« Felieton - Historia kina | Strona główna | Felieton - Urodziny »

1 maja 2006

Dzienniki - maj I - 2006

1 maja 2006 (poniedziałek)

Właśnie przepisałem “na czysto” swój ostatni wiersz i ciągle mam taki dziwny nastrój.

Wzięło mnie na rozmyślanie o religii… Jak to jest, że istniejemy (podobno) od paru milionów lat na tej ziemi a nasza religia ma tylko 2 tysiące lat.
Co więcej, poszczególne dogmaty wiary to… świeże historie.
Dogmat o Niepokalanym poczęciu Maryji ma niewiele ponad 150 lat, a dogmat o cielesnym wstąpieniu Maryji do Nieba (ciągle nie mogę zrozumieć tych ludzkich ciągot cielesności), został ogłoszony w 1950 roku…
Skoro Bóg stwarza człowieka dlaczego nie daje mu od początku szansy obcowania z Bogiem, rajem, wieczną szczęśliwością (z ciałem czy bez…).
I co to za “wspaniały” twór skoro dopiero 100 czy trochę więcej tysiący lat istniejemy jako istoty myślące – homo sapiens.
Znaki zapytania fruwają w przestworzach…
Tak mówiąc szczerze, życie wieczne podawane w tradycyjnych przekazach wcale dla mnie imponującym nie jest… o, żyć w innym wymiarze, bez ciała i związanych z nim problemów to byłoby coś… życie tylko duchowe to wyższa forma, idealna forma bytu.
Bo cóż to mi za atrakcja obudzenia się i współżycia ze śmierdzącym szlachciurką mimo, że bogobojnym a chamowatym. Nawet w warunkach raju nie przemawia to do mnie.
A cóż to za atrakcja dla kalekiego… wizja ponownego udręczenia?
Nawet taka Brigitte Bardot jeżeli miałaby się odnaleźć z obecną fizjonomią powiedziałaby: dziękuję, nie skorzystam… ja chcę do hinduizmu… tam mam przynajmniej szansę odrodzić się jako piękna lwica, czy foka.
JESIENX.JPG

3 maja 2006 (środa)

Ja chyba przesadzam z tym narzekaniem na pogodę, na jesień, bo z tego co porównuję to u nas temperatury i aura podobne jak w Polsce, a tam ludzie się cieszą. Tak, tylko po półrocznym okresie dni mrocznych tam się zrobiło cieplej a u nas odwrotnie… ochłodziło się.
Fakt jest faktem, że mamy przelotne deszcze i temperatura zaledwie sięga 18-tu, 19 –tu stopni.

Na Tasmanii odkopują już od tygodnia kilku górników w kopalni złota i ciągle mają jeszcze 12 metrów skały do ukruszenia, a to wszystko… kilometr pod ziemią. I cały kraj tym żyje. W takich Chinach - właśnie czytałem suchy komunikat - że kilkunastu górników zginęło (i tak że podali)… i to wszystko. Inna miara i podejście do tragedii. Tu ludzie są pełni optymizmu i widać uśmiech na twarzach nawet tych, którzy rozbili biwaki na miejscu tragedii, najbliższych.

5 maja 2006 (piątek)

Chłonę najlepszych reportażystów polskich: Kąkolewskiego, Kapuścińskiego, Wańkowicza, Krall itp. W książce pt. Antologia reportażu polskiego.Klasyk reportażu światowego Egon Erwin Kisch, zwany często „latającym reporterem” twierdził, że ciekawość jest główną cechą dobrego reportażysty.
Tak dla informacji podam, że ojcem polskiego reportażu uznano Melchiora Wańkowicza.
I żeby już nie nudzić więcej reportażem podam jeszcze jego definicję za Słownikiem języka polskiego : Reportaż – gatunek prozy publicystycznej, żywy opis zdarzeń i faktów znany autorowi z bezpośredniej obserwcji.Dlaczego tak się przypiąłem do reportażu?... bo moja powieść jest w konwencji reportażu. Stąd te moje ciągoty w tym kierunku.

A jesień nastraja melancholijnie…
MM.JPG


8 maja 2006 (poniedziałek)

Weekend trochę mokry ale nie taki straszny. W sobotę połaziłem w parkach i zrobiłem wycieczkę po Chinatown i Central Market. A tam parę pamiątek na wyjazd nabyłem. Lubię orientalizm i zawsze w azjatyckim rewirze czuję się tak inaczej, jakbym nagle wyjechał za granicę. Od razu przychodzą skojarzenia z Singapuru, Bangkoku i innych egzotycznych miejsc.

chinatown1.jpg

Niedzielne do południe było wyjątkowo zimne... później trochę się uspokoiło i słońce zaczęło poprawiać nastrój. Ale dziś chłód mnie na dobre wystraszył i pierwszy raz w tym roku założyłem sweter. A i w domu trzeba już podgrzewać.

10 maja 2006 (środa)

Przygotowuję się do eskapady na polskie wakacje. Zarezerwowałem parę miejsc pobytu i chętnie bym już pojechał bo mi się trochę chłodno zrobiło i brak mi strasznie ciepełka… A to jeszcze miesiąc. Siedzę dużo teraz w internetowych stronach polskich zabytków, zamków, pałaców itp… i odświeżam swą wiedzę na temat miejsc które mam zamiar zwiedzić.

Muszę jeszcze wspomnieć o dniu wczorajszym. We wtorek od rana święto w całej Australii. Dwóch górników uwięzionych przez dwa tygodnie na głębokości kilometra pod ziemią w kopalni złota w Beaconsfield na Tasmanii, zostało uratowanych. Akcja trwała od 26 kwietnia, kiedy to niewielkie trzesienie ziemi spowodowało tąpniecie i uwięziło dwóch górników w małej metalowej kabinie. Drążono 12 metrów niesamowicie twardej skały, a w ostatnim etapie ratownicy dotarli do nich wydrążonym pionowo tunelem.
Wczoraj od rana wszystkie kanały telewizyjne prowadziły bezpośrednie transmisje z Beaconsfield na Tasmanii, a my wszyscy cieszyliśmy się z takiego zakończenia sprawy…


12 maja 2006 (piątek)

Rzeczywistość nie nadąża za wyobraźnią … taki slogan mnie męczy od samego rana, snując rozważania na temat ludzkiego podejścia do wielu spraw. U większości jednostek tych z dużą wyobraźnią a nawet u tych z mniejszą… pojmowanie wielu spraw odbiega in plus od rzeczywistości.
Ludziom ciężko wyobrazić sobie coś “akuratnie” zawsze wyolbrzymiają… na ogół “przedobrzają “ z wyobrażeniem jakiś zjawisk, sytuacji czy okoliczności. Ja mam tą samą “przypadłość”.

Pogoda dziś piękna.
A jeżeli ktoś chce znaleźć położenie sytuacyjne jakiegoś adresu w Polsce, czy po prostu powędrować sobie wirtualnie po kraju to polecam http://trafdo.pl/SearchPage.aspx
Sam to z przyjemnością robię.
F.JPG

14 maja 2006 (niedziela)

Dziś jest Dzień Matki na Antypodach i w Ameryce.
Jak zdecydowana większość Australijczyków świętujemy ten dzień w restauracji w poszerzonym gronie rodzinnym. A tłoczno wszędzie, jeśli się nie zamówi stolika na 2 tygodnie wcześniej, nie ma szans aby coś znaleźć.
Osobiście wolałbym taki piękny pogodny dzień spędzić na długim spacerze i zjeść gdzieś coś po drodze na świeżym powietrzu… no, ale to nie moje święto i nie ja decyduję…

Ale powrócę jeszcze do dnia wczorajszego. Z samego rana wybrałem się w busz. Oto co zanotowałem:
…znów siedzę na brzegu znajomego mi jeziora i słyszę łopot i dźwięki dzikich czarnych łabędzi przelatujących obok. Dziś przyszedłem tu “cywilizowaną” ścieżką i mam świadomość jak wrócić…jestem jakieś 7 kilometrów od samochodu.
Jak tu pięknie i cicho. Przypomina mi to zalew soliński z dawnych lat kiedy tam cywilizacja jeszcze nie dotarła. Tu mimo wszystko bardziej dziko, ja zawsze mówię w takich sytuacjach: tylko dinozaurów tu brakuje.
Jak się w takich warunkach wypoczywa, jak ja chłonę tę dziką przyrodę. Ciągnie mnie tu jak wilka do lasu… Bez trudu rozróżniam dźwięki samca i samicy łabędzia. On jak kuter czy mały statek “trąbi” a ona dość piskliwa, jak mała trzpiotka…kokietka. Tak to już jest.
Lubię “zdobywać” dziewicze tereny, a po osiągnięciu celu czuję specyficzną satysfakcję znaną tylko “zdobywcom” pomniejszych wąwozów i urwisk. I co najważniejsze – ciągle odkrywam coś nowego. A i piękne okazy berylu po drodze znalazłem.

« Felieton - Historia kina | Strona główna | Felieton - Urodziny »