« Literackie spotkania - Felieton | Strona główna | Felieton - Kultura »

15 marca 2006

Dzienniki - marzec II - 2006

15 marca 2006 (środa)
Rozpoczęcie Igrzysk Wspólnoty Brytyjskiej w Melbourne.

No i znów będę siedział i spędzał godziny na oglądaniu tych zawodów. Udział bierze 4500 zawodników z 71 narodów i terytoriów należących do Commonwealth’u.
Ceremonia otwarcia niczym nie ustepowała normalnej olimpiadzie. Zrobili wszystko z rozmachem i obyło się bez wpadek, afer i patosu. Po australijsku... na luzie. Nawet królowa Elżbieta raz się uśmiechnęła.


17 marca 2006 (piątek)

Dzień świętego Patryka.
Ze względu na dużą ilość Irlandczyków tu osiadłych (a gdzie ich nie ma), ten dzień w Australii obchodzony jest uroczyściej. Szczególnie w pubach.
Jest to właściwie jedyna okazja dla przeciętnego Australijczyka na kontakt z patronem, czyli dniem imienin (chociaż oni tak nie odbierają). Kalendarz z wykazem imion przy dacie to rzecz tu nieznana, a co za tym idzie - coś takiego jak imieniny... tu się nie obchodzi.

Pogoda marzenie, lato wcale nie ma zamiaru odchodzić...


20 marca 2006 (poniedziałek)

Tak w sobotę jak i w niedzielę rano powędrowałem sobie w busz.
Och, jak przyjemnie tak chodzić wśród dzikiej natury, obok strusiów i kangurów. Słychać tylko gwizd ptaków. Mam w plecaku słodycz... Pogoda teraz wspaniała. Przyroda nastraja... i regeneruje witalność cywilizacyjną.
Zostawiłem samochód przy dróżce i poszedłem traktem w nieznane. W obydwa dni przecierałem nowe szlaki. Nigdy tu wcześniej nie byłem. Pięknie tu i tak dziko. Tylko tu wypoczywam w pełni i mówiąc szczerze, wcale mi się nie chce wracać do codzienności, czyli wysoce technokratycznego świata. Oddam nawet przywilej informacyjny. Zwykle, to ja wiem wcześniej, co wydarzyło się w Polsce, czy w świecie z tak prostego względu, że wcześniej wstaję. A więc wiem wszystko (??) wcześniej, o około 8 godzin niż przeciętny Europejczyk. Gdybym miał wybierać ... wolę nasz busz.

WALK4.jpg


22 marca 2006 (środa)

Rozpoczynamy kalendarzową jesień. Ale lato ani myśli ustąpić. Codziennie w okolicach 30 stopni. Tylko dni już krótsze.
A ja siedzę jak najęty i oglądam igrzyska wspólnoty brytyjskiej. Tyle już razy jak nigdy dotąd słyszałem nasz hymn australijski. No cóż mamy już około 50 złotych medali, a jeszcze paręnaście nas czeka.
Mniej zorientowanym, a oglądającym te igrzyska mogłoby się wydawać, że jesteśmy super potęgą sportową – absolutnym mocarstwem w sporcie... Tak wygląda, bo po nas długo długo nic i dopiero Anglia, Indie, Kanada, itd.... Ale trzeba pamiętać, że największe potęgi w sporcie nie należą do Commonwealth’u.

24 marca 2006 (piątek)

Przygotowuję okładkę i nalepkę na płytkę kompaktową z moimi wierszami. Przyjemna zabawa taki projekt graficzny. Wybór tła, liter, rozmieszczenia, grafiki ogólnej...

U nas w mieście nie spotyka się dzieł architektury takiego Santiago Calatravy najsłynniejszego architekta hiszpańskiego, ale stara zabudowa nadaje miastu specyficzny urok i klimat. I to lubię. Przyjemnie jest się przejść wzdłuż ulicy majestatycznych budowli, a u nas tego tak mało. No cóż.. kraj bardzo młody.
ADEL1.jpg

27 marca 2006 (poniedziałek)

Pierwszy dzień jesieni... Tak, dziś nawet deszcz zatrzymał mnie rano w domu... niebywałe. Jest ciemnawo i stosunkowo chłodno.
Ale weekend minął bez zarzutu.
Obydwa poranki (sobota i niedziela) znów spędziłem w buszu. Odkrywałem nowe trakty, nowe wrażenia w kontakcie z naturą. No i nowe widoki i ta relaksująca atmosfera... przez parę godzin nie spotykam żywej duszy, tylko zwierzęta i ptaki mnie otaczają.
Czuję się jakbym gdzieś był na wakacjach, a ja jadę raptem 15 minut samochodem od domu...A potem - witaj przygodo!

Resztę niedzieli natomiast, spędziłem na uroczystościach celebracji 150-lecia osadnictwa polskiego w Południowej Australii. Imprezy odbywały się w kompleksie rejonowego centrum kultury. Dwie sale teatralne i parę sal wystawowo-kiermaszowo-kulinarnych były dopełnieniem miejsca spotkania sporej grupy Polonusów. Taki mały festyn. Występy z muzyką klasyczną i rockową (polską i nie tylko) i wystawy i ekspozycje. No i pączki, pierogi, piwo polskie itp...
A wieczorem przedstawienie teatralne grupy z OTTOWAY pt. Gałązka rozmarynu. Sztuka patriotyczna przedstawiająca dzieje Polaków na kanwie tworzenia legionów Piłsudskiego w okresie odrodzenia Rzeczpospolitej. Bardzo długie przedstawienie w niezłym opracowaniu choć jak dla mnie zbyt „akademiowe”. Za dużo patosu, zbyt „parafialne” ... trochę niegdysiejszy spektakl.

BUSZ4.JPG

29 marca 2006 (środa)

Mijam rano linię mety wyznaczoną przez jedwabistą nic pajęczyny.
Ostatnie popisy krzewów różanych, następne kwiaty róż pokażą się dopiero za pół roku... A i pierwsze drzewa przybierają złocisto-czerwonawą barwę. To te same które najwcześniej pysznią się tysiącem białego kwiecia wczesną wiosną czyli we wrześniu.

Jesień za progiem. Ze względu na odbywające się Igrzyska wspólnoty brytyjskiej nie zmieniliśmy jeszcze czasu ma zimowy. Zrobimy to dopiero w nadchodzącą niedzielę. Wtedy dzień będzie dużo krótszy.

Cykady nadają na całego. Bardzo głośno o zmierzchu na moim podwórku. Ale romantycznie...

mawsonlikes15.jpg


31 marca 2006 (piątek)

Drukuję sobie z internetu mapki okolicy. Robię się coraz większy traper.... Wciągają mnie szlaki buszu i lasów rozciągniętych w sąsiedztwie miasta. A mamy tu i busz, czyli lasy eukaliptusowe i lasy sosnowe i rezerwuary wodne i pola złotonośne które zamierzam „eksploatować” i tereny bogate w inne minerały. Mam tych mapek już sporo... jeszcze mi potrzeba jednej drobnej rzeczy... czasu !
Mam w każdym razie mały młotek, wyobraźnie i chęci, a to tak wiele...

« Literackie spotkania - Felieton | Strona główna | Felieton - Kultura »