« Dzienniki - październik I - 2005 | Strona główna | Dzienniki - Październik II - 2005 »

14 października 2005

Finały - Felieton

Pokończyły się główne rozgrywki krajowe w grach zespołowych: Footy - Aussie Rules, Rugby, Netball.

Wierni kibice do ostatnich chwil trwali przy swoich ulubieńcach i tłumnie zasiadali na trybunach meczów finałowych – to było wręcz wyróżnienie tam być – a reszta, czyli parę milionów, przed telewizorami. Oczywiście, to też nie były takie zwykłe posiedzenia z butelką piwa - jak to my z Zenem uskuteczniliśmy – to przecież doskonały pretekst do businessu, a więc special function... lunche, czy obiady w restauracjach przy wielkich ekranach, kiedy wszystko też odpowiednio więcej kosztuje, ale kto by się przejmował jak gra ukochana drużyna.
Wielu traktuje te rozgrywki, a szczególnie mecze finałowe, niczym uroczyste ceremonie religijne.
Zresztą, dla nich właśnie rozgrywki sportowe są jedyną formą uniesienia wewnętrznego i pożywką dla ducha. Niektórzy, i to bez względu na płeć, nie opuszczą meczu swej ulubionej drużyny całymi latami. Ostatnio, z okazji wielkiego meczu finałowego australijskiego footy, Zen przyniósł taki kawał:

Facet siedzi na trybunach stadionu przed rozpoczęciem meczu zw. GRAND FINAL.
Przechodzi drugi i pyta: Czy to miejsce jest wolne?
- Tak – odpowiada pierwszy.
- Niewiarygodne...?! Jak to się stało, że są jeszcze wolne miejsca na Wielki Finał?
- Tak naprawdę to miejsce to, należy do mnie. Miała tu siedzieć moja żona, ale nagle zmarła. To pierwszy mecz finałowy od czasu naszego ślubu, kiedy nie siedzimy razem.
- Ooo, przykro mi. To straszne!... ale nie miał pan kogoś z rodziny, czy przyjaciół, czy nawet sąsiadów aby im odstąpić wolne miejsce?
- Nie – odparł pierwszy smutnym głosem – wszyscy są na jej pogrzebie...

Nieraz Zen namawiał nas na wypad... Na mecz footy, czy rugby. Maggi i ja unikaliśmy jak ognia tematów sportowych z byłym hokeistą, tenisistą i niedoszłym... golfistą. Obawialiśmy się, aby znów coś złego z tego pozornie niewinnego wypadu na mecz nie wynikło.
Maggi krótko kwitowała jego namowy na taki mecz:
- Zgłupiał,... ty się w żadne sporty już nie wmieszasz!
Ja, zwykle wymiawiałem się nieznajomością przepisów tych gier i obiecałem mu, że przy okazji chętnie wybiorę się na piłkę nożną czy kosza w wydaniu międzynarodowym. Ponieważ reprezentacja kraju w obu dyscyplinach rzadko się zbiera, więc i okazji nie ma za wiele. Ale gwoli ścisłości, muszę powiedzieć... byłem z nim chyba w zeszłym roku na soccerze, czyli piłce nożnej. Grała Australia z Nową Zelandią. Siedzieliśmy na centralnych trybunach i muszę przyznać, że spędziliśmy miło czas.
Zen szybko włączył się do grupy aktywnych kibiców skandujących pod adresem arbitra meczu, po ich zdaniem nieudanej decyzji:
I am blind!
I am deaf!
I want to be a ref... !

Co w wolnym tłumaczeniu zabrzmi:
niedowidzę!
z uszami nie tego!
w sam raz na sędziego...!

Poza tym było sympatycznie...
Kiedy nowozelandcy zawodnicy zaczęli sobie nieźle poczyniać na naszym polu karnym, kibice a Zen wraz z nimi, aby zdeprymować zawodników drużyny przeciwnej utworzyli chór... baranów i owiec. Zewsząd rozległo się dźwięczne: bbeeeeeeee, mmeeeeeee, itp.
Wiadomo, w sympatycznym kraju dwu wysp mieszka wielokrotnie więcej tych zwierzątek niż ludzi, czyli Kiwis, jak się powszechnie nazywa Nowozelandczyków.
No i po takich popisach wszyscy byli rozbawieni. W końcu, wygraliśmy...
Jak przeliczyli wścibscy dziennikarze: kilkanaście milionów australijskich dolarów grało przeciwko paru nowozelandzkim baksom, bo Kiwis to głównie amatorzy. Ale kto by zwracał na to uwagę. Wynik idzie w świat!

Finały Footy natomiast oglądaliśmy w telewizji. Zen był niepocieszony.
- Co to za finały, jak nikt na golasa po boisku nie przebiegł!
- Przynajmniej się po pyskach nie tłukli jak zwykle! – zauważyłem.
- No i co... i ty to nazywasz Footy! – z wyrzutem podsumował Zen – a gdzie eksaitment?

Wasz Chris

« Dzienniki - październik I - 2005 | Strona główna | Dzienniki - Październik II - 2005 »