« Dzienniki - grudzień II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - styczeń I - 2006 »

26 grudnia 2005

Dzienniki - grudzień III - 2005

Drugi dzień świąt (w Polsce), tu zwany Boxing Day. Kiedyś myślałem, że to ma coś wspólnego z boksem.

A to stara angielska tradycja dawania w pudłach (boksach) prezentów świątecznych biednym przez bogatych bez oczekiwania na rewanż.

Jestem w buszu na porannym marszu. Jest tak nastrojowo że wpadł mi do głowy zarys... wiersza. Wyjątkowo dużo kangurów wokół mnie a i rodziny strusiów (emu) majestatycznie defilują obok. Pogoda piękna. Słońce tylko przebija się przez lekkie chmurki, jest ciepło, bezwietrznie. Około 22 stopni. W sam raz na długą wędrówkę w nieznane. Później przyjdzie się pakować, bo jutro wyprawa na Tasmanię.


28 grudnia 2005 (środa)

Wczoraj był gorący dzień w Adelajdzie. Jadąc taksówką do portu lotniczego mieliśmy niesamowite widowisko - błyskawice na pochmurnym niebie przy 35 stopniach ciepła. Później jeszcze gwałtowny deszcz i uspokoiło się.
Półtorej godziny w powietrzu to w sam raz.
W stolicy Tasmanii - Hobart wypożyczyłem niewielką Toyotę Corollę i śmignęliśmy w stronę malowniczego centrum rozłożonego na okolicznych wzgórzach.
Tassie17.jpg

Hobart do złudzenia przypomina nowozelandzki Wellington, tylko odpowiednio mniejszy. Też tak rozłożony na wzgórzach wokół zatoczek i nawet ruch uliczny jest podobnie zaprojektowany.

Dziś z samego rana wybrałem się na krótki spacer po śródmieściu zaglądając na wybrzeże i… miałem szczęście - właśnie wpływał zwycięzca regart Sydney – Hobart, jacht WILD OATS. Był to pierwszy z 85 jachtów startujących z Sydney i pokonał trasę w rekordowym tempie.
Są to jedne z cięższych i bardziej prestiżowych regat na świecie.

Zaraz po śniadaniu wyjeżdżamy na długą wycieczkę do Port Arthur.
Miejsce to specyficzne, taka brytyjska syberia. Zsyłano tu ponad 150 lat temu za stosunkowo niewielkie przewinienia tysiące mieszkańców wysp brytyjskich. Tak, pobyt w katorżniczych warunkach mimo bajkowego krajobrazu do przyjemności nie należał.
W sumie od 1830 roku przez 47 lat działalności tej placówki przewinęło się tu 33 tysiące zesłańców.
Ci z najcięższymi kajdanami na nogach mieszkali na parterze w miniaturowych celach (1.5-2.4 metra). Inni z lżejszymi zajmowali klatki na piętrach. A wszyscy z tym żelastwem przy nogach ciężko pracowali.
Zwiedzamy ruiny i dobrze zachowane budynki z tych czasów, opływamy statkiem wycieczkowym i z przyjemnością opuszczam to miejsce tragedii tysięcy ludzi.
Tassie6.jpg

Pobyt w Port Arthur nastraja i uwrażliwia na beznadziejność życia. Bo nie dość że człowiek najczęściej w stanie depresji w sytuacji bez wyjścia popełniał przestępstwo, to kara mu wymierzona rozmiękczała mu mózg już na całe życie. Otóż wielu pensjonariuszy tego więzienia po odbyciu kary nie potrafiło się odnaleźć w wolnym świecie i pozostawało tam do końca życia już nie w kajdanych ale wcale nie w lepszych warunkach – może trochę w większej przestrzeni życiowej.
Ale o życiu szczęśliwym mowy nie było.
Nie rozstrząsam tragedii która wydarzyła się tu całkiem niedawno. Kilkanaście lat temu młody szaleniec wszedł na te tereny z pepeszą i strzelał do ludzi jak do kaczek zabijając kilkanaście osób i raniąc drugie tyle.

29 grudnia 2005 (czwartek)

Tyle wrażeń codziennie. Wcale nie włączam telewizora w pokoju. Nawet codziennie nie chce mi się zjechać na dół do basenu i sauny hotelowej. Padam, po prostu padam. Wracamy zwykle głębokim wieczorem bo teraz w centrum przy nadbrzeżu jest festiwal tasmański. Występy, muzyka, najrozmaistsze jedzenie, wino i piwo królują do późna.

Nawet na poranne marsze nie chodzę bo w ciągu dnia mam tego wystarczającą ilość.
Swoją drogą jeżeli ktoś pragnie się przewietrzyć to polecam Hobart – szczególnie królujący nad miastem Mt. Wellington (1270 m npm. - to pierwsze zdjęcie właśnie tam zrobiłem). Takich wiatrów jak tam nigdzie nie doświadczyłem. Za to zimą ma urok bo pokryty jest często czapą śnieżną.

Dziś znów długie wycieczki m.in. na dwuczęściową wyspę Bruny. Przeprawiamy się wraz z samochodem na oddaloną o ponad kilometr ciekawą wyspę.
Tassie105.jpg

Głębokim popołudniem znów festyn przy wybrzeżu w Hobart i powitanie kolejnych jachtów, uczestników regat.
Właśnie przypłynęła najmniejsza jednostka z sześcioosobową załogą. Same atrakcje...

30 grudnia 2005 (piątek)

Dziś wyprawa na najbardziej południowe tereny wyspy. Pięknie… kwiaty polne, zieloność i zapach łąk… przymrużam oczy i jestem w Polsce. Miałem sen tak realistyczny – biegam jak zwariowany po łące pełnej niezapominajek a one wirowały i unosiły się tuż ponad mną.
Wybrałem się do ciepłych źródeł i jaskiń z podziemną rzeką. Źródła położone w bajkowym krajobrazie olbrzymich paproci i wielkich drzew, ujęte są w formie basenu kąpielowego. Temperatura wody wyższa niż otaczającego nas powietrza. O, to lubię... nie przepadam za chłodną wodą. A i jaskinia bardzo ciekawa, a tam tylko osiem stopni.
Tassie104.jpg

Tak w ogóle to bardzo mi się tu podoba. Zdaję sobie jednak sprawę że lato tu trwa dość krótko - mniej więcej tak jak w Polsce – i jest znacznie chłodniej w ciągu roku. Na pewno szczęśliwy z tego powodu bym nie był. Ale ludzi tu mili a krajobrazy bajkowe... no i wszędzie blisko. Miałbym gdzie pochodzić. Tylko nikt mi tu nie znajdzie takiej pracy...

31 grudnia 2005 (sobota)

Ostatni dzień roku. Wybieramy się w dłuższą trasę przez całą wyspę na północ. Robimy w sumie ponad 300 kilometrów. Po drodze zwiedzamy okoliczne atrakcje – Richmond, Launceston i parę pomniejszych miejscowości.

A Sylwestra wieczorem siedzimy już na werandzie za stołem u dobrych znajomych. Siedzimy w niewielkim gronie - popijamy, podjadamy, wspominamy stare dzieje odliczając ostatnie godziny roku. Nie będę go podsumowywał. Powiem krótko: był bardzo dziwny, oscylował uczuciami jakich wcześniej nie znałem w takim natężeniu.

« Dzienniki - grudzień II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - styczeń I - 2006 »