« Dzienniki - lipiec I - 2006 | Strona główna | Dzienniki - lipiec II - 2006 »

9 lipca 2006

Dziwy polskie - Felieton

Równo dwa lata temu pisałem w tym miejscu o dziwach Ameryki a teraz przyszedł czas na Polskę.

I znów zastrzegam, nie będzie to traktat o źle prowadzących się Polkach…
Wspomnę o dość nietypowych i wcześniej wręcz niemożliwych sytuacjach dzisiejszej Polski.

Na początek wypada powrócić do minionych miesięcy, czyli do początku maja tego roku. Otóż dnia trzeciego maja na placu Piłsudskiego w Warszawie uroczystą zmianą warty dowodziła… kobieta. Porucznik Beata Targońska z Żandarmerii Wojskowej. Chciałbym zobaczyć minę marszałka Piłsudskiego w takiej sytuacji. Już widzę jak porusza nerwowo sumiastym wąsem. A co imć pan Zagłoba na takie fanaberie by powiedział? Białogłowa rycerzami komenderuje…

Teraz coś niesamowitego dla kibiców piłki nożnej. Nie tak dawno, podczas 24 kolejki ligowej polskiej ekstraklasy zwanej teraz… Orange Ligą, w polskim klubie Pogoń Szczecin nie wyszedł na murawę stadionu ani jeden Polak. Polska drużyna wystawiła… dziesięciu Brazylijczyków i Słowaka! I co tu mówić o szkoleniu narybku skoro kupuje się teraz cały skład! Nie dziwota, że Janasowi nic podczas właśnie skończonego Mundialu nie wychodziło.

Następną dość szokującą sprawą jest publiczne (wręcz obowiązkowe) uczestnictwo w nabożeństwach w każdej okoliczności, dzięki transmisjom radiowym. Niech ktoś spróbuje podróżować po kraju publicznym transportem w dzień kiedy wypada święto religijne wtedy zrozumie o czym mówię. Na każdej stacji transmisja z uroczystości, w autobusie to samo. W okolicznych barach, radio nadaje na cały regulator kazanie do kotleta i setki czystej; a już szczytem niesmaku jest znaleźć się w publicznej toalecie w czasie podniesienia… bo babcia klozetowa też udźwiękowiła swoje miejsce pracy. I co ciekawe "czardżuje” też w… euro. Pół euro za siusianie - jakby ktoś chciał znać szczegóły. Trzeba przyznać – niezły biznes.

To nie koniec dziwów które przyjdzie doświadczyć szczególnie tym nieprzywykłym do polskiej codzienności dnia dzisiejszego.

W Polsce na drogach spotykać można głównie znaki ograniczające prędkość do 50 km/godz, czasem do 70-ciu. Oczywiście, tam gdzie są drogi rozkopane prędkość jest jeszcze bardziej zaniżana. A rozkopana droga to specjalność polska tego lata. O tym napisze osobno.
Praktycznie, nie widzi się kierowcy przestrzegającego ograniczenia prędkości. W mentalności Polaka znak jest po to, aby go ignorować. Przyglądając się bliżej, trudno im w wielu wypadkach nie przyznać racji. Do tej pory, uważałem naszych australijskich strożów ruchu drogowego za konserwatywnych, ale kiedy się analizuje takie ogranicznie prędkości bez żadnej widocznej przyczyny na polskich drogach, to w człowieku wzrasta bunt przeciwko głupocie, a po czasie uodparnia się całkowicie na liczby widniejące na okrągłych znakach drogowych. Inna sprawa, że drogi w Polsce są w fatalnym stanie, ale nie aż tak, aby przesadnie trzymać kierowców w kondukcie pogrzebowym – a tak wyglądałaby jazda z tą prędkością na otwartej drodze.
Zresztą, jest to jedyny punkt w którym jestem gotów bronić polskich (i nie tylko) kierowców. Oczywiście tylko tych, nie zapominających o realiach polskich dróg.

Jeszcze o ulicy, ale z innej strony.
Nas od lat mieszkających w kraju zbytniego luzu w ubieraniu się na pewno zadziwi, że w Polsce po ubraniu ciągle można rozpoznać niedzielę, czy dni świąteczne. Ulica robi się wtedy elegantsza - szczególnie zauważalne to jest na prowincji.

No i żeby pociągnąć temat o dziwach… może raczej dziewczynach, to nie sposób nie zauważyć polskich dziewczyn. Generalnie są zadbane i dobrze wyglądają, ale są wsród nich takie laski (znów nieaktualne słowo… teraz laski się robi) że nie można przejść obojętnie… Dobrze, że mamy ten zmysł wzrokiem zwany. Widok takiej szykownej laleczki przy której sławne modelki tracą blask, rozjaśnia przy okazji, nie całkiem świetlistą polską rzeczywistość.


Wasz Chris
BGORA1.jpg

« Dzienniki - lipiec I - 2006 | Strona główna | Dzienniki - lipiec II - 2006 »