« Dzienniki - Listopad II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - grudzień I - 2005 »

30 listopada 2005

UFO - Felieton

Inspirowani konferencją na temat UFO (Unidentified Flying Object), która odbyła się w Australii ostatnimi dniami, postanowiliśmy z Zenkiem przyjrzeć się bliżej problemowi.

Jak również rozstrzygnąć raz na zawsze: są czy ich nie ma!
A mamy też osobiste przeżycia, nawet bogate... przynajmniej Zen.
Ale zacznijmy od kilku słów wstępu.
Otóż, kwestia istnienia UFO wypłynęła na dobre w 1947 roku. W amerykańskim stanie Nowy Meksyk, pewien farmer odkrył na swym terenie dziwne szczątki i kiedy to oprócz wraku pojazdu niewiadomego pochodzenia znaleziono też zwłoki czterech... no właśnie, tego nikt pewien nie jest – alienów, ufoludków, zielonych ludzików czy Marsjan, cały świat popadł w zadumę nad tą zagadką.
Mam na myśli świat wolnych mediów... nasz kraj, miał wtedy o wiele istotniejsze problemy do rozwiązania niż pochodzenie jakiś obcych.
Plany pięcioletnie, przekształcanie świadomości, reforma rolnictwa, wreszcie utrwalanie władzy ludowej – to było w agendzie tamtych czasów w krajach tak zwanej demokracji ludowej. A reszta świata czekała na rozwiązanie zagadki z Roswell, bo tak się nazywa najbliższe miasteczko, gdzie zdarzył się ten fenomen niezwykłego spotkania.
Od tego czasu, doniesienia na temat niezidentyfikowanych obiektów, ukazywały się w proporcjonalnej liczbie każdego roku. Najczęściej są to informacje o zaobserwowaniu dziwnych obiektów czy kolorem, czy ruchem, czy kształtem - nijak nie dających się zakwalifikować do standardowych, podniebnych pojazdów naszych czasów.
Są tacy – a ich liczba rośnie w tysiące – którzy doświadczyli tzw. urwania filmu. A więc czas w trakcie spotkania z tym dziwnym obiektem czy z jego pasażerami, wymazał się z ich świadomości. I to często na parę godzin. Powracali do pełnej rzeczywistości w innym miejscu, czy sytuacji.
Inni, dobrze pamiętają szczegóły spotkań z przybyszami z kosmosu. W detalach opowiadają swe przeżycia i wrażenia. Bywało i tak... niestety, że przybysze, mmmh... seksualnie wykorzystali ziemską brać.
A fe!... homofile, ludzi wam się zachciewa. Wasza rasa już wam nie wystarcza?! Będzie was to jeszcze drogo kosztować!
W przygniatającej większości jednak świadkowie twierdzą, że spotkane ufo-istoty upewniały ich o przyjaznej misji pokoju, i co więcej... mówiły, że kiedy ludzie dojdą do tego etapu, iż zapanuje na całej naszej planecie miłość bliźniego swego, to wtedy oficjalnie się ujawnią i umożliwią rodzajowi ludzkiemu zrozumienie ich pochodzenia. Jak znam ludzi to wiem, że szybko to nie nastąpi. O ile...?!
Jedna z pokrzywdzonych przez alienów – dojrzała pani – przytoczyła w komentarzu słowa swego męża który twierdził, że żaden szanujący się ufoludek nie zawracałby sobie głowy z uprowadzaniem jego żony. Bardzo niskie mniemanie o swej małżonce – stwierdziliśmy zgodnie z Zenem.
Pamiętam parę lat temu, w czasie naszego nocnego barbecue na ogrodzie, Zen zauważył cztery obiekty latające. Mimo, że był po paru głębszych wypatrzył je i skierował naszą uwagę w tym kierunku. Muszę przyznać były dziwne... i dziwnie się poruszały, ale po jakiejś minucie czy dwóch zniknęły nam z pola widzenia, więc wróciliśmy do naszych konkurencji: rzutek (darts) i opróżniania szkła w rytmie rock&rolla.
A i inne wydarzenie sprzed paru lat przyszło mi na myśl. Kiedyś Zen mocno się tłumaczył swej małżonce, po rannym powrocie do domu, że niewiele pamięta, ponieważ został zatrzymany przez dziwny obiekt i... film mu się urwał.
- Chyba zostałem porwany, bo takie niezwykłe bóle mam – spowiadał się przed nami.
- Ja też takie miewam – wyznałem – szczególnie gdy za mocno zabaluję.
Zen uparcie twierdzi, iż był w takim pomieszczeniu, że ludzkie oko nie widziało i ucho nie słyszało. A on chodzi jak nawiedzony i pary z buzi nie chce puścić. Przyznaje, że jak się zainteresują tym poważne media i konkretnie będą z nim rozmawiać, to opublikuje to co wie. A ja dokładnie pamiętam jak wracał tej nocy wyśpiewując: Pobili się dwaj ufole laserami....
Co by nie mówić, to UFO jest nawet pożyteczne. Przynajmniej jest na kogo zwalać winę.


Wasz Chris

« Dzienniki - Listopad II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - grudzień I - 2005 »