« Sztuka - Felieton | Strona główna | Towarzystwo - Felieton »

15 września 2005

Dzienniki - wrzesień II - 2005

Nasz wieszcz narodowy nigdy nie był w stolicy. Tak, Adam Mickiewicz nigdy nie widział Warszawy, ani... Krakowa. Ciekawostka!

A dzisiejsi adepci sztuki twierdzą, że tylko w stolicy można zaistnieć.
Ja ostatnimi dniami przymierzam się do zmiany samochodu i w głowie mi specyfikacje, porównania parametrów technicznych, testy i osiągi. Auto dość „usportowione”, więc to wszystko ważne. Parę dni i mi to przejdzie, „ucodzienni” się, jak określam czasem powszedniość.

Pogoda pod psem, słońce – deszcz, zawieja – ciepło... i tak na zmianę, drugi czy trzeci dzień z rzędu, a prognozy na weekend podobne.
Czasem złapie mnie na porannym marszu krótki deszcz, ale nie jest to takie straszne. Przywykłem...

„Taki świat mnie dziś upaja,
kiedy dżdży i dżdży od rana”....

Powiedzmy...

17 września 2005 (sobota)

Nic się nie zmienia. Słota i „słoneczność” przeplatają się nawzajem.
Trudno w taką pogodę wybrać się na dłuższą wędrówkę. Siedzę w domu i slucham mistrzów sitaru w nagraniach klasyki hinduskiej. W takie dni odrabiam zaległości w pisaniu, przepisuję dzienniki z karteluszek na których powstają, robię korekty i redaguję przyszłe felietony. Co chwilę słońce zagląda mi przez okno, a po chwili gaśnie za ciężką chmurą.

mawsonlikes10.jpg

Wpleciony w obraz twego świata płynę... napisałem dzisiaj po raz drugi.
Nastroje i klimaty są mi dziś przewodnikiem dnia. Płynę, choć wcale dobrze nie pływam. Ale myśli prowadzą mnie gładko po raczej wzburzonych wodach atmosfery dnia. Nie topię się, zawsze na powierzchni. Oby tak dalej...


19 września 2005 (poniedziałek)

W niedzielę miło spędziłem czas na długiej i prawie pustej plaży. Zrobiłem z osiem kilometrów, nie było to trudne, bo plaża niczym szeroka droga „utwardziła się” i czy to tuż przy brzegu, czy 10 metrów od niego, szło się komfortowo. A morze jak to morze nigdy klimatu nie skąpi, zawsze ma nastrój.
... Czy ty "morze" nie przesadzasz
- nazbyt pysznie z falą chadzasz?!
Szumem wdzierasz się do serca
- chłodzisz żale, koisz wnętrza...

...jak mówi poetka...

Dziś w każdej wolnej chwili (a mam ich dużo) towarzyszy mi Jethro Tull, moja ulubiona grupa muzyczna od wielu, wielu lat. Szczególnie lubię słuchać starszych numerów z płyt Living in The Past, czy Aqualung. Jaki tam nastrój... niespotykany w współczesnych im produkcjach innych muzyków. To aranżacje podtrzymują oryginalne brzmienie i melodykę. A to wszystko zasługa Iana Andersona.

WIOSNA22.JPG

Pięknie zakwitły krzewy na moim porannym trakcie. Całe w supełkach drobniutkich żółtych kwiatów. Postanowiłem je sfotografować. Niestety, nie wiem jak się nazywają. Ale są urocze...


21 września 2005 (środa)

Tak się głęboko zastanawiam co powoduje, że ludzie tak namiętnie... szczują się wzajemnie, opluwają, czy mieszają z błotem. Zauważyłem w tych działaniach, wręcz pasję. Jakieś niewytłumaczalne siły motoryczne pchają jednych na drugich. Nie bardzo mogę pojąć te mechanizmy. Być może ... na zdrowy rozsądek, tego wcale nie da się wytłumaczyć. ...
Jeden segment rozgryzłem... walka o stołki, generalnie mówiąc... o zaszczyty.
Wykopując iksa sam wskoczę (przynajmnej mam wielkie szanse) na jego miejsce. I to jest jakieś logiczne dla mnie wytłumaczenie, bo wiadomo... najłatwiej iść „po trupach”. Po co zapracowywać na swój autorytet (droga kręta i długa), przecież wystarczy wykopać tamtego i sprawa... załatwiona, przynajmniej ułatwiona... wskakujemy na wolne miejsce. I jesteśmy na upragnionym piedestale.
Druga metoda... to zazdrość. To też przyjmuję do wiadomości, choć zrozumieć mi ciężko. Dzięki Bogu zazdrość w mojej świadomości występuje w postaci śladowej. Zakładając, że każdy człowiek te cechy posiada, to mogę śmiało przyjąć że u mnie tkwią ciągle w zalążku.
Tak, ale to są te „wytłumaczalne” formy gnojenia bliźniego. A jak zrozumieć olbrzymie ciągoty podcinania czyichś skrzydeł, bez żadnej z wymienionych przyczyn.
Czy to tylko tak dla „sportu”... z głupoty, z chęci popisania się za wszelką cenę... czy po prostu siedzi w nas głęboko natura... drapieżnika „destrojera”. Zniszczyć, zdusić wszystko dookoła... wtedy poprawiamy samopoczucie. Czy aż taka (potworna) jest prawdziwa natura ludzka?!

23 września 2005 (piątek)

Szary początek dnia. Mży... Mam nadzieję że pogoda się rozkręci.
W czasie marszu obserowałem jak potężny labrador oganiał się od ataków agresywnej... sroki w parku. Nie mógł sobie biedak poradzić. Zdumiony poszczekiwał na zadziorną i bezczelną czarnobiałą sroczkę.
A to nastała ta pora roku, kiedy ptaki robią się bardziej agresywne i trzeba uważać nie tylko na sroki ale i wrony i wiele innych ptaków, które zazdrośnie strzegą swych terytoriów gdzie zwykle mają gniazda. Ale nie tylko... często lubią pogonić rowerzystę, czy nawet motocyklistę i atakować ich lśniące kaski. Widziałem to wielokrotnie.
Sam miewałem podobne spotkania spacerując, choć w tym roku jeszcze mi się nie zdarzyło...

A orchidee o tej porze roku urzekają pięknem i barwą. Można je spotkać na każdym kroku. Wystawy i pokazy, przydomowe ogródki czy sklepy i shoppingi. Kwitną wszędzie.

royalshowaa.jpg

26 września 2005 (poniedziałek)

W sobotę i w niedzielę zrobiłem długie poranne spacery.
Idę aleją topolową. A one ani myślą się jeszcze zazielenić. Trwają w szaroburym bezlistynm stanie. Parę kilometrów dalej odwiedzam magiczne miejsca nad potokiem. Nawet przetraźliwie skrzeczące białe papugi nie potrafią zniechęcić i zneutralizować mojej fascynacji tym miejscem. Urokliwie tu, i tak pusto... ciemne glony w rwącym potoku i formy mchu na urwistym brzegu.

W sobotę jak każdy szanujący się Australijczyk przysiadłem wczesym popołudniem z butelką piwa przed teli (tak się tu mówi na...telewizor). Od dawna oczekiwany dramat i ekstaza, emocje i artyzm na boisku... czyli Grand Final... ostatni mecz ligi gry zespołowej, w którą nikt oprócz nas nie gra, bo to my sobie ją wymyśliliśmy. Przepisy są znane tylko wtajemniczonym. Przypomina trochę rugby, ale nią nie jest. Co by nie mówić, spektakl przyciągnął 100 tysięcy widzów na trybunach i miliony przed telewizorami. I ta właśnie gra, a nie piłka nożna rozgrzewa serca i rozgorączkowuje głowy Aussies obojga płci. I tak już jest od dawna. A ponieważ stoi za tym wielki business, to nie zanosi się na jakąś zmianę.
Czyli jak mawiają Anglicy: jak czegoś nie możesz zwalczyć, to się do tego przyłącz...
A swoją drogą przytoczę żart świadczący o ważności tej imprezy.

Facet siedzi na trybunach stadionu przed rozpoczęciem meczu zw. GRAND FINAL.
Przechodzi drugi i pyta: Czy to miejsce jest wolne?
- Tak – odpowiada pierwszy.
- Niewiarygodne...?! Jak to się stało, że są jeszcze wolne miejsca na Wielki Finał?
- Tak naprawdę to miejsce to, należy do mnie. Miała tu siedzieć moja żona, ale nagle zmarła. To pierwszy mecz finałowy od czasu naszego ślubu, kiedy nie siedzimy razem.
- Ooo, przykro mi. To straszne!... ale nie miał pan kogoś z rodziny, czy przyjaciół, czy nawet sąsiadów aby im odstąpić wolne miejsce?
- Nie – odparł pierwszy smutnym głosem – wszyscy są na jej pogrzebie...


28 września 2005 (środa)

Dziś mam wolne, jestem „na chorobowem”.
Siedzę w domu, piszę i czytam. Korespondencja i inne rzeczy pochłaniają prawie cały dzień. Pogoda nie ostatnia, choć w porównaniu z dniem wczorajszym, to raczej kiepska. A tak naprawdę, wcale rewelacyjnie się nie czuję.

Po południu, dzięki nieocenionej sąsiadce obejrzałem na DVD, pierwszy raz w całości musical wystawiany na całym świecie, pt. Skrzypek na dachu. Jest to historia ubogiego, żydowskiego mleczarza, który dzięki swym cnotom w postaci: wiary, nadziei i... miłości, żyje względnie szczęśliwie mimo otaczającego go zamordyzmu w prowincjonalnej carskiej Rosji na przełomie wieków.
W 1964 roku odbyła się premiera na Broadwayu, a do dziś jest pięknym przedstawieniem (nie ulegającym erozji czasu) losów ludzkich. I nie ważne, czy to społeczności żydowskiej (jak w tym spektaklu), czy jakielkolwiek innej. Wszyscy przecież mamy swoje dobre i złe strony...
Dla kronikarskiej dokładności podam, że film ten nakrącono w 1971 (podobno najlepsza wersja) na podstawie książki Sholoma Aleichema, Fiddler on the Roof.


30 września 2005 (piątek)

Hurrra! Long weekend się zaczyna. Idę sobie w czasie lunchu na długi spacer wokół zalewu i myślę o dniu jutrzejszym. Słońce przygrzewa. Wyjeżdżamy na trzy dni poza miasto. Już dawno zarezerwowaliśmy motel, bo ten wiosenny długi weekend jest bardzo popularny i nie łatwo coś gdziekolwiek dostać .Wszystko porezerwowane. Oryginalnie planowałem wypad gdzie indziej, ale oczywiście, prawie dwa miesiące temu, już wszystko było tam zajęte. A więc po kilkunastu telefonach, znaleźliśmy zakwaterowanie po drugiej stronie półwyspu Yorke, w miejscowości nadmorskiej Moonta Bay. Znakomita pogoda jest prognozowana, a więc... witaj przygodo... jeszcze tylko parę godzin...
mawsonlakes4.jpg

« Sztuka - Felieton | Strona główna | Towarzystwo - Felieton »