« Dzienniki - grudzień I - 2005 | Strona główna | Dzienniki - grudzień II - 2005 »

14 grudnia 2005

Na koniec roku - Felieton

Koniec roku, zmiana kalendarzy i znów przepisywanie zapisków z roku minionego.

Uaktualnianie danych, adresów. Niektóre informacje są nam już niepotrzebne, inne dodajemy w pamięci elektronicznych notesów czy ręcznie dopisujemy w naszym kalendarzyku czyli diary – jak to się tu nazywa.
I tak następny rok nas wita. Tak, to rok nas wita a nie my jego... My żyjemy za krótko aby sobie uzurpować rolę gospodarzy. Zresztą nowy rok na całym świecie nie brzmi i nie znaczył tego samego. Świat żydowski jest starszy od chrześcijańskiego o 3761 lat. W Cesarstwie rzymskim natomiast, liczono lata od założenia Rzymu, czyli 753 lat przed Chrystusem. A muzułmański kalendarz jest o 622 lata młodszy. „Najstarszy” kalendarz mają oczywiście Chińczycy i gdzieś na przełomie stycznia i lutego będą obchodzić swój nowy rok. I tak już ponad 4000 lat.

My wygasamy a lata tylko przemijają. Subtelna różnica.
Pamiętam że ciężko było sobie wyobrazić, jak to będzie kiedy nadejdą lata dwutysięczne. Jak to będzie dziwnie tę dwójkę z przodu stawiać.
A co to miało nie być! Świat miał się załamać przez tę nieszczęsną dwójkę i te zera za nią podążające. Miały następować wybuchy reaktorów atomowych, odpalać głowice nuklearne i to wszystko w miarę nastawania 2000 roku. Katastrofy w kopalniach, na platformach wydobywczych, i wszędzie tam gdzie życiem sterują komputery.
Nadeszła północ pełna niepokoju, czyli nastał nowy rok w Nowej Zelandii i, nic. Później w Australii... spokój. Powoli czas nowego roku osiągał inne regiony świata i nic złego się nie działo. Niedowiarkom brakowało wieści z Ameryki. Tam czas najpóźniej dociera... niby tacy postępowi. Wiadomo też, że wszystko dobre i złe ostatnio zaczyna się w Ameryce. Problem w tym, że coraz mniej tego pierwszego właśnie tam się zdarza. Jedno dobrze pamiętam... w przepowiedniach zapowiadano katastrofy o wielkim natężeniu i częstotliwości. I to się sprawdza!
Apokaliptycznego szoku doznajemy co chwila. Trzęsie naszą ziemią z nieznaną dotąd częstotliwością. Wszelkiego rodzaju huragany, trąby powietrzne, tornada nękają co rusz różne regiony. Nawet taki jak stara Europa, nieprzywykła do tego typu zjawisk. Ostatniego roku Europa opanowana była też przez klęskę suszy i pożary. Amerykanom zaczynało brakować imion na nazywanie huraganów. U nas w Australii tradycyjne pożary. A w Azji zalewało dwa razy tsunami – nieznane dotychczas zjawisko z autopsji. A i gigantyczne pożary nie są rzadkością. Masywne obsunięcia ziemi trafiają się dość często, a to wszystko tylko... psikusy natury z powodu których tylko w ostatnich latach zginęło setki tysięcy ludzi.
A jak dodamy nasze ludzkie zapędy w poprawianiu świata i katastroficzne tego skutki, to lista zdarzeń wygląda naprawdę ponuro.
Czy to już zaczął się... Armagedom?!

W Afryce paru kacyków swym działaniem powoduje, że miliony społeczności Czarnego Lądu umiera z głodu i chorób.
My, poprawiamy demokrację świata arabskiego. Świat arabski poprawia naszą moralność. I tam i tu, giną niewinni ludzie. Ludzie którzy nie chcą nikogo poprawiać, ani ulepszać. Chcą żyć normalnie i rozporządzać własnym losem. Ale czy to jest jeszcze możliwe?
Nie ma niestety jasnej wizji na świetlaną przyszłość naszego globu. Nawet Kuba już odpuszcza, tylko w Chinach takową mają... Na razie czekamy aż Chinczycy zdominują świat... potem będziemy się zastanawiać dokąd zmierzamy.
Generalnie, radykalizujemy się, a i militaryzujemy – choć to ostatnie robimy raczej po cichu. A wszystko w imię walki z terroryzmem. Problem w tym, że do walki z niewidzialnym wrogiem wielka uzbrojona armia jest bezużyteczna. Gdzieś te siły trzeba będzie w końcu wykorzystać. Ale to już problem na następne lata.
Katastrofy ekologiczne to jeszcze jeden problem wymagający odrębnego omówienia. I tak mamy szczęście, że ostatnimi laty żadne Czarnobyle nas nie przerzediły, ale jak mawiają Zieloni ... siedzimy na ekologicznej bombie.
Nic to, idzie 2006 rok nowożytnej ery i należy się cieszyć, że ... jednak się toczy. A więc, może już nie próbujmy naprawiać, aby bardziej nie popsuć...
Życzmy sobie nawzajem... niech się toczy jak najdłużej!

Wasz Chris

« Dzienniki - grudzień I - 2005 | Strona główna | Dzienniki - grudzień II - 2005 »