« Dzienniki poranne - październik I - 2006 | Strona główna | Dzienniki - październik II - 2006 »

14 października 2006

Świat według Zena - Felieton

Mój przyjaciel Zen twierdzi, że globalizacja jako fakt historyczny nastąpiła wraz ze śmiercią księżny Diany.

Przytacza przy tym zasłyszaną opowiastkę.

- Otóż przypieczętowaniem faktu globalizacji - rozpoczyna wywód – była śmierć angielskiej księżniczki z egipskim kochankiem we francuskim tunelu jadąc niemieckim autem z holenderskim silnikiem a prowadzonym przez belgijskiego kierowcę nabuzowanego szkocką whisky a gonionym przez włoskich paparazzi na japońskich motocyklach. A do tego amerykański doktor próbował ratować ich używając brazylijskie lekarstwa…

I w tym momencie Zen bezczelnie mnie pyta:
- Ile krajów przyczyniło się do tej historyjki?
Kiedy po cichu przeliczyłem raz jeszcze i podałem liczbę: jedenaście, skrzywił się oponując – a narodowość opowiadającego to się nie liczy?!
I weź tu z takim wygraj… a w ogóle to opowiastka ta jest sporo dłuższa.

Oczywiście globalizacja jak wszystkie inne zjawiska społeczno-gospodarcze, ma swoje dobre i złe strony. I tylko w zależności od punktu widzenia można gloryfikować lub ganić to zjawisko.

Procesy globalizacyjne zaczęły się po drugiej wojnie światowej wraz z porozumieniami handlowymi w wielu regionach świata. Zredukowano cła i bariery handlowe, a tym samym wolny przepływ towarów i produkcji zataczały coraz większe kręgi naszego globu. Ale nie tylko w produkcji i handlu następowały procesy globalizacji.
Otóż, pewnym jej czynnikiem w kulturze można śmiało uznać… beatlemanię czyli popularność Beatlesów i innych im podobnym zespołów, praktycznie na całym świecie.

Innym ważnym elementem była światowa turystyka.Szczególnie ożywiona pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych kiedy podróże samolotami upowszechniły się.

Dzięki globalizacji takie kraje jak Australia czy Kanada zawdzięczają w pewnym sensie swój ciągły rozwój. Jednak obserwowane mechanizmy wprowadzania globalizacji na siłę nie służą niczemu dobremu. Nie można niszczyć tradycji i kultury w imię zachodnich standardów demokracji, które nie wszystkim dobrze służą. No, ale takie ikony jak buła z Mac Donalda czy Coca-cola, są znane już i spożywane na całym świecie. Parę lat temu sam się przysłużyłem do bałwochwalstwa jednej z nich. Oto mój grzech:

Oda do butelki Coca-Coli

Och, butelko Coca-Coli
niech cię serduszko nie boli.
Prowadź w czasy ciekawsze,
bądź z nami raz na zawsze,
dołącz do chleba i soli.

Spragniony zawsze cię wita,
nawet gdy na ciepło pita,
ty wygrasz również z winem,
swym życiodajnym płynem.
O piwo nawet nie pytaj,

Potrafisz zaleczyć kaca,
nieobca ci też jest praca,
rdzę zwyciężysz na śrubie,
jesteś na każdym ślubie,
stołu kapslowany władca.

Służyłaś też za przepitki,
bywałaś skora do bitki,
często orężem byłaś,
niejeden łeb rozbiłaś,
w bojach o serce kobitki.

Fascynująca tyś cola,
artystę Andy Warhola
tchnęłaś pięknem urody,
przetrwałaś wszelkie mody,
w niezmiennym kształcie idola.

Och, butelko Coca-Coli,
dołącz do chleba i soli,
toć jesteś już prababką,
boś stopiętnastolatką.
Pozostań jednym z symboli.

Wasz Chris
royalshow.jpg


« Dzienniki poranne - październik I - 2006 | Strona główna | Dzienniki - październik II - 2006 »