« Towarzystwo - Felieton | Strona główna | Finały - Felieton »

1 października 2005

Dzienniki - październik I - 2005

Jesteśmy w Moonta Bay na plaży. Tak, siedzę tu wraz z rodziną.

Mamy krzesełka, stolik, coś do chrupania i kieliszki i wino i wszystko co w tym momencie potrzebne. Jest ciepłe popołudnie, a my jakieś 80 metrów od motelu gdzie mieszkamy. Słońce ma - na moje oko - jeszcze 10 minut aby zasnąć w oceanie. Ładnie rozpoczęty długi weekend. Jesteśmy jakieś 170 kilometrów od domu na trzydniowym wypoczynku w trójmiasteczku: Kadina, Wallaroo, Moonta. Trójkąt miedzi sprzed ponad 100 lat. Tak, w połowie XIX wieku był to prężny ośrodek wydobycia miedzi i innych wykopalisk, a dziś żyje tylko sławą minionych dni. Zwiedziliśmy muzeum regionalne rozłożone na sporym obszarze i zaliczyliśmy podróż kolejką po terenach kopalnii miedzi.
A teraz wieczorem, siedzimy na plaży, sączymy czerwone wino i czuję się coraz... lepiej. Słońcu daję najwyżej... 5 minut i do łóżka... nie, nie... na drugą półkulę, niech tam poświeci i za parę godzin wraca.
ZACH55.JPG
A to widok z mojego motelu...


2 października 2005 (niedziela)

Pogoda letnia. Wybieram się z samego rana na długi marsz. Idę plażą do sąsiedniej miejscowości – Port Hughes. Jest odpływ... idę szeroką plażą. Tak rześko, jak to dobrze mieć namiastkę wakacji. Od razu czuję się inaczej.
W Port Hughes ruch jak w ulu. Około setka motorówek i jachtów różnej wielkości zwodzą na zatokę. Rytuał ten sam... wilki morskie ustawiają się w kolejce, kupują żeton w automacie i zjeżdżają swymi autami wraz łajbą na trailerze. Tam w wodzie odczepiają ją i kierowca wraca autem na suchy ląd. Są tu, tak miejscowi jak i masa turystów. Nie ma tu zwyczaju trzymania łodzi na wodzie, każdy po rejsie zabiera swą jednostkę do domu. A niektóre są tak wielkie, że używają ciągników i wielkich przyczep do ich transportu.
Jest ósma rano a tu życie wrze...
Wracam natomiast wysokim brzegiem. Co za widoki... Po 40 minutach jestem w motelu. Pierwsza wiadomość we wszystkich dziennikach telewizyjnych: Kolejny zamach terrorystyczny na Bali!
Ręce opadają... Równie dobrze, zamiast tu moglibyśmy wczasować właśnie tam... Zgroza!

Kolejny piękny dzień. Acha, jesteśmy w Kadinie w kościele. Jest niedziela. I tu ciekawostka! Jeden ksiądz „obsługuje” trzy miasteczka. W niedzielę msza w Wallaroo o 7.30 rano, w Moonta o 8.30, a w Kadina o 10.00. W ten sposób jeden człowiek odprawia msze dla obszaru o promieniu 20 kilometrów.
Zaliczamy kolejne muzeum... Bankowości i Pieniędzy. Jest tam stara skarbonka PKO sprzed 40 lat. Obiecuję jej właścicielowi, że podrzucę mu trochę polskiego bilonu i parę starych banknotów, które poniewierają się w szufladzie. On przynajmniej zrobi z nich użytek.
Po południu znów plaża... gram w piłkę z dzieckiem i chlapiemy się trochę w wodzie. Czytam, piszę i znów popijam wino... Morze tu takie leniwe, dostosowuje się do naszego nastroju. Głęboka zatoka, płycizna około 50 metrów w głąb. To bardziej jezioro niż ocean.

4 października 2005 (wtorek)

Co dobre to się szybko kończy. Dziś już do pracy.
Ale jeszcze powrócę do wspomnień z przedwczoraj i wczoraj. Napisałem wiersze, tak siedząc i kontemplując zachód słońca napisał to:


Moonta Bay

Jest taka ławeczka w Moonta Bay
magiczne miejsce zachodzącego słońca
na wzgórzu… samotnia
nikt tu nie żąda opłaty
a wszystkie religie świata
tu się splatają…
najlepsze miejsce na łzy i modlitwę
na pragnienia i duchowe spotkania
na nirwany i fatamorgany.
Tu nie trzeba niczego udawadniać
kolory zachodu dla wszystkich
a widzących… zauroczą.
Ślepi tu nie przychodzą…

Napisałem to, kontemplując poniższy widok.
ZACH66.JPG

Te spacery po plaży, te ślady na piasku, szukanie cienia, marzenia... To miłe chwile spędzone w czasie tych trzech dni. W ostatni dzień szczegółowo przyjrzeliśmy się tym miasteczkom, ich zabytkom. Tak tu domy 150-letnie to już wielkie zabytki. No cóż... tu historia młoda.


6 października 2005 (czwartek)

Już na dobre powrót do codzienności do harmonogramów. Nie oznacza to samych obowiązków, są też przyjemności.
Właśnie otrzymałem książkę pt. Saul, z dedykacją od autora Roberta Panasiewicza.
Robert, podobnie jak ja pracuje w swym wyuczonym zawodzie, a z zamiłowania pisze. Oprócz tego jest jednym z redaktorów Pulsu Polonii (www.pulspolonii.com). Na nadmiar czasu pewnie nie narzeka (wiem coś o tym), a wiem też, że zaczął pisać swoją drugą powieść...
Powracając do Saula, ładnie wydana książka, przyjemnie się ją bierze do ręki. Nie mogę się doczekać, aby mieć czas spędzić z nią fascynujące chwile. Z pobieżnych informacji wiem, że tematycznie na pewno mnie wciągnie.

8 października 2005 (sobota)

Niedawno odkryłem, że w nowowybudowanym budynku w pobliżu mojego biura, mieści się ładna nowoczesna biblioteka publiczna. Zajrzałem tam wczoraj i znalazłem całkiem sporą sekcję polską. Najnowsze wydania książkowe, pisma kolorowe, muzyka i DVD z polskimi filmami. Wziąłem film kultowy – Miś, Stanisława Bareji, oraz Chopin – pragnienie miłości. Mimo, że to już widziałem w kinie, to dla muzyki i pięknych krajobrazów a i p. Stenki która gra zmysłowo.
Dziś pogoda straszliwie jesienna. Zmoczyło mnie na porannym marszu. Tylko siedzieć, czytać książki i oglądać filmy. Za oknami słota. Bbrrrrrrrrr.

10 października 2005 (poniedziałek)

Weekend bogaty we wrażenia, smaczki i relaks.
Miłe rozmowy, szalone jazdy rajdowym samochodem Lancer Evolution IX, smak wina i innych łakoci. Ten samochód to żywe srebro... oczywiście trzeba takim umieć jeździć, aby wykorzystać w pełni jego możliwości. Szwagier dał mi próbkę, dziękuję... już mam dosyć...

Wiosna nas nie rozpieszcza. Dużo opadów w tym roku. W ten weekend było oficjalne otwarcie nowego portu lotniczego w naszym mieście. Do tej pory były dwa: krajowy i obok międzynarodowy (ubożuchny). Teraz mamy jeden okazały terminal z wieloma „rękawami”. Nowocześnie rozwiązany z możliwością przyjmowania i odprawy samolotów non-stop.
Za ponad dwa miesiące „przetestuję” ten nowy terminal.

12 października 2005 (środa)

Ach te szpaki... jakie one koncerty dają... już ciemno a one ciągle śpiewają, a rano skoro świt... to samo. Jak to przyjemnie słyszeć wokół takie trele.
Jeszcze zielono, jeszcze świeżo... za miesiąc będzie się robić inaczej... tam gdzie nie podlewane, słońce szybko przerobi na żółcie. Jaśmin na pobliskim płocie odurza mnie zapachem. Krzewy „kaszkowe” w drobnym białym kwieciu, krzewy boronii rozkwitły tysiącem małych kwiatuszków, ogniste „szczotki do butelek” aż oczy męczą swą jaskrawością. A diosmy nie gorsze, pysznią się kolorami. Wiosna całą... gębą!
Dostaję tyle ciekawej korespondencji, a są dni że żyję jej nastrojem. Przyjemnie czytać ludzkie wrażenia i myśli. Ich fascynacje i twórczość...
wiosma558.jpg

Zajęty też jestem planowaniem podróży po Tasmanii. Objeżdżę w 12 dni całą wyspę diabła tasmańskiego. Ale to jeszcze ponad dwa miesiące. Praktycznie wszystko już zaplanowałem. I wszystko porezerwowane, teraz pozostaje chłonąć bogatą literaturę turystyczno-krajoznawczą i mapy.

14 października 2005 (piątek)

Kończą się dwa tygodnie ferii szkolnych. Od poniedziałku będzie większy ruch na drogach. Wiosna pięknie rozgościła się a ja wieczorem gram z dzieckiem w tenisa. Za dwa tygodnie rozpoczęcie nowego sezonu – rusza liga tenisa juniorów.

No i jak co roku o tej porze zaczęły pokazywać się... węże w pobliżu mojej macierzystej firmy. Dokładnie, na terenie parkingu tuż za budynkiem. Ja tam prawie codziennie bywam, lepiej będę korzystał z przedniego parkingu J Nic nowego... młode są ciekawe świata i zapuszczają się do cywilizacji. Sam jeszcze nie spotkałem choć często łażę po „odludziu”.
WIOSNA33.JPG


« Towarzystwo - Felieton | Strona główna | Finały - Felieton »