« Tradycje - Felieton | Strona główna | Mój gość - Krystyna Gałązkiewicz »

15 kwietnia 2006

Dzienniki - kwiecień II - 2006

15 kwietna 2006 (sobota)
Dziś w południe jedziemy do polskiego kościoła ze święconkiem.

Jest to najbardziej kultywowana tradycja w społeczeństwie emigracji polskiej. Polskie kościoły zapełniają się po brzegi na tę okoliczność.
A teraz, czyli rano jestem na wycieczce w buszu…a poranek chłodny. Jesień zagościła na dobre...

BUSZ77.JPG

17 kwietna 2006 (poniedziałek)

Swięta powoli mijają. Wczoraj pogoda dopisała nad wyraz. Dużo czasu spędziliśmy na dworze. Tak, że potrawy świątecznego stołu miały okazję „ułożyć” się jak należy. A że do tego sowicie popijane, to żadnego problemu następnego dnia nie było.

Tłumy w australijskich kościołach... to też nowość jak na tutejsze warunki.
A dziś wybraliśmy się na piknik poza miasto, a właściwie na wycieczkę po terenach nam nieznanych.
No i wróciliśmy ze sporą ilością grzybów. Było tyle ich w lesie, że postanowiliśmy zrobić krótkie grzybobranie i w 15 minut mieliśmy pełną plastikową torbę.
W sumie bardzo ładny dzień mimo, że aura nie dopisała i zaraz po południu rozpadało się.

No cóż... jesień.


19 kwietna 2006 (środa)

Teraz trwają ferie szkolne więc jeżdżę wcześniej do pracy, bo nie zawożę dziecka do szkoły.
Pierwszy dzień w tym roku kiedy temperatura nie osiągnęła 20 stopni... a i noce chłodne.

CITY3.JPG


Woda cenniejsza niż paliwo!??
Na pewno brzmi to dziś śmiesznie, kiedy cena baryłki ropy na światowych rynkach osiągnęły 72 US.dollars, a u nas benzyna bezołowiowa dochodzi do 1,40$ za litr.
Ale prognozy specjalistów są nieubłagane... za 20 lat zasoby słodkiej wody skurczą się o jedną trzecią i osiągną poziom krytyczny.
Dziś statystyczny Amerykanin zużywa 500 litrów wody dziennie, a taki Somalijczyk - 10 litrów.
I jest prawie pewne, że za 20 lat uporamy się z problemem paliw (inne źródła energii) natomiast wodę będzie ciężko czymś zastąpić.
Co wtedy??? Jedyna nadzieja (podobnie jak z paliwami), że znajdziemy sposób jej odzyskiwania (lub żródła pochodnego) z innych planet, tak jak zamierzamy wykorzystać paliwo przyszłości z Księżyca.
No cóż... zobaczymy.

21 kwietnia 2006 (piątek)

Krótki tydzień szybko minął. Ale pogoda nas nie rozpieszcza.
Znów zajrzałem do Dzienników p. Krystyny Jandy i natrafiam na z pozoru bezczelne pytanie:

Ludzie czy Wy pracujecie żeby żyć, czy żyjecie żeby pracować? Bo aj się nie mogę zdecydować, ale ja mam trudno, bo właściwe granie to dla mnie życie, jestem kropce…O, do cholery, jednak bez przesady! Żyję i pracuję równolegle, co to za problem!? Co to za głupio postawione pytanie!?

No cóż... mogę odpowiadać tylko za siebie – pomijając tzw. „literówki” w wyżej wymienionym tekście... ja pracuję aby podwyższyć standard przeżywania. Tak, tylko dla tego, bo tzw. „praca którą lubię” wciągnełaby mnie i co najgorsze moją rodzinę, w coraz to większe długi... i w kłopoty, niezadowolenie i całkowity dyskomfort. A na to, nie mogę sobie podzwolić... no, ale ja mam ten wybór. Zresztą, ja się tego uczyłem...
Kiedyś zazdrościłem aktorom, piosenkarzom, malarzom... teraz – nie!
Teraz doceniam ich poświęcenie!
Ja rozumiem, że pani Krystyna (świetna aktorka zresztą) postawiła to pytanie w chwili autentycznego, twórczego zmęczenia... ale je zadała (i nic w tym złego) ... obyśmy tylko na takie pytania mieli odpowiadać...
JESIEN2.JPG

24 kwietnia 2006 (poniedziałek)

Jeden dzień pracy i znów dzień wolny. Jutro Anzac Day – Dzień Kombatanta.
Pogoda ostatnio wyśmienita – myślę zorganizować jakąś wycieczkę poza miasto.
Ale dziś cieszy mnie i zaprząta mój umysł coś innego. Odbieram od muzyka WSZYSTKIE “umuzycznione” wiersze moje. A więc materiał na całą płytę. Za parę dni matryca znajdzie się w wytwórnii płytowej.
A i książka od Wydawcy w Polsce powędruje do drukarnii. Cieszę się jak rabarbar!!
No i ostatni mój felieton zagościł w Bochenii. Miła niespodzianka…
Polecam, ciekawy koncept – www.bochenia.pl
A na koniec, powinienem wspomnieć o miłej koresponencji która mnie dość często dosięga… Same przyjemności.

26 kwietnia 2006 (środa)

Wyjeździłem się wczoraj, oj wyjeździłem. Cały dzień w miejscach gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Ciekawe miasteczka i winnice gdzie dają (za darmo), do woli posmakować miejscowych wyrobów – z tym musiałem uważać, aby nie przedobrzyć bo prowadziłem auto. A teraz limity zmniejszono – kiedyś można wypić było nawet nieźle i było się “w limicie”, a teraz łatwo to przedawkować.
Tak, tu jest świadomość, że można się napić i jechać, ale trzeba wiedzieć ile i jest to wymagane przy egzaminie na prawo jazdy. W kraju gdzie kultura picia jest odmienna od tej w Polsce, a odległości wręcz zmuszają do korzystania z auta, wypracowano schemat według którego, obie czynności tzn. towarzyska lampka czegoś wyskokowego koegzystuje z prowadzeniem auta w pewnych proporcjach.

Piękna jesienna okolica wzdłuż gór i największego jeziora słodkowodnego w Australii. Wiele innych atrakcji… a wszystko to w ciągu jednego dnia. Przejechałem w sumie z 300 kilometrów. Pogoda dostosowała się do wolnego dnia i było pięknie.

28 kwietnia 2006 (piątek)

Dostałem piękny wiersz z Polski. Oto on…

Takie sobie przemyślenia...
Czekam na słońce i na deszcz,
na dni jasne i chmurne.
Bo dla mnie, to ma sens
- toczy się życie, dumne...
I nic już za.
I nic już przed.
Zaciskam w dłoniach marzenia...
To jest mój byt.
To moje trwanie.
To moja wolność
... istnienia.

IV'06
DOM1.JPG


29 kwietnia 2006 (sobota)

Zrobiłem sobie dzień… poezji.
Usiadłem (jakże rzadko to teraz robię) przy swojej mini fontanie i miniarurowym wodospadziku i wsłuchany w plusk wody otworzyłem pierwszy tom „utoczonej” poezji z internetu.
Oczywiście, podlewam to lampką wina - cabernet merlot (to odmiany winogron).
A jakby mi było mało do szczęścia to przesadzam 3 schodki i już gram w mojego ulubionego golfa (to znaczy trafiam do dziurki...)
A pogoda mimo mizernej prognozy wyśmienita. Chodzę po trawie na bosaka i bosko się czuję...
Chyba jednak wpływ wina ta... boskość.

O... sąsiad z tyłu wyłączył swoje jacuzzi na podwórku i teraz to już całkiem jak w raju..(bo ta pompa jednak upierdliwie brzmi zza płotu).

Czytam współczesną poezję... pani Szymborskiej.
Miłość szczęśliwa - to elaborat filozoficzny na temat szczęścia. A tak mało tu liryki.
Pani Szymborska pisze bardzo po... męsku. A ja po żeńsku – ktoś mi kiedyś tak napisał, że mam kobiece spojrzenie.
Większość wierszy p.Szymborskiej to traktaty filozoficzne. Ona dużo widzi, ale ciągle brak mi w tym poezji...

Czytam też panią Wisławę po angielsku (tłumaczenia St. Barańczaka) i też brak mi tu liryki – tylko filozofia bytu – tak odbieram te utwory.
O.K. Kot w pustym mieszkaniu (z 1991 roku) jest w pełni utworem lirycznym – zwracam honor...
i Czwarta nad ranem też bardzo mi poetycko brzmi. Jestem zachwycony tłumaczeniami Barańczaka. Często na stronie mam dwa teksty – polski i angielski. I widzę (czuję)... zrobił to doskonale.
A mam też tłumaczenia Adama Czerniawskiego – i też mi się podoba.

Miłosza też chłonę... Uwielbiam jego Traktat poetycki mimo, że to dzieło obszerne (u mnie 28 stron) ale zawsze przeżywam te strofy wraz z Miłoszem. Jego opisy i przemyślenia ... mistrzostwo!!!
Doszło do tego, że rozłożyłem się na leżaku i upajając się Miłoszem, winem, słońcem półleżąc delektuję się... życiem. A swoją drogą... życie łatwym nie jest.
A podmuch wiatru co chwila porywa mój długopis i ten ląduje na trawie. Ja wtedy zdaję sobie sprawę z mojego jestestwa. Tak, teraz jest pięknie... a co przyniesie następna chwila, godzina, dzień...
Nie wiem dlaczego, ale ten długopis nieodłącznie kojarzy mi się z... fortepianem Szopena roztrzaskanym na bruku (ideał sięgnął bruku – według poety)...
Ale mam skojarzenia...

A Herberta mam najwięcej. Czytam Pana Cogito we wszystkich odmianach. Lubię Herberta... ale czy bardziej od Miłosza jak kiedyś twierdziłem? Nie wiem...
Wieczorem przepisuję ten tekst... przy winie i Szopenie... wiem, to już kiczowato brzmi. No cóż, taki jestem.

« Tradycje - Felieton | Strona główna | Mój gość - Krystyna Gałązkiewicz »