« Dzienniki - czerwiec II - 2006 | Strona główna | Dzienniki - lipiec I - 2006 »

20 czerwca 2006

Dzienniki - czerwiec III - 2006

20 czerwca 2006 (wtorek)

We Wrocławiu pogoda tropikalna...

Z tego co słyszę to całą Polskę opanował taki klimat. Od rana parno. Miejscowi mówią: gorąco, upalnie... dla mnie ciągle tylko ciepło bo 30 stopni, ale w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza, to dość uciążliwe. Poza tym, ja jestem na wakacjach – mnie nie przeszkadza.

Wizyta w Drukarni z moim nieocenionym Wydawcą. Widok moich książeczek gotowych do wysyłki wywołuje przyjemny ucisk w gadle. To jest niezwykle uczucie, a do tego nie przeżywam tego sam.
Wokół wiele przyjaznych osób.
Odwiedzam moją korektorkę. Miło spedzamy upalny dzień przy ciasteczkach, lodach i koniaczku. A ja z racji upału ochładzam się dodatkowo zimnym piwem. Dowiaduję się przy okazji o żywicznym winie produkowanym w Grecji o nazwie Retsina. A i widoki z okna podziwiam. Ciekawa okolica i bardzo mili ludzie.

Wroclaw12.jpg

Wieczorem spędzam fantastyczne chwile w Wieży Ciśnień w towarzystwie koleżanek. Ja i one trzy. Popijamy Pilznera, podjadamy, oglądamy mecz na wielkim ekranie, a śmiechom i wesołościom nie ma końca. Za oknem w międzyczasie rozpętała się burza, choć ciągle gorąco. One mają niesamowite poczucie humoru. Dobrze mi w tym towarzystwie. Czas płynie i burza ustała.

Odwiedzam przyjaciół na obrzeżach Wrocławia. Miło sobie mieszkają. Grill, piwko, przyjemne rozmowy.


22 czerwca 2006 (czwartek)

Dziś głównie na piechotę zwiedzam Wrocław. Podoba mi się to miasto, choć teraz jest tak rozkopane że czasem trudno się poruszać. Ale stare miasto jest OK. – tam nie kopią.
Oglądam ogród botaniczny, wpadam nie opodal na kawę i coś słodkiego do wytwornej kawiarni hotelu Jana Pawla II.
Później urodziwy Ostrów Tumski wzdłuż Odry i uliczki Starego Miasta. Nie odpuszczam żadnego kościoła, czy innej starej budowli. Zwiedzam galerie, szczególnie miło spędzam czas w niewielkiej galerii wrocławskiej gdzie moja płytka jest do nabycia.

Wroclaw11.jpg

Spacery pod Pergolą i w ogrodzie japońskim – to wszystko takie miłe.

Odwiedzam też młodego grafika który ilustrował mą książeczkę. Przy okazji podziwiam inne jego prace. W ogóle, poznaje sporo szczególnie młodych ludzi. To jest budujące, bo młodzi w Polsce dzisiejszej wiedzą czego chcą. Nie ma tych barier które kształtowały moje pokolenie.


Wieczorem natomiast wypad na miasto. A miasto nie śpi, znów jest upalnie, wesoło, wokół muzyka. Plac Solny z otwartymi kwiaciarniami na okrągło i tuż obok Główny Rynek przyciągają do pijalnii piwa pod parasolami do pubów i przydymionych sal tanecznych. Byłem w takiej jednej typu klubu Salsy. Jakby żywcem wyjęta z południowoamerykańskiej dzielnicy. Przy okazji w kawiarence internetowej przed północą publikują na mej stronie felieton o piłce nożnej z racji odbywającego się Mundialu.


24 czerwca 2006 (sobota)

Od wczoraj już rezyduję w Polanicy – Zdrój. Zajmuje spory apatrament (w dawnym stylu) w Ośrodku Sportowym.
Miasteczko typowo sanatoryjne z kuracjuszami i wczasowiczami na licznych deptakach w parku.
Na dwa dni w sam raz. Wykorzystuję bliskość granicy i wypuszczam się do Czech. Drogi tu lepsze niż w Polsce i oznakowanie także. W przygranicznym miasteczku Nahod zwiedzam zabytki i nabywam świetne piwa czeskie i słowackie jak i koniaki.
Po drodze spoglądam na Kudowę i rodzinne miasteczko Violetty Villas. I znów objadam się jak od pierwszego dnia smacznym polskim jedzeniem. Zauważam już różnicę w profilu mego brzucha. No jak się do tego popija kilka mocnych piw dziennie – to nic dziwnego że krzywa rośnie.
Mimo, że wychodze na poranne marsze – nie wiele to pomaga.
A pogoda – marzenie.


26 czerwca 2006 (poniedzialek)

Przejechałem cały region śląski. Po krótkim pobycie w przyjemnym Mikołowie – rodzinnym mieście poety Wojaczka - na Śląsku, już jestem w Krakowie. Korki na ulicach niespotykane dotąd w Polsce.
Upał przy tym niemiłosierny. Jest 36 stopni.
Zamieszkuję w samym centrum, tuż przy Starym Mieście.
Następnego dnia z rana zwiedzam Wieliczkę. Nie byłem tu już siedem lat i... trochę się zmieniło. Doszło kilka rzeźb i komnat. A ruch tu jak zwykle wielki. Turyści z całego świata.

Mecz Australii z Włochami oglądam w pubie w towarzystwie bywalców-Krakusów. Zdecydowanie dopingują Australię – i wcale nie za moją przyczyną, bo na początku nie wiedzą skąd jestem.
Po krzywdzącej decyzji sędziego odżegnują się od piłki nożnej. Wielu twierdzi, że to był ostatni mecz jaki oglądali – rozgoryczeni pomyłką sedziego, która praktycznie wyeliminowała Australię z dalszej gry. Jak znam kibiców to wiem, że już jutro znów zasiada przed telewizorem aby oglądać następny mecz.
Wieczorem siedzę w ogródku piwnym Wierzynka i chłodzę się Tyskim mocnym. A obok dwaj instrumentaliści czarują niesamowitą aranżacją utworów Bacha i Vivaldiego. Ależ tu jest klimat.
Jest 8.30 pm. – dźwięk dzwonów z pobliskich kościołów, chłodne piwo, upał, stukot końskich kopyt – upojnie, cudownie, niezapomniana atmosfera.
Robię sobie zdjęcie z Piotrem Skrzyneckim na tle Piwnicy pod Baranami.
KRAKOW2.JPG


28 czerwca 2006 (sroda)

Znów Rynek i Stare Miasto. Ciepło i romantycznie.
Taka Polska jest piękna - kolorowa, wyluzowana, uśmiechnięta i grzeczna. Po prostu... szczęśliwa.
Kiedy nie trzeba robić zakupów, załatwiać spraw w urzędach, leczyć się, czy jeździć w korkach do pracy. Można by błędnie uznać, że Polska jest naprawdę krajem szczęśliwym. Niestety, życie nie kończy się na starym mieście w Krakowie.
Płynę Wisłą podziwiając otaczające ją miasto i rozglądam się dookoła.
KRAKOW1.JPG

Takich korków jak w Krakowie jeszcze w Polsce nie widziałem. Przypomina mi to ulice Manhattanu.

Zakopianka początkowo wygląda całkiem nieźle ale w miarę pokonywania dystansu, jedzie się coraz wolniej. Droga rozkopana, modernizowana, i znowu korki. Wszędzie robotnicy drogowi, ale oni się nie śpieszą... jak za komuny. Jeden się kręci, reszta odpoczywa.
W końcu wjeżdżam do Zakopanego. Dla mnie to też magiczne miejsce. Widzę spore zmiany. Miasto się ciągle rozbudowuje. Jadę znajomymi uliczkami. Jestem na miejscu w luksusowych warunkach.


30 czerwca 2006 (piatek)

Odwiedzam teren skoczni w Zakopanem. Wszystkie pokryte nieskazitelnie zielonym igielitem (czy czymś w tym rodzaju) i na wszystkich ruch. Zawodnicy od najmłodszych lat trenują zawzięcie. A i tłumy ciekawskich wokoło – turyści, koloniści, wczasowicze. Fascynują mnie szczególnie dziesięcioletnie „bąki” śmigające z najmniejszej skoczni. Jak się chce mieć wyniki, to trzeba ćwiczyć od małego.
Skomercjalizowało się wszystko tutaj. Tyle taniej rozrywki, a i pełno nowych karczm w pobliżu.
Pogoda w Zakopnem zmienna, do południa bardzo ładnie, po południu pada deszcz. A le jest ciepło. Dziś pokonałem trasę do Morskiego Oka i z powrotem. Ogółem 18 kilometrow. To jednak wysiłek. Sporo śniegu w zakamarkach zbocz górskich. A w drodze powrotnej złapał mnie deszcz. Za to później na Krupówkach wynagrodziłem sobie pobytem w cudownej góralskiej karczmie, jedząc góralskie dania, popijając polskim piwem Tatra-Mocne, nastrojony dźwiękami góralskiej kapeli. Oj przyjemnie, przyjemnie, aż się wychodzić nie chce.

zakopane2.jpg

Byłem oczywiście na Gubałówce i w innych tradycyjnych miejscach Zakopanego, m.in. odwiedziłem wille Szymanowskiego „Atmę” w której mieszkał i tworzył do śmierci.
Choć to początek sezonu już wszędzie tłumy.

« Dzienniki - czerwiec II - 2006 | Strona główna | Dzienniki - lipiec I - 2006 »