« Dyscypliny - Felieton | Strona główna | Dzienniki - marzec I - 2006 »

15 lutego 2006

Dzienniki - luty II - 2006

Właśnie otrzymałem pocztą od poety Władysława Rysia jego zbiorek wierszy pt. Rozpogodzenia.

Ładnie wydana książeczka z kilkoma ilustrującymi fotografiami w środku. Władysław młodym poetą już nie jest, ale to właśnie jego doświadczenie życiowe, a zarazem pogoda ducha emanują w każdym wierszu. Mamy wiele wspólnego – on też późno zaczął pisać, a i wykształcenie ma całkiem niezwiązane z poezją. Już wcześniej miałem okazję go czytać a teraz mam zbiorek… To już jego drugi. Pierwszy wydał w 1998 roku. Na stałe mieszka w Tarnowie i tam tworzy. Gdybym go nie znał, to jego wiersze zaliczyłbym już do klasyki literatury… ziemi, mam na myśli przyrodę.
To nie Stachura ani Leśmian i nie Miłosz. To naturalista słowa – Władysław Ryś.
Niewiele pisze a przeżył już wiele. Niewiele pisze… ale treściwie.
Jeżeli ktoś nie zauważa niczego nadzwyczajnego w krajobrazie polskim, w zapachu łąki, lasu, widzi tylko natchnienie w funkcjonowaniu w nowoczesnym mieście… odradzam jego poezję, natomiast wszystkim pozostałym których to potrafi zauroczyć gorąco polecam Władysława Rysia.
Coraz mniej poezji tego typu w dzisiejszych czasach. Czy oprócz jego twórczości w ogóle istnieje? Wiersze typu “Nieszpory” gdzie ujmuje atmosferą od pierwszej strofy do kropki po ostatnim słowie.
“Poranek” to majstersztyk opisu metaforą życia prowincji, tych domów za ścianą napęczniałych piwonii w aurze pochmurnych poranków….
A “Łososina” to dla mnie klasyka.
Oto ona…

Łososina

rzeka
powtarza mi esej
o pradziejach doliny
wyprawach na łowy
do młyna
na wojnę

bosym stopom pozwala
bratać się z otaczakami
stanąć na starym szlaku łososi

śpiew osełką strojonej kosy
przywołuje niepamięć
zagrodniczej biedy
parobczanej niedoli
gromadek półsierot i jednego
kulejącego wiarusa

Czyż to nie robi wrażenia…
Dla mniej zorientowanych w nazewnictwie (mnie podobnym) informuje ze otoczaki – to kragłe kamienie w górskich wodach…
Tasmania 158x.jpg

Niech no się ta olimpiada skończy, to się z zapałem zabiorę do zaległych lektur…

Olimpiada! Dopiero od 3 dni względnie regularnie ją oglądam.
Siedzę codziennie po parę godzin przed telewizorem i zachwycam się : ślizgami, zjazdami, skokami, sprintami i całą ekwilibristyką sportów zimowych.

18 lutego 2005 (sobota)

Jacob’s Creek Golf. Dziś spędzam prawie cały dzień na polu golfowym jako widz na turnieju zawodowców.
golf2.JPG

Przychodzę tu co roku i jak co roku „spalam się na raka”. Ja należę do tej generacji która nie używa kremów przeciwsłonecznych…Ale w całości oddaję się urokowi pola golfowego. Robię to całkiem bezinteresownie w odróżnieniu od zawodników, którzy grają o nagrody w łącznej wysokości miliona dolarów. Mamy tu kilka światowej klasy pól golfowych, ale to jest najprzyjemniejsze. Blisko oceanu, przyjemna atmosfera i zapachy sosen. A nie ma nic lepszego niż usiąść w cieniu takiego pachnącego zagajnika i sączyć chłodne piwo obserwując zmagania profesjonalistów w tym fachu.

golf4.JPG

18 lutego 2006 roku o godz. 20.30 polskiego czasu, zdarzyło się 10 000 wejście na moją stronę od czasu jak założyłem licznik. Czyli niewiele ponad rok temu…
Miłe to i pobudzające do dalszych publikacji.


20 lutego 2005 (poniedziałek)

Olimpiada trwa.
A ja siedzę codziennie i z zacięciem fanatyka sportu ogladam.
Jako kibic Polaków i Australijczyków niewielkie mam pole “do popisu”.
Jak do tej pory tylko Australia ma jeden złoty medal i to dzieki multimilionerowi z Toronto ktory zdecydował się zmienić dom na Melbourne. A że do tego lubi jeździć na desce snowboardowej i robi to znakomicie, a wiec mamy złoty medal z dziurką. Tak, na tej olimpiadzie te medale takie dziwne…
Wciągnęła mnie ta nowa dyscyplina – snowboard cross. Ile tam dynamiki, dramatów zręczności i przypadku. Właśnie, ten przypadek zbija mnie z pantałyku… czy to godne dyscypliny olimpijskiej taki poker sportowy.


22 lutego 2005 (środa)

Pogoda i ciepło. Tak jak lubię. Ciągle oglądam igrzyska. Ale muszę przyznać, że nie doznaję jakiś szczególnych przeżyć z tym związanych, jak to czasem przy tego typu imprezach mi się zdarzało.
Można powiedzieć, że pod tym kątem olimpiada jest właściwie nudna…
Ostatnio prowadzę bardzo regularny tryb życia. Wszystko ma swoje miejsce w szyku, swój czas. To ma wpływ na mój organizm, fizycznie czuję się doskonale. Nawet teraz kiedy tak dużo oglądam telewizji, ciągle dbam o ruch i powietrze. I to mi sprzyja. A czerwone wino rozrzedza krew… J


24 lutego 2005 (piątek)

Ide o poranku trochę “slalomem”. Omijam udające się w poprzek mojej drogi… ślimaki. Wszystkie podróżują z domkami i wszystkie udają się w tym samym kierunku. To po nocnym deszczu jest wilgotno i wybrały sie w podróż. A i w dzień ma popadać - tak przewidują prognozy i jutro podobnie. Nietypowy luty… Burza, deszcz, pochmurno… kto to slyszał. Kiedyś tak nie bywało. Zmiana klimatu? Czy chwilowe wybryki natury…
I do tego parno…
U.JPG

Rok Mozartowski, a więc i ja dołączam się do euforii Wolfganga Amadeusza. Tak naprawdę to słucham go już od dawna, ale muszę wyznać, że dla mojego ucha nie jest on aż taki odkrywczy, taki niesamowicie genialny, taki ponadludzki... Często sprawia mi wielką radość ale są dni, że Guns and Roses ze swym hard-rockowym standardem Mr. Brownstone bardziej mnie nastrają, niż symfonia 40 , czy 41, czy jakiekolwiek inne dzieło tegorocznego jubilata. Po prostu mamy XXI wiek, a gama nastrojów szeroka.

26 lutego 2005 (niedziela)

Wczoraj dostalem kolejną interesujacą korespondencję. Tym razem na temat szcześcia...
Jest tak wciagąjaca że pozwalam sobie przytoczyć jej obszerne fragmenty. Uznałem, że muszę się tym podzielić z czytelnikami. Autorką tych słów jest pani Lidia Góralska.

“…czesto zastanawiam sie, jak to w naszym zyciu ze szcześciem bywa.
Można by zapytać: SZCZESCIE a cóż to takiego?
Czy można rzec, że szczęście kołem się toczy?
A może życie to szczęście?
Szczęście jest tak zmienne, jak całe nasze życie.

Przychodzi mi na myśl, to co J. Wolfgang Geothe napisał:
< Zycie, jest jak degustacja win, podczas, których
najlepsze wina podaje sie na końcu i tylko koneserzy
potrafią je docenić>>

Tak chyba jest w naszym życiu. Przez cały czas do czegoś dążymy, stawiamy
sobie cele, zadania. A wszystko to czynimy w imię ( podobno) osiągnięcia
przez nas samych szczęścia.

Niekiedy przerażające jest to, że w miarę upływu czasu stajemy sie coraz
bardziej zachłanni oraz bardziej wymagający względem siebie i innych.

Z tym, że szczęście dla każdego znaczy coś innego. I każdy próbuje być
szczęśliwy na swój własny sposób.

Jest tak, jak pisal Pearl Buck : < kupowaliby z pewnością zawsze o jeden numer za duże>>
Natomiast Oskar Wilde był zdania, że << nic nie starzeje się tak prędko, jak
szczęście>> Jakież to prawdziwe.

Zdarzają się sytuacje w życiu człowieka, że " CZEKAJAC NA SZCZESCIE" nie
słyszymy, jak puka ono do naszych drzwi. A podobno szczęście puka tylko raz
i to po cichu. W oczekiwaniu na to szczęście nie dostrzegamy innych
ważniejszych rzeczy, które kształtuja całe nasze życie.
<< Nie rzeczywistość sama ale serce z jakim ku niej przystepujemy, daje
rzeczom ksztalty i kolory>> H. Sienkiewicz.

Dla mnie szczęście to wewnętrzny spokój i swiadomość, że to co robię daje mi
ogromną satysfakcję (nie tylko zawodowa). Staram się na tyle ile mogę
cieszyć życiem, chociaż mam silnie zakodowane w pamięci zdanie, które zawsze
powtarzała mi moja babcia: że życie to wielka uczta, którą należy się
rozkoszować tylko wtedy, kiedy nikt z obecnych nie odwraca przez nas
zapłakanej twarzy ku ścianie...

Szczęście to także przyjaciele ponieważ wszystkie nasze przemyślenia,
zdarzenia tracą sens, kiedy nie mamy sie z kim nimi podzielić.

A może to jest tak, że trzeba dać każdemu dniu szanse, aby mógł stać się
najpiękniejszym dniem naszego życia.

Dlatego też staram się aby odchodzące z każdym dniem chwile były warte
wspomnień następnego dnia…”

Jakież to prawdziwe i pouczające spojrzenie. Zgadzam się z każdym stwierdzeniem w przytoczonym fragmencie. Co więcej, podziwiam sposób widzenia świata, otaczającej nas codzienności i spostrzegam analogie z mym rozumieniem pojęcia: szczęście.
Jednak muszę jednocześnie wyznać, że ta poruszana zachłaność i wymagania w stosunku do siebie i innych są moją największą wadą...


27 lutego 2005 (poniedziałek)

Relaksowo spędziłem wczorajszy dzień. Z samego rana już robiłem długi spacer dziką plażą...
W sumie całe dopołudnia tam spędziłem... jakie to relaksujące. Później wędrówka wśród kramów niedzielnego marketu przy wybrzeżu.

ZACH44.JPG

Nawet wiersz pt. Abstrakcja napisałem.
R e l a k s ...................

« Dyscypliny - Felieton | Strona główna | Dzienniki - marzec I - 2006 »