« Wakacje - Felieton | Strona główna | Narodowe dni - Felieton »

15 stycznia 2006

Dzienniki - Styczeń II - 2006

Poeci nie kreują... poeci po swojemu zbawiają świat – Wasz Krys!... Pierwszy raz w życiu wyszedł mi aforyzm... przemyślany...

Tak, to z gorąca...
Zaczyna się prawdziwe południowoaustralijskie lato...

Martwa morwa po raz wtóry rodzi owoc... a nie powinna. I owoc dorodny... Reinkarnacja?!
Zawsze mnie to fascynuje... co roku z pozoru obumarły kikut zazielenia się i zawiązuje owoc.

Moja krótka, bożonarodzeniowa wypowiedź ukazała się w kanadyjskim www.tnpolonia.com
Ciekawe jak Pani Jolanta, redaktorka pisma daje sobie radę w krainie Fidela?
No, wyczyn nie lada... i to na urlop... czy nie prościej przejść się pod wodospadem Niagara?
Podobne emocje...a chyba bezpieczniej...

17 stycznia 2006 (wtorek)

Rozpoczyna się kilkuetapowy wyścig kolarski – Tour Down Under... Nie zazdroszę uczestnikom, właśnie od jutra zapowiadają upały. Pedałować w czterdziestu stopniach do przyjemności nie należy.

mawsonlikes12.jpg

A i Australian Open – jeden z czterech najważniejszych turniejów tenisowych tzw. wielkoszlemowy - właśnie się rozpoczął.

Znów telewizor mną rządzi... do końca stycznia...nie chcę myśleć co będzie potem... zimowa olimpiada. A parę miesięcy później... football, nie... wtedy już będę w Europie...Będę wchłaniał piękno polskich łąk... zapach kwiatów...


19 stycznia 2006 (czwartek)

Jeszcze jeden poety w sutannie odszedł...
Ks. Jan Twardowski zmarł w Warszawie w wieku lat dziewiędziesięciu...
Muszę przyznać – niewiele znam jego twórczości, zaledwie kilka może kilkanaście wierszy czytałem. Zasługę ku takiem stanowi rzeczy, miał system polityczny w którym wyrastałem, bo ks.Twardowski swój pierwszy tomik wydał już w 1937 roku i na pewno w latach 60-tych i 70- tych pisał, tylko niewielu o tym wiedziało.
Aby w pełni uwypuklić jego wpływ na późniejszych poetów załączam wiersz właśnie Jemu poświęcony, autorstwa Ady Sroczyńskiej.

Janowi od Biedronki

siła finezja
łagodność miejsca
tak...
żyje słowo księdza

miłość i troska
cykl przemijanie
tak...
niech się stanie

uśmiechy dziecka
rysunek łąki
tak...
widzę te pąki

membrana barw
koloryt losów
tak...
zachwyt chaosu

sumienie wiara
pewność zdań trudnych
tak...
kipiel upojeń cudnych

prawda nie w ciszy
czystość na jawie
tak...
idę tym śladem

nadzieje trwałe
niepłoche marzenia
tak...
stanowcze twierdzenia

patos i humor
namiętność serca
tak...
jestem Ci wdzięczna...

I'06

21 stycznia 2006 (sobota)

Strasznie gorąco... Porównując rzeczywistą temperaturę na moim podwórku z najchłodniejszym miejscem w Polsce w tej samej chwili to... prawie 80 stopni...
Codziennie 40 w cieniu lub ponad... Przygrzewa nas... ja lubię ciepło ale do 35 stopni, wszystko powyżej to już nieludzkie warunki.
BOTAN1.JPG

Znów miła przesyłka...
Od muzyka i kompozytora polskiego mieszkającego na stałe we Włoszech, Lucjana Wesołowskiego otrzymałem zestaw 10 płyt kompaktowych z jego muzyką i wykonaniem.
Uczta dla ucha, dla zmysłów. Skarbnica nastrojów...
Sam kompozytor ma szeroki wachlarz zainteresowań. Gra na kilkunastu instrumentach i to tak oryginalnych jak... sitar. I właśnie muzyką orientalną najbardziej mnie ujmuje. Piękne, przestrzenne kompozycje. Czuje się w nich wiatr pustynny, prądy gorącego powietrza, zaułki wschodniej architektury a nade wszystko... wolność i relaks.
Dopiero co dobrałem się do tej kolekcji a już jestem pod jej urokiem.
No i co dla mnie ważne, Lucjan zamierza napisać muzykę do paru moich wierszy. To dla mnie czysta przyjemność...
Kiedyś był nagrodzony na festiwalu piosenki poetyckiej, to uwrażliwiony na ten gatunek sztuki jest bez wątpienia. Zainteresowanym polecam jego stronę internetową www.lucyan.vola.li

23 stycznia 2006 (poniedziałek)

Dziś chłodniej. Z przyjemnością idę rano raźnym krokiem.
Weekend był gorący ale urozmaicony. Wszystkiego po trochu, ale najwięcej... oglądania tenisa (Australian Open).

Moje humoreski i limeryki ukazały się w Swiecie Nasz www.swiecienasz.com
Ostatnio mało pisuję. Oprócz tych dzienników i od czasu do czasu felietonu, nie mam czasu na nic oprócz pisania korespondencji.

Złapałem się na tym, że już od paru tygodni nie czytam żadnej książki, żadnej wieczornej lektury... to dla mnie niepodobne. Cóż. Nawet gazety zaległe leżą (tygodniki) i czekają...

25 stycznia 2006 (środa)

Dziś od rana purpura z siwym szlaczkiem zagościły na nieboskłonie, a zapach zdradza przyczynę.
To pożary w Victorii, około 800 kilomertów stąd niosą z wiatrem tę dziwną powietrzną powłokę.
Tak, we wtorek w Victorii - w sumie niewielkim stanie – płonął busz w 400 różnych miejscach.
A Europie mrozy! Ekstremalne temperatury nas dopadły na początku 2006 roku.

Jutro znowu święto – Australia Day. Dzień wolny. Większość ludzi bierze dodatkowo urlop w piątek i całkiem niezły holiday można zorganizować. A ciągle gorąco i to już od rana, praktycznie całą noc temperatura nie spada poniżej 20 stopni.

28 stycznia 2006 (sobota)


Właśnie wróciłem z plaży. Nie pamiętam kiedy woda w oceanie była tak ciepła...
Popływałem w towarzystwie pelikana który jednak trzymał bezpieczną odległość. Pograłem w piłkę i wypocząłem... Było dość gorąco, ale pochmurno i nawet parę kropli deszczu spadło... Jest parno. Trochę jak w Bangkoku czy Singapurze.

A teraz kiedy piszę te słowa leje. Tak pogoda tropikalna. Bardzo ciepło i deszcz... przyjemnie, taki deszcz to lubię, patrzę przez okno a myśli uciekają za horyzont.

oceanmaly.jpg

W czwartek, czyli Australia Day byliśmy na Festynie Multikulturalnym. Społeczność australijska prezentowała kulturę kraju swego urodzenia. A ponieważ w Australii mieszkają ludzie z ponad 200 krajów więc jest w czym wybierać. W centrum miasta na polowej estradzie produkowali się Afrykanie i Azjaci wymieszani tańcami krajów europejskich i południowoamerykańskich. Jedyny problem… gorąco, a właściwie parno, z temperaturą w pobliżu 40 stopni. Oczywiście lokalny rząd zadbał o swych obywateli. Rozdawali buteli wody źródlanej i Coca-coli. Stoiska z żywnością i napojami dopełniały reszty. Popróbowałem hinduskich pierożków… nieeezłe, ale nie rewelacyjne.

Długo jednak nie wytrzymaliśmy.
Reszta świętujących wypełniała pobliski stadion na meczu krykieta ze Sri Lanką. Tak, krykiet dla wielu to największa świętość. Godzinami smarzą się na stadionach oglądając to „pasjonujące” widowisko.
night 007ax.jpg

Pisząc te słowa widzę piękny zachód słońca z mego okna. A i słonecznik zagląda do mnie. Oto on.

30 stycznia 2006 (poniedziałek)

Skończyły się wakacje...
Ruch na drogach, stoję w korkach w drodze do pracy.

W porannym, niedzielnym marszu towarzyszył mi Stan z Australinku... Wypuściliśmy się w busz na trakt do Diabelskiego Nosa. Pogoda całkiem znośna. Dla mnie novum – rzadko z kimś chodzę, przyzwyczaiłem się do samotnych wędrówek.

Wczoraj też dowiedzałem się o tragedii w Polsce. Tyle osób zginęło... tu parosekundowe migawki z miejsca katastrofy w mediach, tam tragedia dla setek ludzi...

« Wakacje - Felieton | Strona główna | Narodowe dni - Felieton »