« Narodowe dni - Felieton | Strona główna | Dyscypliny - Felieton »

1 lutego 2006

Dzienniki - luty I - 2006

Aby samemu stać się lepszym
Nie musisz czekać na lepszy świat.

Phil Bosman

Jedna z czytelniczek w niezmiernie ciekawej korespondencji wspomina o powyższym autorze. Stąd i jego myśl. Ten Bosman to wulkan optymizmu...

Przeczytałem wczoraj w Gazecie Wyborczej interesującą rozmowę z dominikaninem o.Tadeuszem Bartosiem w artykule pt. Usta Kościoła.
Rozmawia on z red. M.Lizutem o codzienności życia zakonnego, w szerokim aspekcje współczesnego posłannictwa za murami klasztoru. O dogmatach wiary i tradycji katolickiej. O bolączkach współczesnego Kościoła i ludzi z nim związanych. Młody intelektualista nie ma tematów tabu. Na wszystkie pytania odpowiada rzeczowo i bez konformizmu. Ma wyrobione zdanie na każdy temat i potrafi to interesująco przedstawić i historycznie czy naukowo dokumentować. Jego niekonwencjonalne poglądy na niepokalaność Maryji Dziewicy, na formy antykoncepcji, seksualności człowieka i celibatu, wreszcie rezerwa w podejściu do słów Biblii na pewno nie wzbudzi mu uznania w oczach ogółu a już na pewno nie u kleru. No, ale kiedyś podobnie było z Kopernikiem i jego teorią i jemu podobnymi.
Z przyjemnością czyta się takie „actus fidei” bo uczą, wzbudzają refleksje i zmuszają do zastanowienia. A do tego, w polskim języku tego typu publikacje są rzadkością.
Australia Day 002x.jpg

A moja ulica znów nabrała tajemniczości o zachodzie słońca.

3 lutego 2006 (piątek)

Jestem... a jednak bez telewizora można żyć... Od zeszłej niedzieli kiedy to odbył się finałowy mecz Australian Open w tenisie nie oglągałem telewizji. Przeżyję tak jeszcze tydzień i znów przykleję się do ekranu na czas zimowej olimpiady.
Popijam wspaniałe wino... słucham wspomnienia o poecie Twardowskim. Utalentowanym księdzu piszącym prosto bez zbędnych metafor, udziwnień, prostej wręcz młodzieńczej poezji często aluzyjnej.
panorama4mala.JPG


5 lutego 2006 (niedziela)

Dziś znów na porannym marszu w towarzystwie Stana. Chodzimy po wzgórzach i oglądamy otaczającą nas przyrodę no i widoki na całe miasto i okolicę.
Pogoda jak na zamówienie... umiarkowana.

Europę wstrząsają protesty muzułmanów w odpowiedzi na karykatury Mahometa.
Chciałbym widzieć co by się działo gdyby tak katolicy chcieli protestować tylko tu w samej Australii na niewybredne żarty w prasie, telewizji czy na estradzie na temat religii, papieża czy Jezusa.
Nikt sobie tym głowy nie zaprząta, bardziej prymitywni pośmieją się i... karawana idzie dalej, a psom się w końcu znudzi szczekać.

7 lutego 2006 (wtorek)

Czytałem nie tak dawno wypowiedź (nie pamiętam gdzie i kogo... chyba red. Michałkiewicza) na temat pojęcia śmierci w kontekscie duszy.
Rozważa on kiedy tak naprawdę umieramy. Bo w obecnych czasach, śmierć pnia mózgu kojarzona jest ze śmiercią człowieka, czyli dusza jest w... mózgu. Co będzie kiedy zaczniemy przeszczepiać mózg?! Czyja dusza wtedy będzie egzystować? ... dawcy czy biorcy?! Co z obumarłym mózgiem (czyli duszą) któremu przedłużono życie? Czy już za przedłużonego żywota stanie przed Bogiem „do rozliczenia”. A dawca...? co z nim...?
Same znaki zapytania... może wtedy przestaną się kłócić który dzień powinniśmy świętować, a zaczną rozwiązywać problemy nie do rozwiązania...


10 lutego 2006 (piątek)

Lato w pełni. Dziś w lokalnej audycji radiowej przedstawiam sylwetkę Roberta Panasiewicza który w niedzielę ma u nas spotkanie autorskie.
Znowu niezmiernie ciekawa sprawa.
Badacze z Conservation International znaleźli dziewicze tereny wielkości Luksemburga w pobliżu granicy Papuy-Nowej Gwinei i Indonezji... w sumie całkiem niedaleko od Australii. Znaleźli to na terenie gór Foja. Nawet tubylcy nigdy się tam nie zapuszczali... bo nie było potrzeby, wyżywienia mieli pod dostatkiem wokół siebie.
W tropikalnym lesie w którym rosną nie nazwane jeszcze palmy i inne drzewa żyją niespotykane nigdzie indziej ptaki i zwierzęta. Większość z nich nie ma jeszcze nazw z tego powodu... Rajskie ptaki czy nadrzewny kangur wcale nie boją się ludzi... bo ich nigdy jeszcze nie widziały. I pomyśleć, wydawałoby się że na starej ziemi wszystko już znamy a tu taki rodzynek... Tylko ciekawe jak długo pozostanie ten teren w stanie dziewiczym...?
BANANA1a.jpg

A w międzyczasie, ja podniecam się dostojnością bananowca. I porównać te liście do delikatności takiej niezapominajki... Jednak chyba wolę subtelność tego malutkiego kwiatuszka...


12 lutego 2006 (niedziela)

Robert Panasiewicz z Perth jest moim gościem na weekend.
Organizujemy spotkanie literackie pod auspicjami Polskiego Towarzystwa Kulturalnego, i on dziś wygłosi prelekcję na temat: „SAUL – literackie powinowactwa, filozoficzne podteksty i poetyckie echa”.
Saul – to tytuł jego powieści. Czytałem… interesujaca, wciagajaca, dobrze napisana.

Wczoraj po południu piknik w parku w pobliżu wodospadów. Jak zwykle w takich sytuacjach jest jedna niewiadoma – frekwencja. Bo ludzie są zawsze zabiegani…
Tu w tym kraju nie istnieje spontaniczność spotkań. Tu nikt do nikogo tak po prostu nie wpada, wszystkie spotkania muszą być umowione, zaaranżowane i to na długo wcześniej. Nie tak dawno umawialiśmy się na towarzyskie spotkanie z dwumiesięcznym wyprzedzeniem… tak ciężko zgrać terminy… trzem parom.
mawsonlikes14.jpg

Dziś pogoda piekna. My jeździmy… to pod kościół aby jeszcze rozprowadzić ostatnie ulotki informujace o popołudniowym spotkaniu literackim. To na wybrzeże i shopping centre, a i objazd miasta w celu turystyczno-poznawczym, no i wreszcie Dom Polski Centre gdzie za pół godziny odbędzie się spotkanie.
Po wczorajszym barbecue ( było sporo osób) jesteśmy spokojniejsi bo już wczoraj było nieźle z frekwencją.
Około piątej sala zaczyna sie zapełniać… Po paru minutach jest już ciasno… No i zaczynamy… pan Jędrzejczak zagaja spotkanie, Robert zaczyna prelekcję, a ja zaczynam sączyć wino i uważnie słuchać … Jest zaciekawienie, jest atmosfera… a to najważniejsze.

No i kolejne nocne posiedzenie w domu przy winie, entuzjastyczna wymiana myśli na temat życia, literatury, muzyki i wielu innych ciekawych rzeczy które mamy obaj szczeście zauważać… a butelki pustoszeją…

Jutro wstajemy wcześnie, Robert z samego rana odlatuje do domu…
Nie codzień zdarzają się takie spotkania…
Dobrze, że w ogóle sie zdarzają…
Myślę, że poświęcę temu spotkaniu osobną stronę więc nie rozpisuję się i zdjęć teraz nie zamieszczam …

14 lutego 2006 (wtorek)

Walentynki!
Małe prezenciki, jakieś kwiaty, jakieś życzenia, bardziej uroczysty obiad czy kolacja…
Dobrze że są takie dni, ale entuzjastą ich nie jestem…
Wolę odświętność na codzień, niż parę razy w roku.
Większość Australijczyków przejmuje się jednak tym świętem bardzo.
Oczywiście, kawiarnie i restauracje pękaję tego dnia w szwach…

« Narodowe dni - Felieton | Strona główna | Dyscypliny - Felieton »