« Finały - Felieton | Strona główna | Książka - Felieton »

15 października 2005

Dzienniki - Październik II - 2005

Z samego rana wrzuciłem do plecaka aparat razem z notesem, długopisem, i paru innymi drobiazgami i pojechałem parę kilometrów od domu.

I teraz idę... Właśnie odkrywam kolejne “dzikie piękno” mego miasta. Już dawno frapował mnie ten zakątek kiedy spoglądałem na mapę, ale dopiero dziś tu zawitałem.
Pogoda piękna, jak na takie wędrówki. Szeroka ścieżka prowadzi cały czas pod górę.
Idę i upajam się wszystkim wokoło. Białymi kaliami których setki na moim szlaku, szumem strumienia, kumkaniem żab, widokami. Tym intymnym kontaktem z naturą. Wokół zielone wzgórza z drzewami eukaliptusowymi i ptaki.
- O Boże! Jak tu pięknie! Tyle lat trzeba było, aby odkryć to miejsce? – z wyrzutem powiedziałem sam do siebie.

RUINY22.JPG

Dochodzę do jakiś starych zabudowań, dziś to tylko ruiny. Solidne budowle z kamienia. To nie były zwykłe domy mieszkalne, ruiny są potężne. Nastrój tu niesamowity. Choć mam świadomość, że te fragmenty murów mają nie więcej niż 150 lat, to teraz czuję się jakbym odkrył jakieś pozostałości po... Aztekach.
Wokoło piękne kwiaty polne. Fiolety dominują. Później osiągam najwyższe partie Anstey Hill – bo tak to miejsce się nazywa.
Ślicznie, wzdłuż mojej drogi rosną... niezapominajki!!! (myślę że to taka australijska odmiana). Prawie na gołej skale… ależ one odporne na niewygodę.


17 października 2005 (poniedziałek)

Weekend minął miło ale wcale nie szkoda mi iść do pracy. Tam też jest gdzie wyskoczyć i połazić.
W niedzielne popołudnie wpadłem do Domu Polskiego na spotknie Towarzystwa Kulturalnego. Spodobała mi się atmosfera i dyskusja. Ciekawe typy ludzi... gratka dla psychologów. Siedziałem wsłuchiwałem się i obserwowałem. Nie muszę chyba wspominać, że to wszystko przepijałem winem czerwonym...
Pogoda marzenie. Codziennie blisko 30 stopni. Każdą wolną chwilę spędzam na powietrzu.
Idę szeroką ścieżką wśród drzew oliwkowych. Niczym gaj oliwny w ewangielicznym przekazie. Drzewa dopiero nabierają żółtawych szypułek.
Lubię to uczucie zmęczenia, kiedy dochodzi pierwsza godzina marszu i opanowuje mnie takie mdławe... wirowanie, a wiaterek owiewa twarz. Oczy upajają się kwieciem i drzewami wokół. Uwielbiam ten stan... zamroczenie, zafascynowanie otoczeniem.
A dookoła drzewka bottle brush (wyciory do butelek) rażą czerwienią szczotek na których szaleją ptaki.

bottlebrush.jpg

19 października 2005 (środa)

Dziś deszczowo, choć ciepło...
Niestety, nie mogłem wyjść jak codzień i pomaszerować przed siebie. Ale nie dałem za wygraną, wyszedłem na podwórko pod werandę i w rytm bębnienia kropel deszczu, „porozciągałem się” trochę. Dobrze tak od czasu do czasu... człowiek robi się elastyczniejszy.
Dziś też miła prezentacja. Na internetowym Pulsie Polonii www.pulspolonii.com zaprezentowane zostały moje wiersze, fotografie wraz z mą sylwetką. Jestem tam w towarzystwie innego „wrażliwca na słowo”... ojca Tomasza Bujakowskiego, franciszkanina z Perth.
Za każdym razem z okazji takiej prezentacji, robi się ciepło na sercu. A jak są jeszcze inni obok, to nawet przyjemniej... dobrze wiedzieć, że jest nas więcej, tych „zarażonych liryką”.
A jak już jestem przy piszących to przytoczę słowa pocieszenia dla wszystkich którym marzy się popularność, np. Juliusza Słowackiego.
„Książki, które Słowacki wydawał własnym sumptem, albo przechodziły nie zauważone, albo kwitowane były krótkimi złośliwymi notatkami w czasopismach emigracyjnych” Historia Literatury Polskiej – Czesława Miłosza.

21 października 2005 (piątek)


Dziś rozgrywki tenisa. Początek sezonu juniorów, znów wieczory na kortach...
Mam gazetę ze sobą i podczytuję... Acha, przypomniało mi się, że pierwsza gazeta w Polsce ukazała się w 1661 roku. Nieźle, ciekawe ile wtedy kosztowała?
Skończyłem czytać książkę pt. Saul, autorstwa Roberta Panasiewicza.
Dobrze się czyta. Bardzo poetyckie opisy otoczenia, jednocześnie realistyczne wręcz z reporterskim zacięciem oddanie rzeczywistości. Widzę tu trochę Kapuścińskiego wymieszanego ze Stachurą. Ale czuję jednak więcej liryzmu Stachury.
Kiedy narrator idzie, czytelnik idzie obok niego i przeżywa to samo, widzi to samo i tak samo jak on pragnie osiągnąć cel. Tu jest klimat. Uważam tę książkę za bardzo udany debiut powieściowy.
Zaraz też, nasunął mi się szkic felietonu na kanwie właśnie przeczytanej książki. Muszę to zapisać abym nie zapomniał.

24 października 2005 (poniedziałek)

Piękne to miejsce gdzie spacerowałem w sobotę... jestem zachwycony... jakie widoki... i ta cisza... jak ja tu wypoczywam...i tak blisko domu. A zrobiłem powtórkę z poprzedniej soboty, tylko zmieniłem trasę. Tym razem odkryłem stare kamieniołomy i przeszedłem trasę w poprzek.
KALIE.JPG

Kiedy wróciłem zaproponowałem rodzinie wypad do lasu. Po dwóch godzinach pojechaliśmy... nigdy jeszcze nie widziałem tak zielonego lasu. Tyle potoków, mokro... grzybów w bród i, żeby tego szczęścia nie było za dużo... zakopałem się samochodem. I to w miejscu, którym stawałem wiele razy przedtem. Opady sprawiły, że teren stał się jak gąbka. Na początku traktowałem to z przymrużeniem oka ... w końcu 6 cylindrów, 4 litry pojemności... brzmi dumie. Kiedy grunt podmokły to nie ma znaczenia... gdy nie ma napędu na 4 koła, grzęźnie się coraz bardziej... i tu przyszła nam na pomoc urocza „randżerka”. Przejeżdżając obok (czy to nie brzmi jak z bajki), zauważyła nasze usiłowania wydostania się z miejsca (tuż przy szutrowej drodze), natychmiast podjechała i dzięki jej obrotności (a była tak zdolna jak urodziwa) szybko podciągnęła nas na suchą drogę.
Przy okazji dowiedziałem się, że troje rangers obsługuje ten las. To coś w rodzaju leśniczych, ale ci ludzie bez przerwy są w ruchu, aby chronić i pomagać wszystkim którzy potrzebują pomocy ... tak ludziom, jak zwierzętom, a i florze...

Rydze panierowane smakowały wybornie i... ciągle żyję.
A maślaki i te drugie (nie znam nazwy) też wyglądały zdrowo...


26 października 2005 (środa)

Deszcze nie odpuszczają. Nie dowierzam, tyle lat tu mieszkam a tyle opadów na wiosnę w tym okresie nie pamiętam.
Niby ciepło, ale prawie codziennie pada.

wiosna550.jpg

Zadziwia mnie czasem poważne traktowanie przez współczesną naukę, takich teorii jak filozofia Schopenhauera. Przecież z której strony by się do tego nie dobierać, to nie ma racji bytu.
Ten niemiecki filozof twierdził, że ludźmi kierują tylko pierwotne instynkty. Czyli z gatunku homo sapiens wyeliminował wszelkie elementy uczuć wyższych. Jedynie co akceptował jako formę lekarstwa na „intelektualne” problemy... to stan nirwany. Takich uczuć jak: miłość, poświęcenia dla drugiego człowieka czy Boga, oddania życia w imię jakiejś idei po prostu nie zauważał.
Pewnie, że powszechnym takie postępowanie nie jest... ale można sypać przykładami z każdego okresu dziejów, ludzi z wysoce rozwiniętym uczuciem, wrażliwością... czyli duszą. I nie zamykali się w nirwanie, tylko swym postępowaniem całkowicie zaprzeczali teorii „wielkiego” filozofa.
To chyba ten poranny wiatr tak mnie zawirował w tym kierunku.
No cóż...na wiosnę wszystko się zdarzyć może, nawet realizacja... LSWM!
Impulsy... to co nami kieruje, jak przeczytałem właśnie w pięknym wierszu.

28 października 2005 (piątek)

Australia – najprzyjaźniejszym krajem na świecie. Tak mówią opublikowane ostatnie analizy i badania statystyczne.
Tak, trzeba przyznać że uśmiechu tu ciągle nie brakuje i chętnych do pomocy też.
Słowo: Wolontariusz – ciągle brzmi dumnie. I niech tak zostanie jak najdłużej. Pewnie, że chamstwo też widać, ale na szczęście nie jest to domeną ulicy. Zresztą na chamstwo teraz jest moda... Widać to głównie w telewizji, internecie, kinie. Teraz, gdy się nie bluzga jest się nie cool, nie trendy.
Ale i to jak każdy moda, kiedyś się zmieni.

Zmarła Mira Kubasińska dawniej wokalista Breakoutów. Wiele, wiele lat temu, ona oprócz Ady Rusowicz, była dla mnie prawdziwą damą rocka.
No cóż... czas przemijania nastał...


30 października 2005 (niedziela)

Wczoraj z rana przyszykowałem się na kolejną wyprawę na moje ulubione wzgórze, ale poranna mżawka zatrzymała mnie w domu. Wędrówkę przesunąłem na samo południe. A tam jak zwykle było super. Ile ja tam przeżyję, ile zapachów i uniesień. Ile emocji niosę ze sobą...
Bez przesady powiem, że jest to najmilsze miejsce spędzania wolnego czasu ostatnich tygodni. Jedno mnie smuci... ja już wszystkie ścieżki i trakty zaliczyłem. Czyli element zaskoczenia odpada.

Dziś z samego rana (zmieniliśmy czas na letni... to już tak rano nie było...) Poszedłem na długą wędrówkę po „dzikich” okolicach mej dzielnicy. Tu też jest uroczo. A później spotkanie rodzinne i wypad na cmentarz do wujka na grób. U nas 1 listopada to normalny dzień pracy. No... w tym roku nie normalny... ale o tym wspomnę we właściwym czasie... czyli za 2 dni.

« Finały - Felieton | Strona główna | Książka - Felieton »