« Marianna Dembińska - opowiadania. CZ.II | Strona główna | Marianna Dembińska - opowiadania. CZ.III »

1 sierpnia 2006

Dzienniki - sierpień I - 2006

1 sierpnia 2006 (wtorek)

Nareszcie mam czas przejrzeć witryny i pisma internetowe do których często zaglądam. No i znajduję miłą niespodziankę.

U Joli Szaniawskiej w Transatlantyku Nadziei www.tnpolonia.com pięknie opracowany album z jej niedawnych wojaży po Kubie, a właściwie Hawanie. Interesująco zrobiony a do tego na początku autorka wpisała dedykację dla mnie... Dziękuję serdecznie, to zaszczyt!
Jest tam krótki rys opisowy i fotografia urokliwej Hawany.. ginącego świata który tam jeszcze istnieje. Zresztą co ja będę opowiadał polecam zajrzeć.


3 sierpnia 2006 (czwartek)

Dostaję sporo sygnałów od czytelników o mojej powieści. Otrzymałem też recenzje z Gazety Wyborczej. Ale ja jeszcze nie mam tu książki ciągle płynie w kontenerze. Za parę dni powinienem odebrać.
No proszę... nawet były premier Marcinkiewicz poszedł w moje ślady i od paru dni pisze bloga.
Nie całkiem... ja nie piszę typowego bloga (uf, ale brzydkie słowo), u mnie nie ma wpisów.
Dla zainteresowanych podaje adres... kmarcinkiwiecz.blog.onet.pl
Ale on ma czytelników! Podejrzewam, że nawet wieszcz Adam gdyby miał możliwość korzystania z internetu tylu by nie miał. Myślę, że to co poderwało ludzi do czytania, to absolutna nowość. Polityk na tak wysokim szczeblu pisze bloga. Może oczekuję jakiś sensacji...?


5 sierpnia 2006 (sobota)

Drugi tydzień mija od mojego powrotu z wakacji. Zima już praktycznie odchodzi. Dni ładne, ciepłe, tylko kiedy zbliża się zmierzch gwałtownie robi się chłodno, wręcz zimno. I tak do następnego ranka. Jest sucho, deszczu jeszcze nie widziałem... a jak teraz nie popada to kiedy?
W pracy jestem zajęty umiarkowanie. Więcej szkoleń i zebrań niż właściwej pracy.

Nacieszam się przywiezionymi pamiątkami z Polski. To takie miłe. Każdy drobiażdżek przypomina jakąś scenkę z pobytu, jakiś klimat no i osoby z tym związane.
A i przywiezionym płynem się delektuję...
Dziś rano na walk nie poszedłem natomiast koło południa pojechaliśmy do lasu na piknik. I tam w sporej grupie rodaków smażyliśmy kiełbasy, ziemniaki i inne specjały polskie. Nawet grzaniec polski był serwowany.
OGNISKO2.JPG

Już księżyc na czarnym niebie i gwiazdy nam przyświecały a my wśród kłębów wonnego dymu ze szklanką dysputy toczyliśmy. A trzeba wiedzieć że u nas o tej porze roku już o 18-tej się ściemnia. Po dwudziestej rozjechaliśmy się do domów.


7 sierpnia 2006 (poniedziałek)

Happy Birthday dla pani wiosny!!! Tak, od rana czuję wiosnę w powietrzu. Choć jeszcze ranek zimny ale to już... Drzewa aż pękają z bólu aby rodzić białe czy różowe kwiecie. To widać na każdym kroku.
wiosna 8.jpg

Zapowiada się piękny dzień. A ptaki szaleją dwa „wróblowate” mało mnie nie potrąciły w czułe miejsce, tak szalały w przelotach. Ja szybko zasłoniłem się niczym piłkarz w „murze” ale to był odruch po czasie. Ominęły mnie... na szczęście, każdy i innej strony.
.
Dostałem mnóstwo miłej korespondencji. Jedna z nich zapowiada publikację moich wierszy w pismie literacko-kulturalnym ziemi radomskiej Biuletyn Prowincjonalny.

Jutro trzeba wypełnić Cenzus Australijskiego Biura Statystyk. Robimy to co parę lat. Pierwszy raz natomiast, przymierzam się zrobić to przez internet – bo taka opcja też jest możliwa. U nas już wiele spraw urzędowych załatwia się przez internet.
Kiedyś pracowałem dla firmy której przedstawiciela na oczy nie widziałem... wszystko załatwialiśmy przez internet. Tak otrzymywałem zadania, tak też odsyłałem gotowe projekty. No i zapłata też zawsze była na czas... Ale to już kwestia kultury społeczno-biznesowej.


9 sierpnia 2006 (środa)

Dziś siwa czapla przyfrunęła do mnie na obiad. Przegoniłem ją ale nie mam pewności czy to nie była jej kolejna wizyta... bo rybek nie sprawdzałem. Po takim obiedzie zostaje kilka egzemplarzy zresztą mocno przestraszonych i przez parę tygodni nie pokazują się wcale - tak jakby ich nie było. A mówi się że ryba ma tylko pamięć przez 3 sekundy... nie wierzę! Jedyna nadzieja, że punktem zainteresowania był jeden pond (a teraz mam rybki w obydwu.)
mawsonlakes3.jpg

Znów sporo korespondencji że wspomnę o dwóch.

Pani Ela Gepfert przysłała mi plik mp3 z Waltzing Matilda (najbardziej lubianą w Australii piosenką tradycyjną) przez nią przetłumaczoną, w wykonaniu Urszuli Ćwiek, aranżacji Mariusza Lewicza. Bardzo intersująca interpretacja. Niestety nie mam możliwości aby to tu prezentować ale mam nadzieję że będzie można ją odsłuchać na głównej stronie www.australink.pl bo Stan entuzjastycznie przyjął powstanie takiej wersji tej piosenki, a myślę że i w Pulsie Polonii.
Powstał też podobno niemy filmik ilustrujący treść "Waltzing Matilda". Wszystko to stworzono z okazji promocji książki Terry'ego Pratchetta "Ostatni kontynent". Mąż pani Eli, Piotr W. Cholewa jest tłumaczem Pratchetta.. Interesujące przedsięwzięcie.

Druga korespondencja od Lecha Lamenta - grafika, malarza i poety. Leszek zapowiedział przysłanie mi swoich utworów książkowych a podesłał mi elektronicznie zbiorek Jesienna pozytywka.
Wiersze wręcz klasyczne, choć bez rymów. A jaka w tym synchronizacja dźwięków, rytmu. To muzyka… No i pełno tego co lubię najbardziej – natury, pięknej przyrody, opisów i nastrojów z nią związanych. To jest to co lubię. Polecam jego stronę www.tymoteusz.com.pl


11 sierpnia 2006 (piątek)

Pogoda marzenie. Ja wypoczywam, dużo czytam.

Właśnie przeczytałem o tak pięknej jak i tragicznej miłości przedwojennej aktorki S.Umińskiej i Jana Żyzowskiego – krytyka sztuki.
Ona 12 lat młodsza od kochanka, miała praktycznie wszystko – pieniądze, przyjaciół i otwartą drogę do wielkiej kariery, nawet międzynarodowej. On też uzdolniony literat, błyskotliwy krytyk sztuki i do tego nieźle malował. Człowiek renesansu, jakbyśmy dziś powiedzieli.

Wszystko układało się wspaniale, do czasu kiedy Żyzowski popadł w chorobę… chorobę nowotworową… raka wątroby.

Namiętność przerodziła się w pasję poświęcenia. Umińska rzuciła wszystko aby zaopiekować się kochanym człowiekiem. Jego natomiast opanowała mania skrócenia cierpień poprzez eutanazję.
Przez wiele miesięcy przekonywał ją że jeden strzał z jego pistoletu który zawsze miał ze sobą – załatwi wszystko. Co więcej, będzie to dowodem największej miłości z jej strony. Po długim czasie aktorka bliska nerwowego załamania zrobiła to o co ją tak prosił jej najdroższy. A działo się to w Paryżu. Oczywiście był process w 1925 roku. Wszyscy łącznie z prokuratorem byli po stronie Umińskiej. Po procesie aktorka wróciła do Polski w glorii bohaterki i… wstąpiła do klasztoru. I co więcej, tam poświęciła swe życie dla kobiet takich jak ona – targanych namiętnościami i zdolnych do poświęceń. Czy bywają jeszcze takie kobiety?

13 sierpnia 2006 (niedziela)

Piękny dzień... podobnie jak sobota. Jak ja żyję wtedy. Oddycham. Dziś wybrałem się na długi marsz podobnie jak wczoraj, tylko dziś sam a wczoraj ze Stanem. A pogoda marzenie. Wszystko (prawie) kwitnie, jest przepięknie i świeżo. I mój umysł świeży. Żyję trochę wspomnieniami, trochę rzeczywistością.
BUSZ9.JPG

Dziś na comiesięcznym spotkaniu Polskiego Towarzystwa Kulturalnego wymieniłem się „produktami” z p. Wacławem Jędrzejczakiem. Ja mu podarowałem mą powieść i wiersze na CD, a od niego otrzymałem pięknie wydaną książkę po angielsku pt. Love’s Cadenza. Tytuł można przetłumaczyć...Miłość niczym muzyczna harmonia.
Piękna książka... już zacząłem czytać.
Wacław Jędrzejczak pochodzi z Torunia a od 1956 roku mieszka w Adelajdzie. Ma o czym pisać i robi to doskonale. A z wykształcenia mi brat... też inżynier.

Znów niepokojące wiadomości o zagrożeniu terrorystycznym.
No, chciałbym się widzeć bez bagażu podręcznego. W moim przypadku było tego około 8 kilogramów.
Ci terroryści... we wszystko wnoszą destrukcję.
Ludzie, co nam się stało, że tak sobie robimy na złość!!
Jak słyszę czy czytam wszelkiej maści nawiedzonych którzy twierdzą że w imię religii czy moralności trzeba ponieść ofiary to mi się niedobrze robi. Jak ktoś chce się umartwiać, proszę bardzo – ale nie kosztem innych. Nie robić życia innych piekłem na ziemi. Przyjdzie na to czas - jeśli są wierzącymi, albo o ile piekło w ogóle istnieje. Co wcale nie jest takim oczywistym, spoglądając na to co się dzieje na Ziemi. Czy może być jeszcze coś gorszego?!

« Marianna Dembińska - opowiadania. CZ.II | Strona główna | Marianna Dembińska - opowiadania. CZ.III »