« Dzienniki - listopad I - 2005 | Strona główna | Dzienniki - Listopad II - 2005 »

14 listopada 2005

Język - Felieton

Wiosna całą potęgą przewrotnej natury, wali w nas jak jej się tylko podoba.

Alergikom śle pyłki kwiatowe, nerwicowcom skoki ciśnienia i temperatur, ogrodnikom deszcz i więcej promieni słońca a miłośnikom natury soczyste kwiecie dookoła. My, jako zaliczający się do tej ostatniej grupy – czyli miłośników..., obcujemy z naturą ile wejdzie. Zabieramy krzesełka i sprzęt turystyczny i w każdy weekend udajemy się na piknik. Właśnie na piknik a nie majówkę czy na zieloną trawkę jak to się kiedyś mawiało. Ani nie na poetycko nazwane... łono natury. A jeszcze dawniej taką wycieczkę nazywano... ekskursję poza miasto. I to skojarzenie skłoniło nas do głębszej analizy zmian językowych jakie w nas następują a my często nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy.
A zaczęło się tak. Zen powiedział:
- Zobacz jak ten nasz język się zmienia...
- What do you mean? – zapytałem.
- I mean, ... nasz język... polski!
- A...? – odpowiedziałem z głupia frant.
- No zobacz, dawno, dawno temu, czyli... Once upon a time – zaczął z uśmiechem
Zen – nasi ojcowie słuchali szlagierów, nasza generacja zachwycała się...
przebojami. A teraz słucha się tylko hitów.
- To tak samo jak z nazywaniem fascynacjących się muzyką – zauważyłem – kiedyś byli wierni słuchacze, zwani czasem melomanami, jak jeszcze zwykł mawiać sam pan Jerzy Waldorff, później czyli za naszych czasów, byli już wielbiciele muzyki czy jej wykonawców jak mówił pan Kydryński, a teraz są sami... fani.
- Nie tylko w tej materii zmieniamy słownictwo. Weźmy na tapetę taką atrakcyjną kobietę przechadzającą się ulicą. Starsze pokolenie mężczyzn wzdychało z zachwytem: ale babka!, później zachwyty się skomercializowały i mówiliśmy: ale towar! Teraz od lat króluje... laska. I taka laska już nie fascynuje czy podnieca, ale po prostu... kręci.
- Grubsza kobitka natomiast – pociągnąłem temat – nazywana była kiedyś babką przy kości, teraz jest powabnie zwana... puszystą.
Faktycznie zmienia się nasz język i to wręcz gwałtownie. Nikt dziś do opowiadającego bajery (sic!) nie powie: ale zalewasz – jak to się dawniej mówiło, czy lejesz wodę, ale prosto... co ty ściemniasz...
Na stadionach huligani nie wszczynają burd, czy rozrób tylko zadymy.
Kiedyś chodziło się na potańcówkę, później były organizowane dansingi a od dłuższego czasu króluje... disco.
Nie zapytają cię dziś jak ci leci, tylko... jak wirujesz?
Tak jak nie mówi się już w deche, klawo - tylko... spoko!
- Dawniej był koniokrad, a teraz... autokrat! Taki Łukaszenko na przykład... – zaczął wesoło Zen.
- Chyba dlatego tyle aut za wschodnią granicą ginie – spuentowałem żartobliwie.
- No właśnie... już nie aut... to się kiedyś tak nazywało teraz jeździ się brykami, a co niektóre są... wypasione! – uświadomił mnie Zen.
- A pamiętasz kiedyś w PRL-u były popularne: kartki, bony i talony... teraz przerzuciliśmy się na plastyki: karty kredytowe i bankowe – zauważyłem.
- Tak, dawno , dawno temu kupowało się cegiełki... później rozdawano bony a jeszcze później talony.
- No i dawno już nie używa się określenia przestoje w pracy, a po prostu strajki - podsumował Zen nawiązując w ten sposób do niedawnej dwudziestejpiątej rocznicy powstania Solidarności.

Wasz Chris

« Dzienniki - listopad I - 2005 | Strona główna | Dzienniki - Listopad II - 2005 »