« Z szuflady (III) | Strona główna | Felieton - Święta »

1 grudnia 2006

Dzienniki - Grudzień I - 2006

1 grudnia 2006 (piątek)

W Polsce politycy jak zwykle żrą się między sobą, podstawiając jeden drugiemu kłody pod nogi.

W Ameryce, Bush zaczął zręczną kampanie przygotowywawczą do wycofywania się z Iraku, a u mnie … nuda.

Zastanawiam się czy za 3 tygodnie będę miał 38 czy 43 stopnie ciepła (gorąca).
Powie ktoś – co za różnica, to przecież upał…
O nie,… to jest różnica i to znaczna. Do 38 stopni przy odpowiednim przygotowaniu (okrycie głowy i ramion oraz chłodnych napojów na podorędziu) można śmiało przebywać na powietrzu przy naszej niskiej wilgotności – zakładając oczywiście, że nie robi się większego wysiłku niż spacer. Nie na darmo Amerykanie zaliczyli tę temperaturę jako… 100 stopni Fahrenheita .
A wszystko powyżej to już naprawdę gorączka. Ja to nazywam - piekarnia. Pamiętam za młodych lat byłem kiedyś przy otwartym piecu piekarniczym i to gorąco parzyło mnie w gardło. Zapamiętałem to odczucie. Tak właśnie odbieram teraz kiedy temperatura podchodzi do 40 stopni.
A powinienem się spodziewać i wyższch temperatur bo wybieram się po świętach do serca Australii. Ayers Rocks, Alice Springs czy światowa stolica opali - Coober Pedy, to często temperatury powyżej 45 stopni w cieniu. A o cień raczej trudno.
BUSZ8.JPG

Tymczasem się ochłodziło i jest 25 stopni. Część uczniów ma już wakacje. Klasy maturalne, a także 11 i 10 klasy w większości szkół.
To się od razu odbija na drogach – jest jakoś luźniej…

3 grudnia 2006 (niedziela)

Dziś kolejny słoneczny dzień. Jeżdżę nad morze i z powrotem. A wczesne popołudnie spędziłem na cyklicznym spotkaniu Polskiego Towarzystwa Kulturalnego gdzie artysta plastyk Grzegorz Koterski podjął się próby porównania sytuacji i statusu sztuk plastycznych w Polsce i Australii.
Grzegorz zaczynał w ciekawych czasach dla artystów w PRL-u, kiedy już udawało się pokazywać prace na Zachodzie. W latach siedemdziesiątych kreował tzw. Instalacje happeningowe. A zaczynał w doborowym towarzystwie Kantora i Abakanowicz. Miał sporą liczbę wystaw w kraju i w różnych miejscach Europy, a także przez ostatnie kilka lat na antypodach. Jego obrazy można znaleźć w muzeach Wrocławia, Warszawy a także Szkocji, Argentyny i USA.
Kończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu w 1967, a kilka lat później studiował jeszcze w Amsterdamie.
Ma doskonałe poczucie humoru. Jego mottem jest: robię co lubię – a lubię… to co robię. Tak na marginesie – Grzegorz to brat znanego w Polsce reżysera filmowego.
Szkoda, że na imprezy tego typu przychodzi garstka zainteresowanych.
ADELA.JPG


5 grudnia 2006 (wtorek)

Cieszę się z miłych prezentów ks. Mariana Szablewskiego. Wymieniliśmy się właśnie naszymi utworami. Otrzymalem DVD nagrodzonej sztuki w reżyserii księdza doktora Mariana Szablewskiego z Adelajdy, a także jego książkę pt. “Msza bez ludu. Znak jedności czy podziału?
Była to jego praca doktorska.
Zabiorę ją ze sobą na wakacje i wtedy będę miał czas na skupienie się nad filozoficznym traktatem historii wiary jakim jest ta książka.
Miło wczoraj pogawędziliśmy z księdzem Marianem. Właśnie w październiku zostaliśmy nagrodzeni na tym samym festiwalu w Częstochowie. Z tego człowieka aż tryska energia i pasja twórcza. On ma ciągle interesujące projekty, pomysły, a to przecież tylko część jego działaności bo na “full time” prowadzi posługę duszpasterską.
st,Peters.jpg

Zawsze czuję się uprzywilejowany przebywając w towarzystwie takich ludzi – pasjonatów. Ludzi którzy nie tracą czasu na waśnie i udawadnianie swojej wyższości a robią coś trwałego, coś budującego dla dobra ogólnego – pro publica bono.


7 grudnia 2006 (czwartek)

Cieszę się z tych ostatnich prezentów. Co więcej, nie czekam na wakacje tylko zacząłem Mszę bez ludu czytać już teraz. Czytać – to powiedziane dość trywialnie: lektura tego typu wymaga skupienia.
Okazuje się, że od VII wieku msze tzw. prywatne zyskały na popularności wśród zakonników. Tak jak jeszcze 100 czy 150 lat wcześniej brakowało im księdza (wtedy zakonnicy nie przyjmowali święceń kapłańskich) do odprawiania ceremonii mszalnej, tak później wszystkie kościoły klasztorne posiadały ołtarze boczne, do tych celów. Co także wiązało się z wzrastającym kultem świętych i ich relikwii.
Ołtarze te wykorzystywali kapłani do celów li tylko i wyłącznie własnej pobożności – czyli do próśb o doskonalenie i w efekcie własne zbawienie.
W tym też czasie zaczęły być popularne msze fundacyjne, gregoriańskie i wotywne, które łaczyły się z intencjami wiernych. A już w VI wieku ceremonie mszy świętej zaczęły gwałtownie odstępować od tradycyjnych wczesnochrześcijańskich obrzędów. Odstąpiono od tradycyjnego pocałunku pokoju (co teraz jest przywracane – przynajmniej u nas w Australii)- uwaga moja.
Oraz powszechnego przyjmowania komunii (co też jest w kościołach australijskich w 99% praktykowane) – też moje wtrącenie. Również następowała tendencja uczestnictwa wiernych w ceremonii tylko w roli świadków. Akurat ten punkt u nas jest w odwrocie. To wierni prowadzą i nadają ton ceremonii – ksiądz ogranicza się tylko do Eucharystii i krótkiej homili.
No proszę… jak przy Adwencie dopasowałem temat :)

9 grudnia 2006 (sobota)

Upał. Wczoraj i dziś w pobliżu czterdziestki. Już o porannku grzeje, chyba przez całą dobę temperature nie schodziła poniżej 30 stopni.

Dzisiaj oglądam się w telewizji Polonia. W reportażu z Festiwalu Polskiego w Melbourne jest też rozmowa ze mną i pokazano moją książkę i płytę.
Dobrze zrobiony reportaż, doskonale oddający ducha tego, co działo się na Federation Square w Melbourne. A i miasto ładne - jest się czym pochwalić.

centrum2.JPG

« Z szuflady (III) | Strona główna | Felieton - Święta »