« Dzienniki - wrzesień II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - październik I - 2005 »

30 września 2005

Towarzystwo - Felieton

Ostatnio Zen z Maggi zabrali mnie na spotkanie towarzyskie do swych znajomych.

Tam, zaraz po zajęciu miejsc w wygodnych fotelach, podaniu płynów i zakąsek, rozpoczęły się... podchody.
Na początku trochę nie skoordynowane, wyglądało to jakby... szacowanie się nawzajem, ale po paru drinkach biesiadnicy się rozkręcili. Psychologię diabli wzięli a ponadto pożarła ją ekspresja. No i rozpoczęły się „obrady”. Tak, czułem się tam jak na obradach... Towarzystwa Umiejętności Wydawania Pieniędzy.
Głównym tematem spotkania, było:... jak wydawać pieniądze aby broń boże nie przepłacić. Przewijała się nawet myśl... jak zrobić, by w ogóle nie zapłacić. A jeżeli już, to jak wyłudzić... nie to brzydkie słowo, ... wynegocjować... tak to brzmi lepiej... i Mieć!
Mieć, aby się móc tym pochwalić. Najlepiej, jak wygląda to Coś na baaardzo drogie, a gówniane pieniądze się za to dało. Przecież nikt o tym wiedzieć nie musi... To znaczy nikt spoza towarzystwa. Niech myślą, że się kupiło baaardzo drogą rzecz i się ją ma w domu, lub koło domu (wiemy o czym mówię... wrum, wrum...).
Ale to zadaje szyku, ale się rośnie, ooo już szeptają...
Yes! That’s what I want!
Niech szeptają, niech myślą że to takie drogie... a że to mi wcale tak naprawdę niepotrzebne... A kogo to obchodzi?! Ja mam... to się liczy! Tak się rozglądnąć dookoła, to niewielu to ma... bo ich na to nie stać. I to jest ważne!!!
A na obradach Towarzystwa Umiejętności Wydawania Pieniędzy też można błysnąć, ale tu jest inna taktyka.
Tu się szokuje bywalców swą zaradnością i zwykle warto podać cenę niższą, niż się faktycznie płaciło. A niech ich szlag trafia! A co...!
Już wzdychają – You see... a myśmy tak przepłacili. Ty to jesteś lucky...Jak ty to wyrwałeś za taki bezcen... i ten błysk zazdrości w oczach zebranych.
Och, za tę chwilę szczęścia wiele by człowiek oddał... I jakże bledną osiągnięcia innych członków towarzystwa! Bo cóż to znaczy, że kupiło się z dyskontem 30%, czy dostało się z na dokładkę gadżet, których już pięć w domu leży. Jak my mamy swój „skarb” za cenę produkcji... albo i poniżej.
I tak mijają zebrania towarzystw podobnych zainteresowań przy okazji urodzin, imienin, rocznic czy innych spotkań. Bardziej śmielsi wyciągają z kieszeni swe najnowsze cacuszka elektroniki, popisują się swym nadążaniem za postępem.
Wszyscy się pasjonują, trwają gorące dyskusje... a ja się czuję tak nieswojo...
I już słyszę ripostę na moje nieśmiałe pytanie...
Cóż nam widok Mony Lisy, myśli Prousta czy muzyka Handla... A jakaś książka! To jest zwykły chłam... tego się normalnie nie kupuje! Prawdziwy towar się liczy... man!
Nie ważny jest film który się ogląda, czy muzyka jakiej się słucha... ważne, na jakim sprzęcie! I ile się za niego dało! Nie ważne jest gdzie się jeździ... ważne czym... i ile kosztował! Nie istotne jest gdzie się bywa... ważne w czym i za ile...! Itd... itp...
Na początku Zen i Maggi sprawiali wrażenie jakby szczęśliwych, czuli się dość pewnie, wręcz swobodnie, lecz w następnych rundach widziałem, że ich gwiazda blaknie...
Zen w końcówce wyraźnie był znudzony. Ja prawie zasypiałem... dobrze, że na stole ciągle stały płyny dopingujące!

Towarzystwa Umiejętności Wydawania Pieniędzy opanowały nasz świat...


Wasz Chris

« Dzienniki - wrzesień II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - październik I - 2005 »