« Wybory - Felieton | Strona główna | Powrót - Felieton »

15 sierpnia 2005

Dzienniki - sierpień II - 2005

Skończyły się mistrzostwa w lekkoatletyce... powróciłem do normalności.

To znaczy, znów telewizor jest mi prawie zbędnym rekwizytem. Robi się wiosna więc chodzę „jak najęty”. Zaliczam wszystkie okoliczne wzgórza i szlaki turystyczne. Podniecam się widokiem przyrody i wręcz nie mogę się doczekać weekendu, aby znów gdzieś się wybrać.
Wczoraj była kiepska niedziela, a dziś jest jeszcze gorzej. Cały dzień pracy spędzam na ... zebraniach. Nie ma nic nudniejszego niż zebrania. Ludzie ubierają się odświętniej (całkiem jak dawniej do kościoła) bo przyjeżdża delegacja jakiś bubków. I te nudne rozmowy. Flaki z olejem. Nawet te darmowe lunche nie robią na mnie żadnego wrażenia. Mam nieciekawy okres... dużo czasu muszę spędzać na jałowych dyskusjach... zebrania, zebrania, zebrania... Kiedy to się skończy?!
mawsonlikes9.jpg

Jedno dobre, że w czasie pracy znajduję sobie czas na przejście się nadwodnym bulwarem i już po minucie zapomiam, o tych wszystkich nudnościach.

17 sierpnia 2005 (środa)

Ciepły dzień. Jest tak przyjemnie, że i pewnie w... Ustce nie jest dziś ładniejsza pogoda.
Tak... pociągnęło mnie w stronę morza. Zatęskniłem... poczuć chłód słonej wody na mej dłoni. Jak wariat jechałem 10 kilometrów aby 20 minut przejść się po plaży. Jest dość pochmurno, ale ciepło...
Chyba 22 stopnie. Szum fal nastraja... Plaża pusta, żadnych znajomych twarzy...
No cóż, trzeba wracać do rzeczywistości...

zachodmaly.jpg

19 sierpnia 2005 (piątek)

Zima wróciła. Jeszcze rano było ciepło, ale już pochmurnie. A po paru godzinach rozwiało się, rozpadało i zimno...
Przyjdzie chyba weekend spędzać w domu.
Właśnie skończyłem czytać „Miasto utrapienia” J. Pilcha. Mimo, że jest to jego najnowsze dzieło, dla mnie jest najgorszym z dotychczas czytanych. Ciągle czuję jakieś wpływy na tę prozę. Nawet Gretkowską, co nie ma tu akurat znaczenia perjoratywnego. Generalnie, pisana była według kanonu turpizmu. Mówiąc językiem współczesnym, jest to neopunkowa powieść współczesna. Odbieram ją jak wiele polskich filmów. Tu wszystko jest przerysowane. Osoby otaczające głównego bohatera, to żywcem wyjęte postacie komiksów. A i sam główny bohater, niby taki oryginalny i inteligentny, a w sumie... zagubiony i nijaki. Jak to w historii punkowej... nie ma tu żadnych uczuć, czy wrażeń pozytywnych. Wszystko jest na NIE!
Ironia i cynizm są lejtmotywem od początku do końca. Te początkowe osiem i pół zdecydowanie muszę zniżyć na... najwyżej sześć i pół punktu. Bo i maniera popisywania pozostała do końca.
Podkreślam, jest to moje subiektywne odczucie.

22 sierpnia 2005 (poniedziałek)

Nie pierwszy raz jestem zachwycony naszą adelajdzką orkiestrą symfoniczną zwaną w skrócie ASO.
Ci ludzie są niesamowici. Oddani sztuce, świetni instrumentaliści i potrafiący dostosować kunszt gry do specyficznych warunków. A słuchanie ich to za każdym razem przeżycie. Każda stolica stanu ma podobną grupę muzyków sponsorowaną głównie przez rząd, czyli podatników. Ciągle jeszcze... oby zawsze.
W sobotę znów mnie zachwycili... Czy to Mozart, czy adaptacje przebojów Beatlesów... robią to doskonale.

Nigdy się nie zestarzeje serce które kocha... to wymyślił Sokrates z Aten ponad 2400 lat temu. Łebski facet... zgadzam się z nim.usmiech.gif

24 sierpnia 2005 (środa)

Poranek przenikliwie zimny, tylko 5° C. Słońce wita przyjaźnie, wręcz promiennie, będzie wspaniały dzień. Bezchmurnie i błękitnie.
Ostatnie dwa dni oglądałem na video z mojej taśmoteki, dwa koncerty Jean-Michela Jarre’a. Jak zwykle zrobione z rozmachem widowiska muzyczno-iluminacyjne. Jest tam wszystko – muzyka elektroniczna, chóry, trochę miejscowej egzotyki z kilkoma tonami fajerwerków i olbrzymimi wysokościowcami jako tło do laserowych scenografii. Jeden koncert z Paryża, drugi z Barcelony sprzed wielu lat. A oglądałem to pod wrażeniem zapowiadanego jego konceru w Gdańsku z okazji 25-lecia Solidarności.
Ileż to już czasu minęło. Ile historia kart napisała od tamtych chwil. Jak świat się zmienił. A jest to mi jak najbardziej przeżyciem osobistym, bo sam byłem w to zaangażowany… I to jak…
Jak zwykle w polskiej rzeczywistości, wydarzenie które w swej istocie i sensie, powinno jednoczyć wszystkich uczestników tamtych historycznych chwil, podzieliło ich dokładnie. I to na więcej niż dwie grupy. Według powiedzenia: gdzie dwóch Polaków tam trzy partie. Nie jestem pewien, czy to ja sam nie wymyśliłem tego powiedzenia…
Jedno jest pewne… zgody nie ma i długo nie będzie. A na jednomyślne spojrzenie narodu na tamte czasy, przyjdzie pewnie czekać, aż wydarzenia te staną się stricte historycznymi, czyli za jakieś 70 lat.


26 sierpnia 2005 (piątek)

WIOSNA! Dzisiaj już nie da się tego przemilczeć. Jest pięknie, ducha optymizmu czuje się wręcz w powietrzu. Dziś 22, jutro 23 stopnie. Chce się żyć!
No cóż, chce się prawie wszystkim, ale nie wszystkim jest to dane na długo...
Taki Jerzy Nowak – krakowski aktor właśnie powoli umiera. Rak!
Aktor setek drugoplanowch czy wręcz epizodowych rólek... Najbardziej dla mnie wyrazisty w roli żyda, męża rozochoconej i niewiernej żony, granej przez Kalinę Jędrusik w filmie Ziemia obiecana.
Ten dziś 82-letni aktor ma kaprys. Chce pozostać aktorem do końca, a nawet trochę dłużej. Czyli po śmierci. Co więcej... pierwszy raz w życiu, zagra główną rolę... Wraz z młodym i dobrze zapowiadającym się reżyserem postanowili przedstawić drogę wygasania istoty ludzkiej na przykładzie własnego życia i wczesnych chwil po śmierci, kiedy to stanie się (to znaczy, ciało Jerzego Nowaka) własnością Akademii Medycznej.
Sprawa kontrowersyjna... i kiedy pierwszy raz przeczytałem artykuł Ł.Maciejewskiego w Gazecie Wyborczej, uznałem to za zbędny ekshibicjonizm, bo przecież śmierć to tak trywialna (w wymiarze powszechności) i jednocześnie okrutna sprawa, że niegodna uwieczniania, nawet ze względu na intymność natury ludzkiej. I tu złapałem się za język... przecież Nowakowi wcale o śmierć nie chodzi, on po prostu jest artystą i chce za Horacym powiedzieć: Non omnis moriar (nie wszystek umrę). A może i więcej: wzniosłem pomnik trwalszy od spiżu... za tym samym poetą a właściwie filozofem rzymskim. Ale to już będzie zależało od wartości artystycznych i estetycznych filmu, który stworzą... a właściwie jego reżysera, Marcina Koszałki.
Po głębszym zastanowieniu, z uczucia niechęci przeszedłem w strefę podziwu. Pomyślałem: ten facet mi imponuje swą determinacją. Przecież to jest rak... nie łagodna „naturalna” śmierć. On w swym cierpieniu będzie nękany kamerą, będzie się czuł zobowiązany powiedzieć „co czuje”. Będzie świadomie umierał na oczach milionów. Do tej pory NIKT nie zdecydował się na taką rolę. On jest pierwszym!
No cóż, tyle lat szlifował swój zawód, uczył się różnych ról, tyle lat to praktykował, że zagranie samego siebie będzie mu chyba... przyjemnością. Nawet okraszona bólem fizycznym, świadomość że jest się aktorem grającym rolę jedyną w swoim rodzaju, da mu poczucie ulgi w cierpieniu. Oby tak się stało!

29 sierpnia 2005 (poniedziałek)

Weekendowa pogoda-marzenie. W sobotę spędziliśmy czas w lesie w dużej grupie znajomych. Było ognisko, były kiełbaski i coś do popicia i rozmowy i żarty i luz. A spotkanie całkiem przypadkowe. Późnym popołudniem, po zachodzie słońca wróciliśmy do domu. Po grzybach śladu prawie nie ma – za sucho, ale drzewa iglaste... szaleją. Pysznią się nowonarodzonym owocem, a igły prześcigają się w długości.

Lasmaly1.jpg

W niedzielę natomiast, robię długi spacer w okolicę znajomą a jakże inną. Wszystko pęcznieje, ptaki wariują. Jest tak ciepło, że idę ubrany jak w lato. A myśli mi ciągle błądzą poza horyzontem...
Piękna pora roku nastała...
A mnie, jak zwykle w takich sytuacjach bierze na filozofowanie. Tak myślę, że nie ma jak... ośmiornicom, po naszemu... octopus...?!
Pierwsza spawa... mają trzy (3) serca!!!
Kręgosłup im się nie złamie bo go nie mają, ani żadnej kości...co więcej gdy tylko sobie pomyślą potrafią zmienić... kolor, fakturę czy kształt. Wślizgną się w każdą dziurę...
Czy to nie forma szczęśliwości za życia. Czy Ziemia, a właściwie wody ziemskie nie są rajem dla ośmiornic?
Czy może być jeszcze lepiej..........?!


31 sierpnia 2005 (środa)

Pogoda głupieje jak to na wiosnę. Bywają prawie upały, a to szalona burza jak wczoraj w nocy, to grad i znów ładnie. Tak, ta nocna burza narobiła sporo szkód, widziałem w telewizji, ale akurat nie w naszej okolicy, tu właściwie śladu nie widać. A ten huragan na południowym wybrzeżu USA (Katrina) zaszalał... właściwie zaszalała, bo to żeńska odmiana huraganu. Czy to dlatego taka groźna? Wiać 260 kilometów na godzinę, to lekka przesada... Katrino!

Wziąłem się za stare opowiadania J. Mackiewicza ”Pod każdym niebem”, ale nie wiem czy dotrwam do końca. Ta proza trąci myszką, niegdysiejszy język i takoweż problemy. No cóż, niewiele utworów nie poddaje się próbie czasu.
mawsonlikes7.jpg


« Wybory - Felieton | Strona główna | Powrót - Felieton »