« Dzienniki - sierpień II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - wrzesień I - 2005 »

30 sierpnia 2005

Powrót - Felieton

Prawie w każdym polskim domu na obczyźnie pojawiało się pytanie: Czy wracać?

Od piętnastu lat demokratyczne mechanizmy napędzają tryby Ojczyzny (z lepszym czy gorszym skutkiem), a więc i pytanie niedorzecznym nie jest i czasem się pojawia.
Słyszy się przecież powiedzenia: “…nawet ptaki powracają do gniazd” – w stylu patetyczno-patriotycznym.
Wracać czy nie wracać - oto jest pytanie, używając hamletowskiej parafrazy. Podobno, poza granicami mieszka 17 milionów Polaków. Słyszy się o tych co to pojechali… i wrócili. Ale byli i tacy którzy pojechali i zostali. Zastanawiałem się ostatnio z Zenkiem co by było gdyby tak nagle większość polonusów z zachodu zdecydowała wrócić w rodzinne pielesze. Powiedzmy, dziesięciomilionowa Polonia powraca do kraju nad Wisłą.
- Ja już widzę minę ministra zdrowia – wtrącił Zen – i jego tłumaczenia: powracający stawiają krajową służbę zdrowia na głowie.
- Albo nagłówki w gazetach: Fala Polonusów rozmyła służbę zdrowia, itp…
- Jakie świetne tłumaczenia dla rządzących: polonijne tsunami zmyło polską stabilizację, krzyczano by pewnie z trybuny sejmowej – dodał Zen.
- Najlepiej czułby się minister transportu, miałby na kogo zwalać – powiedziałem. Wyobraźmy sobie trzy razy tyle samochodów na polskich drogach I to raczej dużych. Jankesi czy Kangury przyzwyczajeni do obszernych samochodów typu Ford Falcon do Makiza czy Cincotento niechętnie by się przesiedli. Apokalipsa drogowa gotowa.
- A związane z tym nawałem ludzkich problemów, orzecznictwo sądowe, procedura prawna, leżałyby kompletnie – zauważyłem.
- Już bez tego leżą – dodał Zen.
- Cała biurokracja w zderzeniu z przyzwyczajonymi do uśmięchnętej obsługi urzędów i banków krajów zachodnich, polonusów. Co działoby się w krajowych urzędach… dantejskie sceny.
- A teraz sprawa zamieszkania... Budownictwo nagle zalega z trzema milionami mieszkań!
- No dobrze, a zatrudnienie? Tylko niewielki procent powracających tworzyłby nowe miejsca pracy. Wyobraźmy sobie, że nagle z dotychczasowych 3 milionów bezrobotnych tworzy się sześć, czy siedem milionów ludzi poszukujących pracy. Katastrofa!
- Swoją drogą spory procent przyjeżdżających przypomniałby sobie o zaległych, wypracowanych kiedyś w kraju emeryturach i to byłoby wiekiem do trumny ministra finansów.
- Partie polityczne głosiłyby o chybionym patriotyzmie przyjezdnych, a związki zawodowe wydałyby dekret, że jeżeli już musimy powracać to róbmy to w sposób cywilizowany. Na początek… po jednej osobie z rodziny - dodałem.
- Przedstawiciele polskiego biznesu stwierdziliby, że i owszem, niech wracają… ale tylko ci bogaci. Minimum: pół miliona dolarów na rodzinę. A reszta niech siedzi za granicą aż się dorobi. Jak osiągną ten pułap, to proszę bardzo… witamy na Okęciu z kwiatami – fantazjował Zen.
- Prezydentowi nie pozostałoby nic innego, tylko ogłosić klęskę żywiołową. – dodałem.
- To już lepiej siedźmy tu gdzie siedzimy, jak mamy się stać przyczyną nieszczęść narodowych – podsumowała Maggi przysłuchująca się dotychczas naszym rozważaniom.


Wasz Chris

« Dzienniki - sierpień II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - wrzesień I - 2005 »