« Grajdołkowe gadki - Felieton | Strona główna | Marianna Dembińska - opowiadania I »

20 lipca 2006

Dzienniki - lipiec III - 2006

20 lipca 2006 (czwartek)

Romantyczny pobyt na Starym Mieście, trochę zakłócony upałem i ilością wozów transmisyjnych różnych telewizji.

Jak się dowiedziałem nowy prezydent Warszawy p. Marcinkiewicz ma zaraz tu być aby wyglosić orędzie i spotkać się z Warszawiakami. Trzeba zmykać... bo za dużo się robi „powagi z sytuacji” a i obecność stróżow porządku się nasila. A po południu Łazienki. To miejsce zawsze wpływa kojąco, a szczególnie kiedy jest 34 stopnie w cieniu.
Co ciekawe, tuż po wejściu spotykam lisa. Lisa, który wcale nie zwraca uwagi na przechodniów. Wyszedł z nory i coś tam długo dłubał koło krzaków, a po chwili znów zniknął. Niewiarygodne – dziki lis w wielkim mieście.
Warszawa ładnieje muszę przyznać i robi coraz lepsze wrażenie. Oby tak dalej nowy merze miasta panie Marcinkiewiczu.

21 lipca 2006 (piatek)

Mój ostatni dzień w Polsce. Dziś wieczorem odlatuję do Frankfurtu nad Menem, a później do Singapuru.
Wilanów zostawiłem sobie na ostatek. Mam czas, przemierzam park i ogród wilanowski upajając się widokami i roślinnością. W jednym z parkowym budynków oglądam wystawę plakatów.
WAWA3.jpg

Nastraja mnie to spacerowanie... tyle dni w tym kraju, tyle przyjemnych chwil, uniesień.
Zostawiam tu wiele serca... muszę przyznać... miałem super wakacje.
Nie jest łatwo żegnać się z tym wszystkim.


Od wieczora jestem w podróży.
Muszę jeszcze powrócić do Warszawy i ponarzekać trochę. Nigdzie nie jest do pomyślenia aby droga do jedynego, największego w kraju, miedzynarodowego lotniska nie była oznakowana. A tak jest w stolicy. Niech ktoś spróbuje jadąc główną arterią z Wilanowa, znaleźć choćby malutki symbol oznaczający zjazd w stronę lotniska. Miejscowi wiedzą, a obcy... kto by się tym przejmował...

Wylot do Frankfurtu niemiecką Lufthansą. Tam po godzinnym oczekiwaniu w dusznej poczekalni (Niemcy też podróżnych nie rozpieszczają) uleciałem z Europy do malutkiego Singapuru, olbrzymim jumbo jetem. Singapurskie linie dbają o klientów tak w powietrzu, jak i na olbrzymim lotnisku. To lotnisko a właściwie dwa połączone ze sobą szybką kolejką terminale oferują swym klientom niezliczoną ilość atrakcji – większość za darmo. Dla porównania – lotnisko Okęcie tak się ma do Singapuru, jak stacja kolejowa Lesiów do Dworca Centralnego w Warszawie. Podobieństwo takie, że tu i tam zatrzymują się pociągi.

22/23 lipca 2006 (sobota, niedziela)

Bez przerwy zmieniam strefy czasowe. W powietrzu wszystko się miesza – zmiany czasu, pory dnia. Te prawie 13 godzin lotu przewraca utarte biologiczne potrzeby organizmu.
Całe szczęście że przechodzę to dość gładko, bo zaraz po pierwszej ośmiogodzinnej (przepraszam drugiej... ta z Warszawy była tak krótka że jej nawet nie liczę) podróży, ponieważ wycieczki po mieście były już całkowicie zarezerwowane, więc udałem się na tropikalny basen lotniskowy i pławiłem się w ciepłej, orzeźwiającej wodzie.
Oj potrzebne mi to było. No i prysznic odswieżający, nawet t-shirt wyprałem błyskawicznie. Później masaże ciała, stóp, na maszynach – fotelach porozstawianych w tych kilometrowej długości pomieszczeniach lotniska.
I bar i internet. Siedzę teraz przed olbrzymim panoramicznym ekranem telewizyjnym w wygodnym fotelu, popijam mocne singapurskie piwo i piszę te słowa. Takich jakby własnych pokoików jest tu sporo, każdy ma swój ekran i na każdym leci co innego. Ja załapałem się na turniej golfowy oczywiście – przy tym wyjątkowo wypoczywam. Po takim wypoczynku jestem gotowy na następną podróż do Adelaide, którą rozpoczynam z 2 godzinnym opóźnieniem, ze względu na usterkę automatycznych drzwi do luku bagażowego w samolocie. Musieli reperować.

W niedzielę miejscowego czasu po 9 rano, wylądowalem w domu. LOT5.JPG

Ostatnie 2 godziny lotu to wspaniałe widowisko ponad chmurami w blasku pięknego światła słonecznego. Fascynujący widok śnieżnych chmur i przebłysków wody na ziemi.
Powietrze tak czyste, że z 10 kilometrów nad ziemią widać wszystko jak na dłoni. Później piękne okolice Barossa Valley i przedmieść Adelajdy. Wszystko tak poukładane, takie proste i ludzkie - jak miniatura z modeli, jak zabawki dla dzieci. Rajska kraina – pomyślałem.
Przyjemnie jest wracać do siebie.

25 lipca 2006 (wtorek)

Powrót do normalności (czyt. codzienności).
Idę jak dawniej o poranku żwawym krokiem, bo chłodno. Chyba będzie z 6 stopni ciepła... Niebo jak zwykle w zimie raczy nas pięknymi kolorami od wschodu – czerwień, granat, błękit i czerń.
wiosnamala3.jpg

Wszystko to zmienia się z minuty na minutę. Dziś też dziecko rozpoczyna szkołę po 2 tygodniach przerwy, a więc zawożę ją najpierw do szkoły, a potem jadę do pracy.

Zacząłem też czytać...
Zaglądam do periodyku na internecie „Listy z daleka” prowadzonego przez panią redaktor Leokadię Komaiszko. Jest to pismo kulturalno-społeczne działające w formie klubu ludzi dla których słowo ojczyste i wspomnienie kraju pochodzenia jest czymś drogim, czymś bezcennym. I w ten sposób powstało to pismo. Szczerze polecam, można to zobaczyć na www.polonia.be/Listy-z-daleka/lzd.htm


27 lipca 2006 (czwartek)

Wydawało mi się że już doszedłem do siebie, że różnica czasu poszła w zapomnienie, a jednak nie...
Ciężko mi się wstaje. Brrrr... zimno o poranku!
A i w pracy przysypiam... szczególnie ostatnio – mam szkolenia. Nie wyrabiam... jakaż to nuda. Muszę jakoś to przetrwać.
A pisania też mam sporo. Korespondencja, przepisywanie dzienników.
Mam parę szkiców do felietonów – muszę to rozwinąć. Fotografii i video też sporo do obróbki. Pamiątki cieszą. Dobrze że ciągle chłodno, więcej się siedzi w domu i na takie sprawy czas doskonały.


29 lipca 2006 (sobota)

Wybrałem się na długi spacer ale dopiero koło południa. Wiele drzew już pięknie kwitnie. Pierwszy raz od wielu tygodni jestem na długim marszu wzdłuż potoku. Niby chłodno, ale przyroda nie daje za wygraną. Szczególnie drzewa migdałowe już się bielą kwieciem.
wiosna 3.jpg

Wieczorem natomiast, party u znajomych. Będzie okazja do pogadania, popróbowania, pobawienia się .. czyli luzu, który jest nam tak potrzebny. Na spotkaniu dumnie prezentuje flagę białoczerwona z napisem POLSKA 2006 Mundial. Ale w sumie wielkich powodów do dumy nie ma. Choć banner robi wrażenie.

31 lipca 2006 (poniedziałek)

Weekend był chłodny. Po sobotnim imprezowaniu niedzielę spędzam na oglądaniu pamiątek z Polski.
Przeglądam zdjęcia, video które nakręciłem, a i programy z telewizji dzięki uprzejmości znajomych przywiozłem i teraz mogę spokojnie obejrzeć. Koncert piosenek Marka Grechuty i 101 kabaretu polskiego. Obydwa programy z Opola. Ten pierwszy bardzo dobry, przypominał mi dawne piosenki w ciekawym wykonaniu młodych piosenkarzy, ale kabaret w reżyserii O.Lipinskiej wypadł.. słabiutko. Pani Lipińska tak lubiana kiedyś przeze mnie, wcale się nie popisała. Niektóre numery wręcz żenujące.

« Grajdołkowe gadki - Felieton | Strona główna | Marianna Dembińska - opowiadania I »