« Dziwy polskie - Felieton | Strona główna | Grajdołkowe gadki - Felieton »

10 lipca 2006

Dzienniki - lipiec II - 2006

10 lipca 2006 (poniedziałek)

Niesamowity dzień, nietypowy, pełen wrażeń i emocji.
We Wroclawiu znów gorąco...

Ciągle gorąco...
Całą noc jechałem, a ze mną blues. Ale ten blues radosny, tajemniczy, owinięty zapachem szosy, widokiem nocnych swiateł moteli przydrożnych.
Polska zdecydowanie wygląda lepiej w nocy niż w dzień. Eksponuje tylko te ładne, zadbane budynki przeznaczone dla podróżnych, turystów, zagranicznych kierowców. Te ładne fragmenty dróg, iluminowany równy i szeroki asfalt, niestety nielicznych dróg.
Wroclaw17.jpg

Po krótkim odpoczynku zwiedzam Oleśnicę. Miasto w jakiś sposób mi rodzinne, bo zaraz po urodzeniu mieszkałem tam przez dwa lata. Oczywiście nic nie pamiętam.
Z ciekawością oglądam całe miasto, a szczególnie podoba mi się spory rynek i zamek śląskich Piastów. Stoję w podcieniach krużgankow (bo ciagle upał) i podziwiam potęge nadszarpniętego zębem czasu zamku. A głębokim popołudniem rezyduję już w pięknym Antoninie.
Tu sie da żyć. Niewielki domek w pocieniu lasu tuż nad jeziorem. Co lepiej potrzeba. A wszystkie facillites na wycięgniecie dłoni. Przy zachodzie słońca leżę na plaży w Antoninie czytając Edwarda Redlińskiego „Nikiformy” – rozdział „Pamiętnik księgowej”.
Rozbawia mnie ta lektura. Tak, to się nazywa żyć do samej śmierci. Księgowa skrupulatnie spisywała pamiętnik intymny i jak się okazało w latach 1964 aż do 1969, czyli do dnia śmierci miała 241 stosunków... spełnionych (jak to ona nazywała... jednym słowem miała orgazm), co może nie jest liczbą imponującą, ale zakładając że jej życie intymne było uzależnione od żonatego kochanka to... nieźle. Ale nie o to tu chodzi – sama forma spisywania tych przeżyć jest bezduszna, typowa rachunkowość. Można by rzec – księgowa całą gęba i nie tylko...
Zauważam, też ciekawe inne rozdziały jak: „Ku szczerości...” czy „ Ulepszanie świata”.
A na plaży prawie ciemno...
BGORA2.JPG


12 lipca 2006 (sroda)

Dziś jestem na porannym marszu w niezapominajkowym towarzystwie ptaków, zapachów i pięknych widoków jeziora i lasu. Idę wzdłuż brzegu w Antoninie. Od rana parno. Słońce za chmurami, woda w jeziorze jak wannie ciepła. Podobno w Gdyni temperatura morza osiągnęła 24 stopnie. Niesamowite. Australijski typ pogody otacza mnie tutaj od pierwszego dnia pobytu. Tylko w Polsce bardziej wilgotne powietrze... no i nie takie klarowne. Wczoraj miałem przyjemny spacer w Kobylej Górze wzdłuż jeziora a po południu wypoczywałem w pałacyku (letniej siedzibie Radziwiłłów) w Antoninie gdzie parokrotnie gościł Fryderyk Szopen – stąd dwa fortepiany w stosunkowo niewielkim pomieszczeniu. Miejsce gdzie oddycham pełną piersią. Jak mi dobrze tu być... Pałac modrzewiowy, kilkupiętrowy... jak tu smakuje piwo i lody... A park otaczający jest niepowtarzalny w swej urodzie.

Po marszu i śniadaniu pakuję się i kieruję na Poznań. Pierwszy raz w życiu jadę tą trasą.
Czym bliżej Poznania tym bardziej czuje się inność. To nie jest powszechne w Polsce: te przejrzyste oznakowania ulic i dróg, te czyste i zadbane domostwa i budynki użyteczności publicznej. Te zadbane miasteczka i osiedla przypominające wsie, których tu właściwie nie ma.

Sam Poznań robi miłe wrażenie europejskości. Miasto jest ciekawe, pełne atrakcji turystycznych.
Zwiedzam Stare Miato, przyległe uliczki i pobliski Ostrów Tumski – najstarsza cześć klasztorna miasta. Nie znajduję już czasu na obejrzenie terenów wystawowych – objeżdżam je tylko z boku. Mam okazję porozmawiać o moich książeczkach i płycie z zainteresowanymi. A wieczorem padam po intensywnym dniu do łóżka.


13 lipca 2006 (czwartek)

Mój 32 dzień w Polsce.
Słoneczny poranek w Poznaniu. Zbieram manatki i pędze w stronę Torunia. Jeszcze tylko zatrzymuję się na krótki spacer przy jeziorze Maltańskim w Poznaniu oglądajac trenujących wioślarzy i kajakarzy z samego rana i w drogę.
POZNAN2a.jpg

Z nad Warty przenoszę się nad Wisłę. W ogóle w ciągu 4 dni zmieniam trzy wielkie rzeki jak... rękawiczki – Odra, Warta i Wisła.
Akurat głupie porównanie, bo gorąco jak w Australii. Choć jak dla mnie trochę za duża wilgotność powietrza.
Jeszcze przytoczę wypowiedź polityka na tematy aktualne w Polsce, w radio - uslyszałem właśnie przed chwilą:
... to będzie czarny scenariusz dla Polski. Warto stąd uciekać...

Pozostawiam bez komentarza.

Dla mnie są tu takie klimaty jakich nie spotkałem nigdzie indziej. Na przykład dziś na rynku toruńskim.
Atmosfera niepowtarzalna, upalny wieczór, kapela hip-hopowa i tysiące bawiących się ludzi. Pięknie podświetlone stare kamieniczki i kościoły w kontraście z młodością na ulicach – to wspaniała mieszanka. Siedzę w ogródku piwnym tuż obok z widokiem na scenę i bawiących się ludzi. Ja po prostu wypoczywam. Jak tu miło...
W ogóle Stare Miasto Torunia to bajka. A nocny spacer wzdłuż Wisły i podświetlonych starych murów otaczajacych miasto dopełnia nastroju. Jest pięknie!


15 lipca 2006 (sobota)

Już jestem drugi dzień nad morzem Bałtyckim. Wynajmuję kwaterę we Władysławowie. Tu jest cała nowa dzielnica wybudowana tylko na przyjmowanie i potrzeby turystów. Nie poznaję tego miasta, znów – podobnie jak w Zakopanem – komercja wyszła na ulice i dosłownie przejść ciężko. Ale atmosfera jest – a to najważniejsze. Morza polskiego nie widziałem już 25 lat, morze się nie zmieniło , ale plaża tak. Co kilkaset metrów jest bar na plaży, są chodniki pomostowe i wiele innych.

Okopywałem się w grajdołku jak inni, nawet z tego powstał felieton. Zwiedzałem miasto i okolice. Widziałem rodzime gwiazdy ekranu niczym gwiazdy hollywoodzkie wyciskające ślady swych dłoni na Deptaku Gwiazd we Władysławowie.W miłym towarzystwie przejechałem cały półwysep Helski. W dzień prawie pusty, wiekszość urlopowiczów wygrzewa się na plaży, dopiero wieczorem wylegają na deptaki. Zwiedzam miasteczko Hel. Tam też rój turystów, a i wiele do zobaczenia. Wszędzie gdzie jestem zakupuję pamiątki aby później przypominać sobie to miejsce. Tu też kupuje bursztyny i inne gadżety. No i pojadłem smażonych ryb prosto z morza. Choć śledzie w tym roku nie były nadzwyczajne, to chyba przez te upały...
Zauważam już w Polsce dwukołowe segwaye, które pierwszy raz widziałem dwa lata temu na Hawajach.


17 lipca 2006 (poniedziałek)

Droga S6, czyli obwodnica trójmiejska jest doskonałym przykładem włączenia się Polski w infrastrukturę europejską. Jedzie się nią jak gdziekolwiek w zachodnioeuropejskiej cześci świata.
Niestety, takich fragmentow „normalności” jest w Polsce ciągle niewiele. Ale są i to cieszy.
Gdańsk jak zawsze ma swój specyficzny urok. Teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek choć też podobnie jak Wrocław, trochę rozkopany.
Zwiedzam wszystko co można w tak krótkim czasie w Trójmieście zobaczyć. To już mój drugi dzień w tym mieście. Korki też nie małe. Dziś wyszliśmy prawie wszyscy z autobusu udającego się do centrum miasta i idąc piechotą byliśmy dużo szybciej niż duszny autobus komunikacji miejskiej. Zaliczyłem centrum Gdyni i wybrzeże na którym zacumowane są Grom, Blyskawica i Dar Pomorza. Przeszedłem al.Bohaterów Monte Cassino w Sopocie wtapiając się w urlopowiczów tłum. Rzut oka na wszystko łącznie z molo i popędziłem do Gdańska – Oliwy, na koncert w katedrze.
OLIWA1a.jpg

Po drodze uroczy park oliwski. No i wizyta przed Stocznią Gdańską – tak emocjonalna dla mnie.

Wieczorem spotkanie ze znajomymi i wspólne picie piwa i różnych kaw w kafejce na Długiej. Nastrój jest, miło jest.


18 lipca 2006 (wtorek)

Ciagle zwiedzam Gdańsk. Spacery po Starym Mieście i Rynku. Odwiedzam miejsce obrony Poczty Polskiej, promenadę wzdłuż kanału Motławy, obiad na wodzie – na starym korablu. A po południu podróż do Malborka. Zamek robi wrażenie – jestem tu pierwszy raz.
Jest to olbrzymia forteca Krzyżaków, nieźle zachowana z wieloma oryginalnymi fragmentami jeszcze z XIII wieku. Później niektóre pomieszczenia przebudowano, powiększono, modifikowano, ale czuje się ten surowy klimat życia zakonno-rycerskiego. Usiadłem sobie nawet na specjalnym fotelu Wielkiego Mistrza... nic specjalnego... nie eksajtowalo mnie to aż tak.
Do wieczora chodzę i podziwiam a później powrót do Gdańska.

19 lipca 2006 (sroda)

Dziś wyjeżdżam do stolicy...
To ostatnia moja długa podróż po kraju. I kolejny upalny dzień. Przejeżdżam przez miasteczka, podziwiam krajobrazy Warmii, ale jeziora są skryte głębiej od drogi i ich nie widać. Droga niezła.
Zatrzymuję się parę razy aby ochłonąć i coś zjeść. Warunki na jedno i drugie są dobre. Szczególnie przystanek w lesie... taki relaksujący.
LAS1.JPG

Warszawa – miasto wielkie. Przemierzam je całe wzdłuż Wisły. W południowej części między Łazienkami a Wilanowem mam pokój hotelowy. Warunki całkiem dobre, no i widoki. Hotel w stylu zachodnim i gości sporo. Słyszę obce języki. Wiadoma rzecz – stolyca...

« Dziwy polskie - Felieton | Strona główna | Grajdołkowe gadki - Felieton »