« POZDROWIENIA | Strona główna | Dzienniki - czerwiec III - 2006 »

11 czerwca 2006

Dzienniki - czerwiec II - 2006

11 czerwca 2006 (niedziela)

W powietrzu...
Długie godziny w powietrzu.

Już wiem, że będę znał każdą scenę z najnowszego filmu „Różowej Pantery” z inspektorem Clouseau i paru innych filmów które oglądam na pokładzie samolotów. Teraz, każdy pasażer ma przed sobą mały ekranik z możliwościa wyboru kilkudziesięciu filmów i programów telewizyjnych, a także gier i innych form elektronicznej zabawy.
W Singapurze na lotnisku szybko przemierzam długie korytarze, udaję się na drugi terminal i na samej górze zażywam kąpieli w basenie na dachu lotniska, niczym w tropikalnym kurorcie z widokiem na startujące tuż obok i lądujące samoloty ze wszystkich zakątków świata. Mam parę godzin przerwy w lotach i wykorzystuje to na pławienie się w wodzie i na masaże.

SINGA1.JPG
Lecę trzema samolotami. W sumie 23 godziny w powietrzu. Ten z Sinapuru do Frankfurtu jest największy. Popularnie zwany: jumbo jet, z 500 pasażerami na pokładzie na dwu poziomach.
Singapurskie linie dbają o klienta. Nie leciałem jeszcze z lepszym przewoźnikiem, a latałem już z kilkunastoma.W tym samolocie leci kilkunastu australijskich kibiców na mecze mundialowe kraju kangurów. Poznaję ich z łatwością po gadżetach.

13 czerwca 2006 (wtorek)

Właściwie to powinienem zaniechać w nazwie dzienników: „poranne” bo rano wyleguję się w łóżku czytając „Czarodziejską Górę” Tomasza Manna. Po prostu, nie idę na poranny jogging. Tak jogging, bo ostatnio sporo też biegałem. A teraz mając w perspektywie cały dzień na nogach, marsze i biegi poranne zaniechałem.
A więc będzie to tymczasowy dziennik z podróży. Spis wrażeń i emocji w kraju urodzenia i młodości.

Pierwsze wrażenia spisane w drugim dniu pobytu:
Polska – kraj kontrastów. Tak w wygladzie miast, ulic jak i ludzi. Tylko przyroda jest zdecydowanie na plus – to ta pora roku. Upajam się zapachami, roślinnością. Wszystkie drzewa i kwiaty jakby soczystsze, bujniejsze, okazalsze. Och, robi to na mnie niemałe wrażenie. I to mnie tu tak ciągnie... a swoją drogą : majowych łąk i lasów z lat szczenięcych nie zobaczysz...
Tak to się potwierdza : zmieniło się pozarastało...

14 czerwca 2006 (sroda)

Dziś do południa jadę za miasto w towarzystwie moich rówieśników. Spędzaliśmy razem kiedyś miłe chwile i teraz jedziemy to odswieżyć. Przez wiele lat przyjeżdżałem tu na letnisko.
Jastrzębia, Wólka Lesiowska, ... a nader wszystko knieje puszczy Kozienickiej – to jest melodia moich wspomnień. I teraz idę tymi samymi ścieżkami, zagajnikiem który jest już wielkim lasem, polaną gdzie nie ma już wąskotorówki. Droga królewska ciągle jest, zapach jest, widok został i wrażenia z tym związane.

Odwiedzam nowy kościół w Jastrzebi, gdzie miejscowy proboszcz przybliża mi dzieje ostatnich trzydziestu lat tej okolicy, ludzi, parafii.
Wszystko prawie jest już inne, ale ten klimat jednak pozostał. To obrazy przechowywane w pamięci, spotkani ludzie którzy wiele lat temu, byli prawie jak rodzina dla rozbrykanego gówniarza którego energia roznosiła, a teraz patrzy na to wszystko oczami człowieka dojrzałego.

Marzenia i sny się spełniają... trzeba tylko tego chcieć – jak mawia znajoma poetka.
Tak, ja dzisiaj byłem w swoim malym raju.
BRZOZY1.JPG



15 czerwca 2006 (czwartek)

Jest 6.30 rano. Radom. Rozdzwoniły się radośnie dzwony z pobliskiego kościoła. Jest tak świetliście... dziś święto Bożego Ciała. Długo czekałem aby znów zobaczyć te niekończące się procesje, tłumy odświętnie ubranych ludzi, zapach kadzidła i dywan płatków kwiecia na drodze adoracji. A dzień zapowiada się gorący. W ogóle odkąd przyjechałem pogoda jest znakomita.

Mistrzostwa w piłce jakby odeszły ode mnie na daleki plan. Polska drużyna wkracza w okolice głębokiego stresu i kompleksu wielkiego przegranego tych mistrzostw. Trener Janas nie bardzo wie co ze sobą zrobić. Jego tłumaczenia są wręcz groteskowe. No cóż, takie są uroki piłki kopanej... a bramki są dwie – jak mawiał nieodżałowany trener Górski.


17 czerwca 2006 (sobota)

Rozpocząłem stary rytuał porannych … no nie marszów… spacerów.
Znów idę wprost przed siebie po polskich dróżkach wśród łąk i skrajem lasu tuż nad brzegiem Drzewiczki. Wśród kwitnących chabrów i maków, drzew olchy i klonu. Mijam lipy i rozpaśne dęby, Tuż obok zagajników brzozowych. Nie opodal wierzby i osiki, topole oraz jawor i czeremcha. Zachłystuję się aromatem zapachów, a żeby tak nie oszaleć z tego szczęścia do końca to rozcieńczam to wszystko łykami zimnej Warki – Strong. Oczywiście, to rozcieńczanie rozpoczynam na drugim spacerze. A mam ich często i trzy w ciągu dnia. Przemierzam wspaniałe okolice w pobliżu Opoczna, czasem sam, często w towarzystwie rodziny.
Wspaniale wypoczywam.
RZEKA1.JPG


19 czerwca 2006 (poniedzialek)

Dziś od rana kolejny piękny dzień. Budzę się jak zwykle przed piąta. Mój zegar biologiczny ustawił się całkiem naturalnie, czyli według wschodu i zachodu słońca. Budzę się wcześnie, ale kiedy zmierzcha czyli przed dwudziestą drugą – ja jestem już nie do życia. Może się rozkrecę.
Dziś jadę na drugą stronę Polski. Po raz pierwszy zobaczę mą powieść i muzę kwiatową i poznam osobiście wielu ciekawych ludzi.
Oszałamiający dzień - wrażenia, upał. Tak – to Polska właśnie...

« POZDROWIENIA | Strona główna | Dzienniki - czerwiec III - 2006 »