« Dzienniki - Grudzień I - 2006 | Strona główna | Dzienniki - Grudzień II - 2006 »

9 grudnia 2006

Felieton - Święta

Święta się zbliżają...
Święta Bożego Narodzenia które zawsze mają taki niepowtarzalny urok.

Choć my tu za morzami i siedmioma górami mamy całkiem inny klimat i inną atmosferę otaczającą te dni, ciągle pamiętamy ten specyficzny nastrój z domu rodzinnego w Polsce.

Ostatnio spotkałem interesującego człowieka który też zachował w pamięci ten świąteczny dzień. Dzień Bożego Narodzenia przed wybuchem wojny – drugiej wojny światowej – 25 grudnia 1938 roku!

Pan Zbyszek Zołoteńki – bo o nim mówię, pamięta jak dziś ten dzień, ten trudny czas... Oto jego wspomnienia...

....I tak, gdy 14 grudnia 1938 roku, z Scheveningen wyruszył mały konwój, złożony z sześciu stateczków rybackich, w rejs powrotny do Gdyni, byliśmy pewni, że na świętą Wilię będziemy wśród swoich. Normalnie podróż taka trwałaby cztery doby, ale grudzień 1938 r. Był nie tylko burzliwy ale i mroźny! Już na drugi dzień mieliśmy oblodzenie i trzeba było czyścić pokład z dodatkowego balastu – lodu! Sąsiadów konwoju nie widać!

Dopiero w ciągu trzech dni, walcząc ze sztormem zimowym zebraliśmy się szczęśliwie u wejściu do kanału Kilońskiego. Samo przejście przez Kanał już nie takie trudne, chociaż śnieżyca i wiatry wschodnie! W Kilu, komunikat meterologiczny i dalsza zawierucha śnieżna zatryzmują nas na dobę. Niemcy wyznaczają miejsce postoju w Zatoce Kilońskiej, gdzie stajemy na kotwicach, z dala od brzegów, przywiązani tak, że możemy się odwiedzać, przełażąc z burty na burtę. A z Bałtyku dalej dmucha i mróz skuwa wody zatoki. W takich warunkach lugry, które nigdy nie były „lodołamaczami”, mogły tylko... przeczekać niepogodę.

Czas uciekał! Mały zapas żywności na podróż powrotną miał się ku końcowi. Pozostawał... ładunek solonych śledzi i... „sznaps kiloński”! Zanim dyrekcja zdecydowała się „coś robić z tym fantem”, skończył się i „sznaps” i tylko oszczędnościowo opalany piecyk w kubryku zagrzewał dosłownie i ducha i ciało! Ewentualnie zjawił się w Kilu przedstawiciel Towarzystwa! Rozkaz: zamarznięte lugry pozostają w Kilu, z kilku marynarzami jako straż, a reszta – pociągiem do Gdyni! Było nas chyba pięćdziesięciu i dla.. bezpieczeństwa Niemcy dają nam osobny wagon, który tylko przyczepia się do odpowiedniego pociągu, idącego... „na wschód”. Że nie były to pociągi „pośpieszne” ani też idące po głównych liniach, przekonaliśmy się sami.

Wieczorem 24 grudnia – koniec podróży po Niemczech! Przystanek na „zabitej dechami” stacyjce i ewentualna przesiadka do pociągu, który przywiezie nas dopiero... jutro rano do Polski!
Marynarze ani słuchać nie chcą o czekaniu. Polska tylko 5 km marszu!
Bierzemy worki marynarskie na ramiona i dalej w drogę.
A noc Wigilijna była wtedy tak cudowna, że maszerując po niemieckiej leśnej drodze, wśród padających płatków śniegu, śpiewaliśmy kolędy... spiesząc z pastuszkami do Stajenki! Podchodzimy do posterunku granicznego Niemców. Już z daleka słychać śpiewy. – Po swojemu i oni spotykają „Cudną Noc”.
Gdy stanęliśmy przed szlabanem zamykającym nam dalszą drogę do domu, na spotkanie wyskoczył jeden z załogi niemieckiej, najwidoczniej pod wpływem Nocy, nie przygotowany na podobne spotkanie, otworzył nam drogę, życząc jeszcze „Wesołych Świąt”!

Jeszcze kilkadziesiąt metrów... i jesteśmy w Polsce!
Nasza straż graniczna, równie zaskoczona jak i Niemcy, kieruje nas na stację. Chyba nigdy ta cicha, przygraniczna stacyjka nie widziała naraz tylu „gości z zagranicy”. A ponieważ i „poczekalnia” tylko na kilka osób, więc naczelnik stacji pozwala rozlokować się nam w wagonach przygotowanego na godzinę 7 rano pociągu.
Przypomina jednak, że koniecznie będziemy musieli opuścić wagony i przejść kontrolę celną, a urząd celny rozpoczyna „urzędowanie” o godzinie 9 rano! – (wiadomo, granica- kontrabanda!) i następny pociąg na Wejcherowo-Gdynię o... 12!

Zmęczeni dotychczasową podróżą zasypiamy na ławkach wagonów. Rano budzi nas postukiwanie młotka kolejarza sprawdzającego hamulce. Potem przyjemnie zasyczały przewody ogrzewania i w wagonach ciepło! To przyczepiona lokomotywa. I tylko dalej spać!
Niestety, służbista – naczelnik stacji przychodzi, ale wobec groźnych min półśpiących marynarzy już tylko... uprzejmie prosi o przestrzeganie istniejących przepisów w strefie przygranicznej, to znaczy o... kontroli celnej. Głos jego tonie w bardziej „soczystych odpowiedziach”, nadchodzi godzina 7 i... według rozkładu jazdy pociąg rusza!

Dzień Bożego Narodzenia! Na dworcu gdyńskim pusto. Dwóch urzędników Towarzystwa odprowadza nas na śniadanie do restauracji portowej „Pod Dębem”. Pośpieszne wydawanie „zaliczek” na drogę i nareszcie rozjeżdżamy się do domów!
Taki był początek długiej serii Świąt ,”świąt z dala od domu”...

ZBYSZOLOTENKI.jpg

Po takiej lekturze – czyż nie inaczej patrzymy na naszą rzeczywistość – nasze problemy...
Było to jego ostatnie Boże Narodzenie w kraju - od tego czasu do dziś spędza je na obczyźnie.
Wszystkiego najlepszego panie Zbyszku od czytelników.

Wasz Chris


« Dzienniki - Grudzień I - 2006 | Strona główna | Dzienniki - Grudzień II - 2006 »