« Dzienniki - czerwiec III - 2006 | Strona główna | Dziwy polskie - Felieton »

1 lipca 2006

Dzienniki - lipiec I - 2006

1 lipca 2006 (sobota)

Wyjazd z Zakopanego. Jeszcze oglądam miasto, jeszcze nie mogą się z nim pożegnać.

ZAKOPANE.JPG

W drodze, radio podaje o wypadku jaki wydarzył się kilkanaście kilometrów stąd na Zakopiance.
Z tego co mówią, jedna ofiara śmiertelna wśród robotników budujących wiadukt. Wielokilometrowe odcinki tej drogi są w remoncie i co ciekawe nikt sie tu nie spieszy, tempo wręcz ślimacze, a wypadki się zdarzają.
Zwiedzam też miejsce urodzin Karola Wojtyły - Wadowice. Byłem tu wiele lat temu, ale teraz się zmieniło. Nowy okazały kościół powstał, no i szlak turystyczny – śladami Jana Pawla II – stworzono. A wycieczek zatrzęsienie. Szczególnie po niedawnej wizycie (jeszcze stoi ołtarz) Benedykta XVI.
Zajeżdżam do uroczej Nysy, w sam raz na mecz Brazylii z Francją. Siedzimy, gawędzimy i komentujemy poczynania mistrzów piłki kopanej. I tak do późnej nocy.

3 lipca 2006 (poniedziałek)

Wczoraj wiekszość dnia spędziliśmy nad jeziorem Nyskim. Gorąco, a więc aura sprzyjająca tłumom na plaży. Piwo było balsamem dla organizmu. Później obiad w miłej restauracji. W Polsce można się najeść i to dobrze. A ja sobie nie odmawiam. Bawimy się doskonale.
A dziś już pędzimy do Brzegu a stamtąd w dwa samochody przez pół Polski do Opoczna.

Po drodze mijam okazałe shopping centre pod Częstochową. Wpadam tam aby zrobić małe zakupy i popatrzeć – jak to w Polsce wygląda.
Objeżdżam (nigdy wcześniej tego nie robiłem) klasztor - Jasną Górę i pędzimy dalej. A gorąco nie ustępuje. Niektóre fragmenty polskich szos wyglądają całkiem przyzwoicie, szczególnie te gdzie rozbudowały się wielkie centra handlowe. Stworzono przy tym dobre dojazdy, rozjazdy i serwis dla podróżnych. No i stacje benzynowe są na światowym poziomie – ceny też.


5 lipca 2006 (środa)

Znowu od dwóch dni wypoczywam na łonie natury. I upajam się brzegami Drzewiczki. Jest ciągle 30 stopni – żyć nie umierać. Z tym życiem to różnie bywa, bo mocno zakrapiane biesiady wcale dobrze na samopoczucie nie wpływają. Trzeba się zacząć oszczędzać.
Jeżdżę trochę Corollą po okolicy. Przypominam sobie jazdę po prawej stronie i do tego z ręczą skrzynią biegów.
U siebie od lat używam tylko auta z automatycznymi skrzyniami bo są wygodne i najpopularniejsze. Jeździ się całkiem nieźle, tylko to przyzwyczajenie lewej ręki do działania i nią szukam dźwigni zmiany biegów.

CHABRY.JPG

Tyle bocianów jeszcze nigdy nie widziałem, no i ciągle uroczo pachną lipy.
Rano wychodzę na spacery przygotowując się do prelekcji na spotkanie autorskie które będzie za parę dni w Radomiu. W takich warunkach to czysta przyjemność.


7 lipca 2006 (piatek)

Od wczoraj jestem w Radomiu. Wygrzewam się niemiłosiernie na miejskim bruku. Muszę się pochwalić że dobrze zaaranżowałem mój pobyt, bo przeplatam miasta i naturę, tak że nic mi się nie zdąży znudzić. A więc po kilku dniach wśród lasów, łąk i rzeczki jestem na rozżarzonym deptaku zwanym ulica Żeromskiego.
RADOM.JPG

Dziś miałem długo oczekiwane spotkanie z najbliższą rodziną, a i parę innych spraw załatwiałem. Dzień wypełniony po brzegi. A tu ponad 30 stopni.
Oglądam z bliska osiedle Akademickie świeżo powstale (dla mnie) w tym mieście. Miasto się zmienia to trzeba przyznać, brak mu tylko charakteru. A nastąpi to dopiero po gruntownej renowacji starego miasta. Do tego jeszcze bardzo daleko bo sporo do zrobienia. Odwiedzam dawnych przyjaciół i rodzinę.
Otrzymuję m.in. na pamiątkę monety wybite na niedawną okrągłą rocznicę 25-lecia wydarzeń radomskich. Sam w tym częściowo uczestniczyłem, a więc wydarzenia bliskie sercu.
Powoli rozbudowuje się większy sentyment do tego miasta, bo na początku tego nie czułem za bardzo. W miejscowych gazetach odnajduję anonse jutrzejszego spotkania w Łaźni.

8 lipca 2006 (sobota)

Dziś spisuję te słowa późno, bardzo późno. Jest już 2 rano następnego dnia.
Dzień był wyjątkowy, bogaty w wydarzenia. Było jak zwykle upalnie, no i dzień meczu o 3 miejsce na Mundialu. I tego wszystkiego obawiała się organizatorka spotkania ze mna w Klubie Środowisk Twórczych „Łaźnia” pani Budzisz. Wszystko jednak poszło pomyślnie. Frekwencja dopisała, ja przedstawiłem moją drogę do literatury, przeplatając wierszami z najnowszej płyty i czytając fragmenty tych dzienników oraz powieści. Była interesująca scenografia, doskonałe nagłośnienie, no i akcenty australijskie jako że jeden z pracowników klubu miał i grał na aborygeńskim instrumencie didziridu. A więc, nie omieszkałem go poprosić o próbkę tych dobrze znajomych mi dźwięków a całkiem nieznanych dla gości klubu.
spotkanie5.jpg

Później jeszcze rozmowy, podpisy książek i po dwóch godzinach impreza się skończyła. Moje wiersze na płycie jak i powieść będą dostępne w ksiegarni Sonet w Radomiu w centrum miasta.

Przenieśliśmy się z kolegami ze studiow, do innego miejsca aby celebrować nasze spotkanie. No i trwało to dość długo, właśnie wtedy od czasu do czasu zerkaliśmy na stojący obok telewizor, aby wiedzieć wynik trwającego właśnie meczu. Jeden kolegów przybył do nas aż z Gdyni. Wyczyn niesamowity.
Później jeszcze nocna wizyta w biznesie jednego z kolegów, no i sporo po północy znalazłem się w łóżku. Nie poszedłem od razu spać, postanowiłem spisać to co niniejszym uczyniłem. Dobranoc.

9 lipca 2006 (niedziela)

Dzień pożegnania z rodziną, ze znajomymi, z Radomiem. Nie wiem kiedy tu znów przyjadę, czy w ogóle? Zawsze tego typu pytania wyrastają w takich sytuacjach. Miasto żegna mnie gorącym dniem. Małe pożegnanie przy suto zastawionym stole z rodzinką głębokim popołudniem. Wieczorem jest też finałowy mecz Mundialu: Francja – Wlochy. Mnie jest naprawdę wszystko jedno kto wygra, chociaż po niesłusznej decyzji sędziego w meczu Włoch, kiedy w ten tylko sposób wyeliminowali Australię mam jakby mniej sympatii do Italianów. Zaraz po meczu, a był dramatyczny, wsiadam do taksówki i pędzę na dworzec autobusowy. Jeszcze karne... wysłuchujemy wspólnie z taksiarzem w jego aucie. On jak zaprogramowany. Kiedy przerwa między poszczególnymi karnymi pędzi jak szalony, a kiedy już bramkarz staje w bramce i na przeciwko ustawia piłkę egzekutor kolejnego karnego – prawie stajemy w miejscu. Zaczynam się obawiać, aby nie spowodował jakiegoś wypadku na drodze. Choć drogi jak łatwo się domyslić puściutkie. Jest północ. Ciepła noc na dworcu autobusowym.

« Dzienniki - czerwiec III - 2006 | Strona główna | Dziwy polskie - Felieton »