« Dzienniki - lipiec III - 2006 | Strona główna | Marianna Dembińska - opowiadania. CZ.II »

23 lipca 2006

Marianna Dembińska - opowiadania I

Marianna Dembińska od kilku lat mieszka we Włoszech.
Mimo młodego wieku jest kobietą wszechstronną. Oprócz ciągot literackich - a ma się już czym pochwalić – jest… businesslady, jak mawiają Anglicy.

marianna2.jpg
Ale zajmijmy się głównie jest pracą artystyczną.
Jest autorką niedawno wydanej w Polsce książki pt. „Tobie to dobrze - czyli biografia (prawie) prawdziwa polskiej arystokratki robiącej międzynarodową karierę;". Właściwie - jak mówi z przymrużeniem oka sama autorka - to biografia prawie prawdziwa. Z jej kart przebija, tak rzadko dziś spotykany, optymizm. I nie jest to naiwna wiara w przypadek ale przekonanie, że dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości no i może szczypty szczęścia można osiągnąć sukces, nawet poza granicami swojej ojczyzny.
Z racji przywiązania do rodzinnych korzeni skompletowała imponujące drzewo genealogiczne sięgające 1390 roku. Co więcej, przygotowała stronę internetową (www.stalker-game.pl/history/), na której umieściła barwne historie rodu Dembińskich, także burzliwe opowieści o ich romansach i wielkich miłościach oraz rozmaite anegdoty i plotki. Jedną z najbliższych Mariannie postaci jest Urszula Dembinska – która była kobietą niezwykle ambitną i wpływową, podobno miała romans z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim. Inna kobieta – o tym samym imieniu i nazwisku, co nasza bohaterka była matką Aleksandra Fredry. Natomiast postać jej przodka, Walentego Dembińskiego zainspirowała ją do stworzenia nowego wina "GCR Walenty" (Grande Canceliere Reale Walenty – czyli Wielki Kanclerz Koronny Walenty), wina mającego na celu przypomnieć więzy łączące Polskę z Włochami.
marianna5.jpg Bo trzeba tu zaznaczyć, że Marianna Dembińska jest ekspertem w branży winiarskiej a także dystrybutorem i promotorem win włoskich. Powracając do osoby Walentego Dembińskiego - był on osobą cenioną i darzoną ogromnym zaufaniem na dworze królowej Bony i został pochowany na Wawelu.
Jej teksty publikowane były w tak wielu periodykach w kraju i za granicą, że nie sposób je tu wymienić. Ukazywały się tak w USA jak i na Białorusi, w Niemczech i na Cyprze.
Ponad rok temu, napisała sztukę pt. Casting, która została nagrodzona w prestiżowym włoskim konkursie teatralnym (Attori in cerca d’autore, wrzesień 2005) i 19 września tego roku zostanie wystawiona na deskach sławnego teatru Brancaccio w Rzymie. Była pierwszą nagrodzoną cudzoziemką w dwudziestoletniej historii konkursu. A 6 kwietnia br., w Teatrze im. J.Kochanowskiego w Opolu odbyła się premiera tej właśnie komedii (nadal na deskach teatru). Reżyserem jest Tomasz Man.
Mariannę rozpiera chęć poznawania i tworzenia wciąż czegoś nowego. Zajmuje ją również architekturą wnętrz i restauracją zabytków.
"...luksus to przede wszystkim pewien styl..." - to jej dewiza.
My poznamy ją jako literata w serii krótkich opowiadań współczesnych. Poniżej zamieszczam 5 pierwszych odcinków. Następne, za parę dni. Przyjemnej lektury.
Krzysztof


Miłe złego początki, ... a koniec jeszcze milszy (mam nadzieje!) Odc.1

Od czego by tu zacząć, żeby było logicznie...? Wiem!
Od - "mam taką koleżankę...".

Więc mam koleżankę, Anię. Świetna dziewczyna, zabawna, miła i do tego blondynka.
Co jakiś czas dzwoni do mnie po "kardiologiczne" (czytaj: sercowe) porady, choć ja w tych sprawach autorytetem nie jestem. Pewnie właśnie dlatego dzwoni. Ostatni raz wczoraj. Z poważnym pytaniem, na które trudno mi było odpowiedzieć, bo szczera odpowiedź boli, a ona nic złego mi nie zrobiła, wiec niech rozwija skrzydła, a jak będzie trzeba, to ja kiedyś będę „zbierać” po raz kolejny.

Pytanie brzmiało: "Czy Twoim (czyli moim) zdaniem, jak przyjaźń przekształca się w coś więcej, to zawsze muszą z tego być problemy?”

No i taka prosta sprawa zapędziła mnie w kozi róg. Szybko zaczęłam się zastanawiać, o kim może mówić. Bo świadomość o kogo chodzi mogłaby mi pomoc. Odrzuciłam kilku wspólnych znajomych, bo na kandydatów na "coś więcej" jakoś mi nie pasowali. Cóż odpowiedzieć? Jasne, że tak. Jeżeli związek się rozpadnie, albo gorzej jeszcze, w ogóle "nie wypali", to trudno wróci do stanu poprzedniego, ale jak koleżanka pyta o to, wzdychając do telefonu, a dwie godziny później w kawiarni odpala sobie papierosa z drugiej strony, no to nic tylko zaprzeczać! W imie rozwijającego się "czegoś".

Kandydatem okazał się mężczyzna, którego jako pierwszego wrzuciłam na listę - "To nie może być on". Ach, ta regularnie zawodząca mnie kobieca intuicja!

"ON" jest życiowym szczęściarzem z przypadku i kobieciarzem z wyboru. Taki typ. Wiesz dokładnie, iż spotkanie z nim to początek problemów, ale łudzisz się, że to ty będziesz "TĄ" kobietą. Wiec ona jest na etapie łudzenia się.

Łączy ich wiele. On uważa, że kobiety są stworzone do siedzenia w domu, ona dokładnie to samo myśli o mężczyznach (mieli sporo wieków, by pokazać co potrafią ...no i pokazali....), on słucha Myslovitz i Stinga, ona Ramazzotti'ego i piosenek z Grease. On "nie zwraca uwagi na wygląd", ale każdej koleżance wytyka przybrany kilogram, i doradza odchudzenie ud, ona na wygląd zwraca dużą uwagę, ale to, że on jak nie znajdzie pary skarpetek zakłada dwie różne (w różnych kolorach!) wcale jej nie przeszkadza. On myśli o swojej karierze, ona też - o własnej. Konflikt interesów gwarantowany. Jak się "zejdą i rozejdą", to będzie niezły cyrk - szczególnie dla nas, wspólnych znajomych, jednak jest nadzieja. On na pytanie - "Czy będziesz o mnie myślał?" podobno się uśmiechnął. Podobnie zareagował na pytanie - "Czy będziesz za mną tęsknił?" - a to już przecież coś znaczy, prawda? A poważnie mówiąc, on przedstawił ją swej rodzinę i nawet objął ją przy swym ojcu. A to, w przypadku czterdziestoparolatka "po przejściach", to już naprawdę o czymś świadczy. Myślę, że świadczy. Mam nadzieję, że świadczy. Mając już te "niezbite dowody" uspokajałam ją, że na pewno będzie dobrze i że nawet gdyby coś im nie wyszło - a wyjdzie na pewno(!), to katastrofy z tym związanej na horyzoncie nie widzę. Czy malutkie kłamstewko w dobrej wierze jest czymś złym? Dzisiaj widziałam ich razem. Niby niewiele ich łączy, ale "cielęcy wzrok" a nie słowa, zdradzą nawet najtwardszego mężczyznę. Oj wpadłeś chłopie! Po uszy wpadłeś!


Odcinek drugi i z całą pewnością nie ostatni

Oberwało mi się trochę za poprzedni tekst. Ania miała, co prawda pewne wątpliwości, czy to o niej, natomiast Krzysiek połapał się od razu. Najbardziej oburzony był o "cielęce oczy". Walił w pierś i zaprzeczał. No dobrze, niech mu tam. Rozmarzony wzrok. Lepiej?

Wyjaśnić należy, że pomiędzy nimi teoretycznie rzecz biorąc nie ma żadnej historii. Zmiana ich stosunków polega na tym, że zamiast słyszeć się raz na tydzień czy dwa (Ania wyjechała służbowo na miesiąc, więc nie mogą się spotykać), piszą do siebie bądź dzwonią codziennie. No i jeszcze jedno - wszystko zaczęło się od tego, że ON, spacerując z nią po ulicy, jak gdyby nigdy nic chwycił ją za rękę(!). Ania później opowiadała mi, że była totalnie zaskoczona. Spacerowali razem ulicą nie raz, ale bez żadnych czułości. Później ON pewnie, aby zmącić pokój duszy, powiedział jej kilka niezwykle miłych i jeszcze bardziej zaskakujących rzeczy i te właśnie jego słowa sprawiły, że obudziło się w niej "coś".

Wcześniej ona myślała o Krzychu jako o kumplu, tylko i wyłącznie (słowo harcerza).
Już po iluś kolacjach, przedstawieniu jej swojej rodzinie (nie całej rzecz jasna) "On" zaczął sobie dokazywać, pisząc do niej per "Ty głupolu piłkarski", no i jak byli razem na zakupach, mówił do niej "Matka", a przecież trzeba być w pewnym stopniu jakby to określić....spoufalonym, by tak powiedzieć! Wygląda to tak, że on zachowuje się jak kumpel, mówi jak kumpel, dzwoni jak kumpel, a nagle wyskakuje z jakimś zdaniem, że ojej.
Najczęściej jednak On mówi do niej tak, by jak najmniej powiedzieć. Więc ona, biedna, nie ma innego wyjścia, jak tylko interpretować jego słowa i szukać wszelkich znaków na niebie i na ziemi, by cokolwiek z tej enigmy zrozumieć. A w tym, jak każda blondynka, jest mistrzynią. A ja? Jeżeli do tej pory nie zwariowałam, to już pewnie nie zwariuje. Historia, której nie ma, będąc w fazie szczegółowej analizy, spędza mi sen z powiek. Smsy i telefony Ani również.
Dzisiaj, godzina 10.

- Słuchaj - powiedziała. Ja sobie to wszystko przemyślałam i wiesz, to jest jakiś znak.
- Jaki znak?
- No zobacz. On - jest z tego samego rocznika, co mój kuzyn, Jarek i w dodatku jego brat, brat Krzyśka nie Jarka, mieszka w Poznaniu, jak Jarek.
Moja odpowiedz: możesz mi to powtórzyć?
Telefon po godzinie: - wiesz, nie, pomyliłam się, on jest rok starszy od mojego kuzyna, ale rok to żadna różnica, prawda?

Ratunku!
Najprostszym rozwiązaniem byłoby doprowadzić do rozmowy (z Krzychem - nie ze mną), ale tego Ania boi się jak ognia. Mówi, że może okazać się, że sobie to wszystko wymyśliła, źle zrozumiała, że on tylko odrobiny czułości potrzebował, albo coś jeszcze gorszego, a tak, to chociaż sobie marzy i "interpretuje znaki".

Moim zdaniem Ania tak naprawdę boi się odkryć, że wszystko doskonale zrozumiała. Bo chociaż jej serce bije dla niego i chociaż ona zawsze podziwiała go i patrzyła jak w obrazek (wydaje się niemożliwe, ale parę zalet to on naprawdę ma!) życie z nim to jedno wielkie OJEJEJEJEJ!
A to, nawet Ania-blondynka doskonale wie. Czyli – konkludując - tym razem, jeżeli wdepnie to zupełnie świadomie.

Wiadomość z ostatniej chwili (ostatni telefon Ani):
On - śniłaś mi się.
Ania - Och! Naprawdę?! A co?
On - no....że cię pocałowałem
Ania (rozmarzona) - Aaahhh
On - i zamieniłaś się w żabę!

Jakoś udało mi sie ją przekonać, że to dobry znak!


Odcinek trzeci. (A nie mówiłam?)

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – wrzasnęła Ania.
- Ja? Tak! Oczywiście że tak! Potwierdziłam. Chociaż przyznać muszę, że nie do końca to była prawda.
- I ? – pytała.
- I – odpowiedziałam ....hm...szczerze?...pojęcia nie mam!
- No bo zobacz. Tego nie da się w żaden sposób zrozumieć! Ale twoim zdaniem mówił o nas czy jeszcze o kimś?
Uśmiechnęłam się zadowolona, bo Ania zupełnie niechcący rzuciła mi koło ratunkowe.
- Powiedz mi dokładnie słowo w słowo co ci powiedział - poprosiłam. I chwilkę później wiedziałam w czym był (kolejny, jakby było mało) problem Ani. Więc, wczoraj - mówiła z przejęciem - jak z nim rozmawiałam, powiedział coś takiego:
„Co ty na to, jak przyjedziesz, wyjedziemy na weekend do Gdańska”?
Problem był w tym „my”. WyjedzieMY. Bo to „MY” to niby kto? Ania i Krzysiek sami czy – jak to zwykle bywało całe grono znajomych? No i pozostaje jeszcze problem Gdańska. Do Gdańska – tylko dlatego, że Krzysiek ma tam do odebrania jakiś materiał, dlatego że Ania ma tam rodzinę (w tym kuzynkę, którą Krzysiek zna i lubi), czy dlatego, że jest morze i ogólnie ładnie i przyjemnie?
A może chce jechać z nią, tylko dlatego, że nie chce mu się tyle kilometrów jechać samemu?
No i... zdarzyło się już, że wyjechali razem na weekend – na narty, bo raźniej we dwoje niż samemu, ale to było przed tym, jak on chwycił ją za rękę, no i wtedy nie dzwonili do siebie codziennie. Czy to znaczy, że jadą tak jak kiedyś, czy inaczej?
Jedno jest pewne. Kobieta jak nie ma problemu, to doskonale potrafi sobie go sama stworzyć.
- Aniu, jedno pytanie: czy to jest tak ważne z kim i gdzie? Czy nie powinnaś po prostu zrelaksować się i cieszyć, że spędzicie trochę czasu razem?
Nie! Nie powinna, bo to zmienia postać rzeczy. Jaka postać i jakiej rzeczy nie zrozumiałam, ale Ania mówiła całkiem przekonana, że ma racje. Przytakiwałam więc, bo cóż innego mi pozostało.
Zaczęłam się zastanawiać, co sprawia, że kobieta na co dzień podejmująca ważne zawodowe decyzje, będąca niezależna i pewna siebie, staje się sentymentalnie zagubiona i wygrywa Mistrzostwa Świata w zadawaniu głupich pytań. Właściwie to, że Krzysiek tak działa na kobiety, wiedziałam wcześniej. Ale na Anię? Krzysiek to jest tak zwany „typ”. Ten „typ”. Jego wady odbierane są jako zalety, a rozbrajające i chwilami absurdalne poczucie humoru zawraca w głowie, no a gdy złośliwie zwróci na coś uwagę (np. „powinnaś odchudzić uda”) kobiety zamiast trzepnąć go w ucho, wzdychają zadowolone, że zauważył, iż przytyły i dziękują za zainteresowanie wyglądem. Tego samego dnia zaczynają dietę, biegać rano przed pracą i chodzić na basen. Co on w sobie ma? Tego pewnie nie dowiem się nigdy, ale właśnie przypomniałam sobie jego życzenia świąteczne sprzed kilku lat temu: „Moja mama życzyła mi, aby rok 2003 był jak 2002. Boże, mam nadzieję, że chociaż Ty będziesz miała udany rok”. Mama jego pewnie nie pomyślała, że choć był to rok, w którym odniósł wiele zawodowych sukcesów, rozstał się również z żoną i pewnie nie miał ochoty „przerabiać” tego raz jeszcze.


Odcinek 4. (Interpretacja pewnego snu.)

- Moja podświadomość zwariowała - powiedziała Ania, dzwoniąc do mnie wczoraj o północy.
- Nie podświadomość, tylko ty - odpowiedziałam. A ja, wiesz, też mi już niewiele brakuje.
- Do?
- Do zwariowania!
Anię dręczą dziwne sny. Położyła się na kanapie, zasnęła oglądając ulubiony serial (Sex and the city), co już coś powinno oznaczać, bo choć zna na pamięć wszystkie odcinki w trzech wersjach językowych, nigdy nie zasnęła przy żadnym z nich (!). A śniła trzeci dziwny sen w tym tygodniu. Śniło jej się, że urodziła syna i karmiła go piersią. (Też mi dziwna sprawa!) W pewnym momencie brakło mi argumentów, by ją uspokoić,włączyłam więc komputer, zaproponowałam (o ja blondynka!), że wejdę na wyszukiwarkę, znajdę sennik i razem spróbujemy ten sen zinterpretować. Bo czasami jedno się śni, a znaczenie jest całkiem inne, jak na przykład łokieć to nie złamana ręka czy reumatyzm tylko, że cię oszukują, a żeby wiadomo, nic dobrego. To był jeden z moich „genialnych pomysłów”. Sennik okazał się „niezwykle pomocny”. Ania, przewidując, że mogę coś kręcić, poprosiła o stronę i zapowiedziała, że sama też sprawdzi. I zrozum tu kobietę. Zostawia mi klucze do domu, daje prowadzić samochód, a z sennikiem zaufania nie ma!
Rodzenie oznaczać ma nowe plany, syn w jednym senniku oznaczał „lekką niedyspozycję” – co Ania odebrała jako pewne na 100% mdłości, ale za to w drugim „koniec problemów” – czyli według Ani koniec staropanieństwa, a koniec problemów nie dla niej, bo jej akurat z tym dobrze, tylko jej rodziców, którzy z wnuka ucieszyli by się ogromnie. Karmienie piersią to szczęście bądź rychłe wesele (!) no i byłyśmy w domu.
- Aniu – powiedziałam - co my wyrabiamy! Przecież to obłęd jakiś! Jak głupia i głupsza!
- Łatwo ci mówić! To nie tobie ciąża grozi!
- Chyba nie będziesz wierzyć w takie tam głupoty... próbowałam jak mogłam, ale Ania miała na mnie haka, że jeżeli moje sny się spełniają, to niby dlaczego jej nie mogą?
Nie rozumiem w ogóle tej paniki, ani dlaczego ona tak bardzo się tym wszystkim przejmuje. Wspólny wyjazd na weekend to nie zaręczyny! Może nawet lepiej, że to Krzysiek, bo zna większość i wad, i zalet. Wie czego się spodziewać - na przykład tego, że prawie na pewno samochód będzie pchać, bo Krzyśkowi skończy się benzyna (a on omija inne stacje niż BP, nawet jadąc na rezerwie, bo nigdzie indziej benzyna mu nie odpowiada...) , albo tego, że planując wyjazd do Gdańska dojadą do Szczecina, bo on planuje doskonale, ale zmienia plany jeszcze lepiej.
A właśnie... Krzysiek. Jak to się stało, że on zaczął się nią interesować?
Pomijając fakt, że zaraz po rozwodzie mówił jakieś tam brednie, które mówią wszyscy ludzie „po przejściach”, co go napadło? I kiedy? Gdy tak rozmyślałam o Krzyśku i o tym, co i dlaczego w nim się „obudziło”, telefon zadzwonił znowu.
- Co jeszcze? – spytałam.
- To ja - odpowiedziała Ania.
- Wiem, że ty. Wyświetliłaś mi się!
- I to Krzysiek był ojcem dziecka! – wyrzuciła z siebie prawie płacząc.
- Ania, to normalne! Myślisz o nim, jesteś zakręcona, kto niby miałby być ojcem twojego dziecka, jak nie Krzysiek?!
Nie zauważyłam mojej siostry, która akurat weszła do mojej sypialni, spojrzała na mnie z ogromnym zainteresowaniem i spytała :
- To z kim Krzysiek będzie miał dziecko?
- To tylko we śnie! – odpowiedziałam.
- Tak. Akurat! Wyrosłam z takich bajek. Nie chcesz, to nie mów! I tak sie dowiem. Kwestia miesięcy. Maksimum dziewięć. Wiesz, fajnie by było....


Odcinek piąty. (Ania nie wie, co mówić... )

Gdzieś przeczytałam, że świat się zmieni, gdy Ania - gaduła zmodyfikowana genetycznie (bo rodzice gadułami zdecydowanie nie są) - nie będzie wiedziała, co mówić. No i zbliża się. Coś się wydarzy, niekoniecznie 11 września, ale zwrot w historii ludzkości być musi!

Dzisiaj, gdy lunatykowałam do kuchni, idąc po drodze, jaką wyznaczał zapach kawy, zadzwonił telefon. Nienawidzę telefonów przed poranną kawą, nie potrafię myśleć, dopóki kofeina, pogwizdując ze szczęścia, nie płynie w moich żyłach.

Telefonu nie zdążyłam odebrać (dzwoniła Ania - w życiu bym się nie spodziewała!), ale za to, żeby sobie ulżyć, przepisałam i w komórce Ania nie jest już zapisana jako "Ania P", tylko jako "Znowu Ona" - jakoś poczułam się lepiej, jak to zrobiłam, aha, dodałam też muzyczkę "Zabiłem dzika".

Wypiłam kawę i oddzwoniłam.

- Słuchaj...

- No, słucham.

- Jutro z Krzyśkiem jedziemy do Gdańska, tak?

- Na to wygląda.W czym problem?

- Załóżmy, że spotkamy się z kimś znajomym, albo z moją kuzynką, albo z kimś przypadkiem.Wiesz, w takich sytuacjach świat jest mały!

Wiem coś na ten temat - pomyślałam.

- I?

- No i ten ktoś spyta mnie, czy my z Krzyśkiem jesteśmy razem. Co mam odpowiedzieć?

- Hm...Wiesz, musi to być coś wiarygodnego. Jak na przykład, że przed wyjazdem Krzysiek pożyczył ci książkę, jakąś...
- I?

- I prosił, żebyś mu ją koniecznie oddała - mówiłam - i ty jechałaś na rondzie w Warszawie i nagle go zobaczyłaś na tym rondzie i przypomniałaś sobie o książce, a miałaś ją ze sobą...

- I?

- I zaczęłaś trąbić, bo chciałaś mu tę książkę oddać i tak jechałaś za nim i jechałaś... no i dojechałaś aż do Gdańska za nim. Ale zupełnie osobno.

- Co ty bredzisz? Dobrze sie czujesz?

Ja bredze?! Oczywiście najlepiej jest dla odwrócenia uwagi od własnej patologii (w jej przypadku maniacalis gravis albo coś takiego) wskazywać na szaleństwo innych.

Właściwie to winny jest Krzysiek. Do niego powinien być dołączony tłumacz myśli, albo chociaż instrukcja obsługi.

Normalny facet wysyła ci jasne do zrozumienia sygnały. Powie coś takiego, że wiesz, na czym stoisz. Nie mówię o gimnazjalnych "chcesz ze mną chodzić?”, ale o czymś jasnym, jak zasady gry w Monopoly, więc ty wiesz, że "coś się święci". Te sygnały - jak wiadomość wysyłana morsem - powtarzają się co jakiś czas, więc wiesz, że ktoś jest tobą ciągle i ciągle zainteresowany.

A Krzysiek? Jak już się Ania zebrała na odwagę i wysłała mu smsa o treści: „Spędzimy ze sobą kilka dni, cieszysz się?", dostała odpowiedź: „Cieszę się, że tylko kilka dni!". Na co ona: "Mogę być wolna aż do wtorku". Odpowiedź: "Jakoś to zniosę".
Tylko czy ja zniosę dopóki w tę czy w tę strone się nie zdecydują?

Marianna Dembinska

« Dzienniki - lipiec III - 2006 | Strona główna | Marianna Dembińska - opowiadania. CZ.II »