« Rzeka polskiego wzgórza - Felieton | Strona główna | Świat według Zena - Felieton »

1 października 2006

Dzienniki poranne - październik I - 2006

1 października 2006 (niedziela)

Po wczorajszych pieszych wedrówkach wśród ślicznych, kolorowych alejek Ogrodu Botanicznego na wzgórzach, dziś czuję trochę zmęczone nogi.

Ale nie oszczędziłem sobie porannego marszu.
W tak piękny poranek... po prostu szkoda leżeć w łóżku... Pogoda aż się prosi aby iść przed siebie na łono natury.
botanic2.jpg

Spokojny, leniwy lecz świetlisty dzień... a jutro następny wolny dzień od pracy. Bo to... Święto Pracy... tylko pochodów nie ma. To znaczy, chyba Partia Pracy organizuje jakiejś przejście ulicami , ale to marginalna sprawa.

Właśnie minęła 30 rocznica powstania KOR-u.
Pamiętam zafascynowanie tymi ludźmi - ich odwagą, działalnością, ich zaangażowaniem i poświęceniem.
Pamiętam Jacka Kuronia, Adama Michnika. Pamiętam podziw dla starszego mędrca - Jana Józefa Lipskiego.
To była grupa ludzi robiących niesamowitą sprawę. Szkoda, że ciągle ocenia się ich działalność przez pryzmat jakiejś dwuznaczności z otoczką ksenofobii.

3 października 2006 (wtorek)

Dziś niestety proza życia. Dzień pracy... Powrót do codzienności.
Komputer mam już w pełnym "rynsztunku". Działa doskonale, no i czuję i widzę i słyszę różnicę.
To tak, jakby nagle z XX wieku wkroczyć w XXI wiek. A CO BEDZIE ZA PARE LAT?

Technologia tak się zmienia, w takim tempie, że ciężko za nią podążać.
Czytałem gdzieś, że czeka nas nieprzyjemne zderzenie w niedługim czasie. Zderzenie cywilizacyjne właśnie tej grupy "myślącej" z grupą "produkcyjną" a największy problem - to 3 grupa zwana "agralną" . To konsumenci swoich wyrobów.

Róże wspaniale zakwitły wokoło. Ciepło i to bardzo... Wrzesień był na antypodach najcieplejszy od lat... Sucho... Już przewidują zagrożenia pożarowe. A to dopiero początek astronomicznej wiosny w tej części świata...
Co będzie dalej...?

5 października 2006 (czwartek)

Po wczorajszym upale (33 stopnie) dziś dużo chłodniej.
Dopiero teraz przeglądałem niedzielną (miejscową) gazetę i rzucił mi się w oczy felieton jednej z miejscowych dziennikarek. Opisuje ona, jak to zaproszona przez koleżankę znalazła się właściwie przypadkowo na mszy niedzielnej u protestantów. Ona sama do żadnego wyznania nie należy, a więc sprawa uroczystości kościelnych jest dla niej całkowicie obca.

I tu zaczynają się narzekania. Jakie to nudy w kościele. Jakie niedorzeczne słowa modlitw i psalmów. Jakie to niegdzisiejsze i bez treści (dla znudzonej redaktorki). Opisuje jak to chciała już wstać i zażądać :-) :-( od pastora aby zmienił i unowocześnił liturgię.
Żałosna jej argumentacja przewija się przez całą szpaltę. I takich to mamy współczesnych dziennikarzy. Życie ala Hollywood, pasje Paris Hilton i mecze lokalnego footbalu są czymś prawdziwym, interesującym i wartościowym dla jej podobnych, a wszystko co nie sięga bruku, nie jest wystarczjąco szokujące i prymitywne - jest nudne i nie warte zawracania sobie głowy. Ani jedno zdanie zastanowienia nie padło w jej wypocinach - dlaczego Ci ludzie tu przyszli, w co wierzą?.
Co powoduje, że tyle godzin (nie omieszkała wyliczyć czasu ile ci ludzie TRACA w ciągu roku!) spędzają w swym kościele...
Co dałyby proponowane (dość mgliście) przez nią zmiany...

Szczena opada jak się takie impertynacje czyta... jak mawia mój przyjaciel Zen.
Kiedyś myślałem, że gazeta SUNDAY MAIL musi być brukowcem z założenia, teraz widzę że jest taka, bo taką ją tworzą ludzie dla niej piszący.

7 października 2006 (sobota)

Pogoda wyśmienita na spacery. Właśnie jestem na rodzinnym spacerze na Glenelgu. Jest to taki nasz lokalny Sopot. Tu się zjeżdżają młodzi i starsi, turyści i spacerowicze. Jest gdzie pochodzić, wypić kawę czy zjeść lody, a i restauracji nie brakuje. Tu jest atmosfera...
pelikan03.jpg

Właśnie przeczytałem artykuł na temat traktowania przez kościół nieochrzczonych noworodków i nienarodzonych dzieci. Przypomniał mi się fragment z mojej powieści w której poruszałem też te kwestie słowami Pawła rozmawiającego z Bogiem w czasie burzowej nocy w irackim areszcie.
Właśnie w Watykanie, dyskutowała na ten temat Międzynarodowa Komisja Teologiczna.
"Zgodnie z wierzeniami Kościoła miałyby one trafiać po śmierci do limbus puerorum (tłumaczonego jako otchłań lub zatoka dzieci). Termin ukuto w średniowieczu dla określenia czwartego stanu poza niebem, czyśccem i piekłem....., Komisja Teologiczna złożona z 30 wybitnych teologów z całego świata doszła do wniosku, że dzieci będą zbawione niezależnie od tego, czy zdążono je wcześniej ochrzcić. Wprawdzie są obciążone grzechem pierworodnym, ale teologowie uznali, że człowiek nie zna wszystkich sposobów, jakimi Bóg dociera do ludzkiej duszy. Oznacza to, że wszystkie zmarłe przed chrztem dzieci idą do nieba...A termin limbus puerorum ma zniknąć z języka Kościoła"

9 października 2006 (poniedziałek)

Większość wczorajszego dnia spędziłem 130 kilometrów od Adelajdy w Polish Hill River, co na polski tłumaczy się - Rzeka polskiego wzgórza, gdzie 150 lat temu osiedliła się pierwsza polska grupa osadników.
Piszę o tej imprezie w osobnym felietonie, a tu tylko wspomnę że miałem tam małe stoisko gdzie prezentowałem i sprzedawałem moją książkę i płytę z wierszami. A była to okazja do poznania i spotkania wielu ciekawych ludzi. Po latach zobaczyłem Tadeusza Matkowskiego (telewizja Polonia na Australię) z Melbourne i poznałem redaktorkę Annę Zamecznik z radia 3ZZZ w Melbourne.
polish hill river.jpg

Spędziłem też miło czas w towarzystwie pana Zbyszka Zołoteńkiego... dziewiędziesięciolatka który błyskotliwym humorem potrafi rozbawić każdą generację. A ile on ma w sobie energii!


11 października 2006 (środa)

Wczoraj dociera do mnie wiadomość - Marek Grechuta nie żyje.
Wiedziałem że jest chory, ale nie zdawałem sobie sprawy że to już koniec....
A Artystą był wysokiej klasy. On mnie zauroczył od pierwszego wejrzenia... swoją osobowością i... poezją. Jego pierwszy występ na festiwalu w Opolu pamiętam jak dziś. Zaśpiewał wtedy "...dam ci serce szczerozłote, dam konika cukrowego" - któż tego zresztą nie pamięta z tamtych czasów...
Tworzył tak niepowtarzalny klimat na estradzie, że na mnie nasiąkniętego muzyką a rockową wywierał olbrzymie wrażenie. Niestety, już nic nie stworzy.
Jakie szczęście że mam trochę jego muzyki, a i ostatni koncert z Opola, gdzie młodzi wykonawcy interpretowali jego piosenki.
Tu dziękuję przyjaciołom za nagranie mi tego w kraju.

Mistrz umarł... sztuka pozostaje.

13 października 2006 (piątek)

W środę wieczorem byłem w klubie jazzowym. Klub prawie w centrum Adelajdy prowadzi...miły człowiek - Polak - o imieniu Yacek.
Akurat w środę gościł u siebie muzyków z dawnego jazzowego bandu ONIONS. Ten zespół powstał w 1974 roku i zyskał sporą popularność na scenie jazzowej. Później się wszystko rozpadło i teraz, po latach - znów razem...
W ten gorący wieczór klub wypełnił się miłośnikami jazzu. Kiedy jechałem tam, było 28 stopni, a później nie wiele mniej...
Wieczór bardzo udany a i paru Polaków poznałem.

Wczoraj ukazała się obszerna recenzja mojej płyty z wierszami pióra Ernestyny Skurjat-Kozek w Pulsie Polonii.
Zainteresowanych odsyłam do www.pulspolonii.com
Najłatwiej wpisać w SZUKAJ: Krzysztof Deja i otwierają się wszystkie powiązane artykuły.



14 października 2006 (sobota)

Od czytelniczki z Ostrowa Wlkp. dostałem ciekawą myśl którą przytaczam, bo mi się bardzo podoba:
" Umierajac prosił aby mu włożyli książki do trumny,
Obiecywał, że nie będzie ich czytał ale chce je mieć"

Pogoda jak zwykle zaprasza na poranny marsz. Więc idę na długą wyprawę wzdłuż Cobbler Creek w pobliżu mojego domu. Dziko tu i świeżo... jeszcze świeżo.
wiosna553.jpg

Jutro mam spotkanie autorskie, jest okazja do spokojnego "przetrawienia" tekstu który jutro zamierzam wygłościć.

Stary blues Tadeusza Nalepy pt. MODLITWA w wykonaniu Glorii Strzeleckiej koi wszelkie bóle... Polecam na zgagi, stresy, depresje, nostalgie i inne dolegliwości. Wystarczy usiąść z lampką dobrego wina (niekoniecznie australijskiego ) i na dość wysokich decybelach kontemplować 5 minut i 35 sekund tej delicji. Polecam!
A gdzie dostać to lekarstwo... nie mam pojęcia. Chętnych zapraszam do napisania, a ja będę się starał znaleźć aptekę.


« Rzeka polskiego wzgórza - Felieton | Strona główna | Świat według Zena - Felieton »