierają groteskowego wydźwięku w ostatnich czasach i to nie tylko od paru dni, czyli od sprawy niedoszłego ingresu arcybiskupa Wielgusa.

« Dzienniki - grudzień III - 2006 | Strona główna | Dla jednego kamienia... - Felieton »