« Trójka z plusem - Felieton | Strona główna | Owoc zakazany - Felieton »

10 listopada 2006

Dzienniki - listopad II - 2006

10 listopada 2006 (piatek)

Już kolejny dzień z rzędu o poranku ziąb a dni bardzo ciepłe… Taka pora roku.

No i oczywiście sucho. W sumie od wakacji w Polsce to tylko raz widziałem tu porządny deszcz. Niebywała susza.
Jutro w Polsce - Święto narodowe a u nas Remembrance Day - pamięci 61,919 australijskich żołnierzy pierwszej wojny poległych na różnych frontach.

Niespodzianka… z Polski dostaję płyty DVD i CD (m.in. najnowszą Anię Dąbrowską i muzykę Praisnera “Głosy”) a także polską NIKE 2006 – czyli kontrowersyjną książkę D.Masłowskiej pt. Paw królowej.
Dziękuję serdecznie…
Będę miał przyjemne słuchanie i oglądanie, mam nadzieję że i czytanie… przynajmniej atrakcyjne… no bo za coś tę nagrodę musieli przyznać…


12 listopada 2006 (niedziela)

Spadł deszcz!!!
Tak wczoraj wieczorem zaczęło trochę padać a w nocy rozpętała się burza i po wielu dniach bez opadów skropliło nas trochę…
A o poranku idę otoczony zapachami, aromatami. Skostniałe krzewy i drzewa zaczęły oddychać…
Jaka to przyjemnosć… taka świeżość.
Idę szlakiem potoku którego jeszcze wczoraj nie było a dziś z z rześkim szumem kołysze wszystko dookoła. Parę progów wodnych po drodze nagle stało się okazałymi wodospadami perliście rozpryskując swe wdzięki. A kaczki, kormorany, kurki wodne i ja – jesteśmy tym oczarowani...

W weekend oglądam też koncert Jean Michela Jarre’a ze Stoczni Gdańskiej na DVD. Świetne widowisko choć ten typ muzyki nie jest dla mnie największym przeżyciem.

Płyta Zbigniewa Praisnera to nie tylko MUZYKA a także wspaniałe słowa, to poezja i to najwyższej próby. A jaki klimat... nastrój od pierwszego utworu przez całą płytę choć zróżnicowaną emocjonalnie, to słowa takich tuzów jak Miłosz mówią same za siebie a i Jan Nowicki znany (doskonały zresztą aktor) pisze pięknie.
Wielkie wrażenie zrobił na mnie utwór instrumentalny „Wędrowanie”.

14 listopada 2006 (wtorek)

Latek przybywa a w głowie ciągle pstro… właśnie ściągnałem sobie z internetu stary numer IRON BUTTERFLY pod dziwnym tytułem “In-a-gada-da-vida” . Uważam, że to był pierwszy utwór z nazwanego dużo pózniej nurtu muzyki – Heavy metal… Nie było wtedy jeszcze Black Sabbath. Przekładając to na muzykę klasyczną … to takie “Bolero” Maurycego Ravela dla muzyki rockowej.
Mam ten utwór ale na kasecie magnetofonowej (kto to jeszcze pamieta?) a teraz mogę już w aucie na dużej szybkości słuchać.


16 listopada 2006 (czwartek)

Zimno… ochłodziło się i to znacznie… no i zaczęło trochę kropić spragnioną wilgoci ziemię.
Dochodzą mnie informacje, że promocja mojej książki i płyty w polskich mediach powoli się rozkręca. Miłe słowa od ludzi profesjonalnie zajmujących się literaturą – to też dodaje ducha…
Radio i pisma wrocławskie szykują informacje o moich utworach. Właśnie… czasem mnie pytano gdzie można nabyć moje utwory. Nie znam wszystkich miejsc bo hurtownie mają swoje układy z księgarniami ale wiem, że na pewno można dostać je we Wrocławiu w księgarniach: “Pod Arkadami” i “Verset” a i w Radomiu w księgarni “Sonet”. To wiem na pewno. No a poza tym… tutaj, na tytułowej stronie jest informacja.
Skończyłem czytać książkę Doroty Masłowskiej pt. Paw królowej. Mmm, hhmm,
nie będę się teraz rozpisywać o tym bo jestem w trakcie przygotowania felietonu na ten temat. Powiem tylko że książka bardzo kontrowersyjna, a jeszcze bardziej decyzja “szacownego jury” nagrody NIKE, które to tej książce ją przydzieliło w tym roku… Nike – to taki literacki polski nobel… I to bardzo dobre porównanie, bo to co sie dzieje z przydzielaniem tegoż ostatniego to też zakrawa na kpiny…
Podsumowując: literatura niszowa trafia na salony…



18 listopada 2006 (sobota)

Dziś po porannym marszu i odświeżeniu, spakowałem się i popędziłem prawie 800 kilometrów… do Melbourne.
Dzień na podróż piękny, słońce lekko przymglone ale ciepło. W podróży towarzyszyła mi wyselekcjonowana muzyka z 6 CD na dość wysokich “obrotach”.
Jak ja lubię taką jazdę… wtedy czuję się taki wolny, znikający punkt w przestrzeni mikroświata. Niestety, brutalnie do rzeczywistości przywołuje policja na drodze z radarami pistoletowymi i oczywiście namierzali kiedy popędzałem około 120 km/godz… Dozwolona predkość była tam 110… więc jeżeli za tydzień w skrzynce pocztowej znajdę mandat do zapłacenia, to wcale się nie zdziwię… Obniżyłem ustawienie na cruise control i pędziłem dalej przed siebie. Droga zleciała szybko i wcale nie poczułem tej odległości. Oczywiście parę razy zatrzymywałem się aby “rozprostować kości”.
koala.jpg

Jednym z miejsc był olbrzymi koala przy drodze. A ile przy tym rozbalansownych myśli, pomysłów, przemyśleń, uniesień i powrotów do przeszłości. A wszystko to dla równowagi zbalansowane monotonnym widokiem zza szyb auta, okraszone decybelami ulubionych rytmów.


19 listopada 2006 (niedziela)

Niedziela w Melbourne. Z rana wyjeżdżam z miłego domu przyjaciółki mojej mamy na Polski Festiwal do centrum miasta.
melbourne6.jpg

Kolejny ciepły dzień - będzie ponad 30 stopni. A w centrum Melbourne dziś około 20 różnych imprez, łącznie z koncertem U2 i spotkaniem grupy G20 (przedstawicieli 20 najbardziej uprzemysłowionych krajów świata) i antyglobalistów. Jeszcze tylu policjantów na raz w Australii nie widziałem. Krążyłem między nimi a wozami stacji telewizyjnych, aby dotrzeć na parking przy Federation Square gdzie odbywała się polska impreza. Już z daleka widać było powiewające polskie flagi. A i publiczność nie zawiodła. Sporo ludzi przewinęło się przez ten teren.
melbourne1.JPG

Ja siedziałem przy stoisku Polonia Bookshop ze swoimi “wyrobami”. Na stoiska z polska żywnością docisnąć się nie można było, a w naszym sektorze zdecydowanie luźniej. Obok p.Maryla sprzedawała biżuterię firmy Swarovsky. A przy mnie piękne wydania polskich książek – niestety nie tanie… Największym powodzeniem cieszyły się książki… kucharskie.
Ewa Maj – znana uzdrowicielka, terapeutka alternatywna przez pewien czas siedziała obok mnie oferując swoje książki i informując o terapiach… Przyjemnie porozmawialiśmy… Właśnie taka impreza ma to do siebie, że poznaje się wspaniałych ludzi. Ja na pewno do takich zaliczę spotkanie z Bogumiłą Żongołłowicz. Ta dziennikarka i literatka od lat związana jest z Melbourne ale nie tylko. Jej pasją jest wyławianie i ocalanie od zapomnienia twórczości emigracyjnej… szczególnie tej minionej. Wydała już sporo książek, tak opracowań jak i swojej twórczości. I właśnie spotkanie z nią było jednym z najprzyjemniejszych momentów mojego tu pobytu. A było podobnych spotkań parę. No i udzieliłem wywiadu dla telewizji POLONIA która przygotowuje reportaż z tej imprezy.
festiwal.jpg

« Trójka z plusem - Felieton | Strona główna | Owoc zakazany - Felieton »