« Król pawiowej - Felieton | Strona główna | Dzienniki - Styczeń I - 2007 »
20 grudnia 2006
Dzienniki - grudzień III - 2006
20 grudnia 2006 (środa)
Już na godziny liczę czas. W piątkowe południe rozpoczynam wakacje świąteczne.
Następuje typowe wyciszenie na drogach – coraz mniej ludzi jedzie rano do pracy. Firmy zamykają podwoje, zawieszają działalność często na cały miesiąc.
W dalszym ciągu gorąco i sucho…
Przygotowuje foldery i mapy oraz studiuje informacje o centrum Australii - będę świadomym turystą. Sylwestra i Nowy Rok spędzę pod zwrotnikiem Koziorożca…
22 grudnia 2006 (piątek)
Niewiarygodne… spadł deszcz. Mokrych chodników czy ulic nie widziałem już od dawna. A tu wczoraj wieczorem się rozpadało – choć ciepło, ale mokro – i dziś rano ze względu na deszcz nie poszedłem na poranny marsz. Musiałem to zapisać… to tak rzadko spotykane. Co więcej, zapowiadają jeszcze opady na następne dni…
Dziś tylko 4 godziny w pracy. W czasie lunchu mamy pożegnalny posiłek i drink w pracy i do zobaczenia w następnym roku :).
Pani Iwa Deutsch z Niemiec przesłała mi swoje wiersze. Urozmaicone tematycznie a i przykuwające uwagę obrazowością spojrzenia i wręcz reporterskie w liryce…
Oto jeden z nich.
Recepta na wiersz
Przetańczysz całą noc
i przepłaczesz następną,
zakochasz się i rozstaniesz,
urodzisz dziecko i wydasz za mąż,
zyskasz fortunę i zbankrutujesz,
wyjedziesz na koniec świata i nie zapomnisz,
przeżyjesz rozpacz i wytchnienie,
spotkasz Boga i napiszesz wiersz.
24 grudnia 2006 (niedziela)
Wigilia…
Dostaję jeszcze parę emaili świątecznych, tak z Polski, Włoch, Niemiec, Kanady, jak i z Australii.
Sąsiedzi wrzucają sobie do skrzynek pocztowych kartki z życzeniami. Można świętować. Trochę przeszkadza świadomość, że jednak ani nie dokładnie dzień, ani miesiąc, ani nawet rok urodzin Jezusa w Betlejem. Jest naukowo wręcz udowodnione, że na pewno nie było to 25 grudnia – duże prawdopodobieństwo tego wydarzenia to marzec i 5, 6 a może i siedem lat wcześniej. Po prostu pomyłka w obliczeniach. Ale to nie to się liczy – symbol jest ważny. Podejrzewam jednak, że wielu młodych Australijczyków nie zdaje sobie sprawy – co to jest Christmas.
26 grudnia 2006 (wtorek)
Święta mijają tradycyjnie, rodzinnie – wigilia u jednych, dzień Bożego Narodzenia u drugich i tak na zmianę. Były prezenty i kolędy zaśpiewaliśmy.
W Polsce dziś drugi dzień świąt, u nas zwany jest Boxing Day. To dzień ze starej tradycji brytyjskiej darowania prezentów tym którzy normalnie by nic nie otrzymali. Tak, że ten dzień u nas nie ma już wydźwięku bożonarodzeniowego choć jest z nim integralnie związany.
Ja wstaję rano i idę na półgodzinny marsz, przed długą drogą. Dziś zrobię 850 kilometrów. Jadę do światowej stolicy opali – Coober Pedy. Pierwszy raz w życiu wybieram się w te strony.
Dawno, dawno temu ocean pokrywał cały region Coober Pedy, a było około 150 milionów lat temu. Kiedy wody opadły wytworzyła się warstwa krzemowa i przez miliony lat przetwarzała się w formację opali. Stąd ta pasja wielu aby kopać dziury w okolicy. Coober Pedy – to po aborygeńsku: „biały człowiek w dziurze”.
A pierwszym który odkrył potencjał tych ziem był John Mc Dovall Stuart w 1858 roku.
Myliłby się ten kto kojarzyłby ten region z miodem i mlekiem płynącą krainą. Zagospodarowaną milionami nowobogackich i opływającą bogactwem. Nic z tych rzeczy. Wygląda raczej przygnębiająco. Kojarzy mi się bardziej z tasmańskim Queenstown, niż z miastami wyrosłymi na gorączce złota: Ballarat czy Bendigo.
Na początku próbowano tu dokopać się złota – nic z tego nie wyszło. Pierwsze okazy opali znaleziono całkiem przypadkowo poszukując wody. Praktycznie, boom na wydobywanie opali zaczął się po drugiej wojnie światowej. A na dobre dopiero w latach 60-tych XX wieku. Głównie dzięki europejskim emigrantom – Włochom, Grekom, Jugosławianom, a nie brakowało tu też Niemców i Polaków.
Miasteczko nie ma wyglądu, ze względu na brak widocznego zagospodarowania terenu. Po prostu, duża część miasteczka znajduje się pod ziemią zagospodarowując nieczynne korytarze a i usypane podczas ekspoatacji wzgórza.
Mimo niepozornej aglomeracji zamieszkałej przez 3,5 tysiąca obywateli reprezentujących 45 narodowości, co roku odwiedza to miejsce 150 tysięcy turystów z całego świata. Co by nie mówić, to tu właśnie wydobywa się 85% wysokiej jakości opali w skali całego świata.
Około 50% mieszkańców tego niezwykłego miejsca zajmuje wydrążone w ziemi całkiem komfortowe mieszkania.
28 grudnia 2006 (czwartek)
Muszę przyznać, że ten księżycowy krajobraz wzbudzał we mnie odpychające wrażenie. Dopiero jak się wejdzie do środka widzi się interesujące wykończenie. Byłem w kilku kościółkach wyrzeźbionych w skale. Największe wrażenie robi Serbski – Ortodoksyjny. Wczoraj zwiedzałem kilka takich miejsc w nieczynnych kopalniach. Kopalnia, w języku polskim kojarzy się ze sporym zespołem górników. Kopalnia – w wydaniu Coober Pedy, to jeden ewentualnie dwóch czasem trzech ludzi. Rozmawiałem z kopaczem opali który ciągle wierzy, że tam pod ziemią czeka na niego milion dolarów. I to trzyma tu tych ludzi w ekstremalnie ciężkich warunkach klimatycznych. Niektórzy przyjechali tu tylko na kilka dni a pozostali na zawsze...
Miałem też interesującą rozmowę z Greczynką Stellą, która tu mieszka już 25 lat i jest szczęśliwa.
Prowadzi sklep z opalami które wydobywa jej mąż, a zamienia w biżuterię jej syn. Rodzinny biznes – takich tu wiele. Od niej też dostałem na pamiątkę dwa malutkie opale i parę nieoczyszczonych egzemplarzy.
W sumie zacząłem się przyzwyczajać do tego nietypowego świata. W greckiej restauracyjce słyszę dwie Niemki opowiadające sobie o kraju ojczystym. W moim motelu właścicielka rozmawia z mamą w Niemczech przez telefon. Jak do tej pory nie słyszę mowy polskiej.
Dziś już wyjeżdżam do serca Australii – Ayers Rock. Aborygeni twierdzą, że ta góra ma duszę. Pewnie nie ci Aborygeni spotykani w Coober Pedy – pijani już w południe i nie przejawiający większego zainteresowania, ani duszą ani ciałem.
Ja pędzę do Północnego Terytorium. Po drodze trzeba uważać bo sporo padliny na asfalcie – szczególnie kangurów, ale to nie one są problemem, ale żerujące na nich orły. Po dwa, trzy siedzą do ostatniej chwili i później nie wiadomo w którym kierunku odfruną. Miałem już „spotkanie” z krukiem, a te ptaszyska są trzy razy większe.
30 grudnia 2006 (sobota)
Dwa dni spędzam w Ayers Rock Resort. Rozbudowali tu niezłe centrum turystyczne. Ludzie z całego świata przyjeżdżają aby zobaczyć czerwone centrum Australii. Noc spędzam w towarzystwie dwojga młodych Irlandczyków. Oni lecą później do Perth, a ja do Alice Springs. Oczywiście zaraz po rozpakowaniu się wskakuję w auto i jadę z bliska zobaczyć Uluru – czyli Ayers Rock po naszemu.
Magiczna góra robi wrażenie na wszystkich. Myślę, że robi jeszcze większe wrażenie w czasie opadów – wtedy kolory są intensywniejsze. Odwiedzam ją jeszcze kilkakrotnie... najwięcej turystów (wręcz tłumy) jest tu o wschodzie i zachodzie słońca.
Sama skała Uluru jest szara, ale pokryta jest warstwą tlenku żelaza który ma kolor czerwony – stąd jej sława.
Odwiedzam też drugą atrakcję okolicy – Mt. Olga czyli Kata Tjuta, po aborygeńsku. Wczorajszy dzień był wyczerpujący. W sumie zrobiłem ponad 12 kilometrów „po górach, dolinach”. A temperatura ponad 40 stopni w... tym co to go nigdy tu nie ma.
Od pewnego czasu, jechałem po drodze na której nie ma ograniczenia prędkości. Ale w sumie i tak „zaszaleć” nie można ze względu na jakość drogi i wspomnianą padlinę.
A przy drodze spotyka się szczątki różnych zwierząt, widziałem krowę, konia, wielbłąda nawet strusia.
Takie dziwne uczucie... mogę jechać tak szybko jak mi sie podoba. A mimo to, zdrowy rozsądek każe zachować umiar...
Popołudnia spędzam na basenie a wieczór w pubie na świeżym powietrzu. A dziś już pędzę do Alice Springs.
Upalnie, odczuwam to kiedy wychodzę z auta na krótkie przerwy aby rozprostować kości. Do miasta wjeżdża się przez przełęcz w masywie wzgórz Mac Donnell.
Pierwsze co robię w motelu po przyjeździe, to wskakuje do basenu aby się ochłodzić.
31 grudnia 2006 (niedziela)
Sylwester!
Od rana zwiedzam nieliczne otwarte atrakcje miasta. Podobnie jak w Coober Pedy rzuca się w oczy ilość Aborygenów. Oprócz nielicznych turystów, to oni są dominującą grupą snujących się po ulicach. Krótko bym ich scharakteryzował – ludzie niewiedzący co ze sobą zrobić.
Początkowo planowałem Sylwestra spędzić w sławnym pubie Bojangles Saloon, ale kiedy dowiedziałem się, że planowana jest impreza muzyczna na powietrzu przed kasynem zdecydowałem się na to drugie. Grały dwie grupy muzyczne. Jedna z nich to dokładna kopia Robbiego Williamsa. Wieczorem ochłodziło się (około 30) – piłem piwa ($6 puszka) i jadłem pieczeń z wielbłąda i szaszłyki z czegoś tam i miło spędzałem czas w towarzystwie kilku tysięcy Alice źródłowiczów. Ta nazwa to trochę na wyrost – tu nawet rzeka mimo, że o trzech korytach wyschła. O jakich tu źródłach mowa ???
« Król pawiowej - Felieton | Strona główna | Dzienniki - Styczeń I - 2007 »