« Dzienniki - Lipiec II - 2005 | Strona główna | Astronomia i grzyby - Felieton »

30 lipca 2005

Z szuflady (II)

Tak, okres zimowy się powoli kończy, czas otworzyć szuflady, przewietrzyć trochę…

Przy okazji wyfrunęło parę wierszyków które kurczowo trzymałem pod stosem bazgrołów.
Pisane w różnym okresie, oto one:

rajskie ptaki.jpg

Na koniec roku.
Sumienia welon splątany na wietrze
nowego roku nadzieją przybrany
zakołysany, pustynne powietrze
idę przed siebie, przyłożyć do rany
opustoszałe pamięci komnaty
z dawna(m) przywrócił wirtualną ścieżką
eufemizm wieku, daimonion bogaty
lauru festony nie orłem lecz reszką.
Niczym chimeryk podryguję za dnia
aby zmierzchaniem wytracić fantazję
wodospad lęków, moja dusza bratnia
partykularnie wybiera okazję
wyolbrzymiając życiowe potpourri
przekraczam brzegi nieznanej mi rzeki
alegoryczne szlaki wiodą w góry
tam niemoc prawa, stoicyzm Seneki.
Pytania krążą, czas je z sobą toczy
perora wieków nie wyjawi kredo
jaskrawy nadir świeci prosto w oczy
choć go tu nie ma, sięga do Toledo...

Grudzień 2004


Krzyżówkowy gambit.
A1 zaczął raźnie
iluminacją dnia codziennego
rozpromieniony,
niezachwiany nawet przy D13
dwuznaczności
siedzi na G7 poziomo...
stopniowo ciemność zapada
z każdym hasłem szarzeje...
Widać to jak na starej twarzy
zagadki upadają, jedna po drugiej
niczym szachowe pionki
przy K3 jest jeszcze smutniej
a N5, nie rozszyfruje bez żarówki.
Tak ciemnieje, zanika i znika
przenika czerń, przymyka zasłonę dnia
i dobrego samopoczucia...
Wieczór, to tajemnica...
Niedokończona szarada
Gambit smutnego życia.

listopad 2004

Papieżowi
Jakże ciężko...

Doba dziennych trosk długa
ciało i duch istoty
ludzkim twarzom posługa
apogeum prostoty.

Jakże ciężko patrzeć w oczy milionom
tchnąć nie ulotną
myślą nie zwiędłą
Afryki biedzie, bogatym tronom
nadziei z ziarna wyrosnąć pędom.

Tu nie wystarczy sportowa krzepa
medialny image, sakra, fanfary
czy anatema, modły i Pieta
to nie jedyny atrybut wiary.

Poselstwo Najwyższego
niełatwa rola sługi
tłumaczyć słowa Jego
a dzień cierpienia długi...

Grudzień 2004


Stacja
Na stacji głuchej
samotnie stoję
oczekując na pociąg do świata
żądny mirażu, wrażeń, ruchu.
Ten obraz ciągle mi powraca.
Kiedy po latach
tej wędrówki
orgazmów, doznań sedna życia
dojrzałość skronią wybujała,
a rozum niczym wielkość brzucha.
Dręczy pytanie.
- Gdzie żyję ?
W doczesnym raju, czy na Golgocie,
brnę w ścieku mętnych informacji,
sumienie pyta… co będzie potem?
Głód kontynentalny
i lokalne rzezie
globalnego dobrobytu nie wróżą,
media robią lewatywę mózgów
- czy do szczęścia potrzeba tak dużo?
Powrócić na
stacyjki peron,
choć nudny, a jakże prawdziwy
ułudy głód wytępić w sobie
gwałtu, agresji palec chciwy.
Gandhiego szaty
przywdzieć czas
pod semaforem stanąć swym bytem,
pacyfizm wyssać zamiast mleka,
zwrotnicą zmienić los ze zgrzytem.

styczeń 2002

5.JPG


Nędzarz
Coś tam pod czachą uwiera…

Co niepodzwala zasnąć snem sprawiedliwego
w głębi nocy
Co dręczy tysiącem pytań, bez tak prostej
odpowiedzi
Co potęguje niepewność wiedzy którą się
już posiadło
Co ujarzmia pasje, zastyga i tępi
uczucia proste
Co hamuje pożądanie w zdrętwiałym
uśmiechu smutku
Co spojrzeniem w gwiazdy zlicza wszystkie
niewiadome
-znaki zapytania w przestworzach,
-jakie to proste i banalne
niektórzy powiedzą,
Coś tam pod czachą…

APRIL’ 1998

Myśli owocu dojrzałego.
Stary pies chyłkiem
przedmieściem kuśtyka,
majowych łąk i lasu żywicznego
z lat szczenięcych - nie odnajdziesz,
co najwyżej kałużę w wyrwie bruku
od lat zamarzniętą.
Coraz trudniej wypatrzyć
tę cegłę czerwoną
ponurego gmaszyska twojej budy,
a tego obskurnego podwórka
gdzie tak echo oddawało,
ni śladu - pozarastało,
resztę wyburzyli - nic się nie ostało.
Nostalgiczne plamy na skroni.
O, nie wspomnę o klepisku za torami
gdzie życia mecze rozgrywałeś
- też już nie istnieje.
Chimera mary nocnej
i na jawie męczy.
Nawet ten kościółek stary
zburzyli i piętrowy wystawili,
tamten w szwach modlitwą pękał,
ten tu, pusty stoi.
Majowych łąk i lasu żywicznego
już nie odnajdziesz
bo oczy już nie te,
a kaczeńce i jaskry
to tylko żółte plamy.
Słońce latoś mocno przygrzewało,
za bardzośmy psiakrew dojrzali,
teraz nawet zakazany owoc
już nie smakuje.
Nie w smak nam
ta nadchodząca jesień,
my adwersarze na każdą zmianę
sutenerzy własnych ułomności,
choć najzdrowsi my w rozsądek,
za bardzo nam dojrzałość doskwiera.
Majowych łąk i lasu żywicznego,
już nie odnajdziesz…

marzec 2002

Czereśniak (rymowany)
Rozpaśne drzewa czereśni
ambrozją owoc spęczniały
ćwierk, ptakom arkadię wyśni
zielenią ramion witały.
Szpaki szalone wiodą prym
ten trans przybytkiem wiedziony
sącząc nektar, wtórują im
kosy, wróble i gawrony.
Wisienki zazdrośnie łypią
zepchnięte do nawy bocznej,
już białym kwieciem nie sypią
lecz czarem zieleni mrocznej,
gdzież im do owoców jeszcze,
a ptaki je ignorują
kreują kompleksu kleszcze,
i pszczoły tu spisek knują,
czereśnie błyszczą z radości
kiśćmi pereł czerwonawych
prawie w czerni z dojrzałości.
Enklawa krzaków ostrowych
kwitnie, czekając harwestu
puchem maliny soczystej,
meszkiem, złotego agrestu
festonem porzeczki krwistej.
Ogrodu grządek listowie
skrzętnie przy ziemi zakryte
lecz zdradził je wiatru powiew
to poziomki rosą myte.
Ślimak nieśpiesznie ucztuje
gliszki raczą się pospołu
pliszka im idyllę psuje...
nagle przysiadła do stołu.
W górze ciągle ptasia wrzawa
bachanaliowa zabawa.
Czerwiec czereśnią się kończy,
a w sierpniu... wiśnia dołączy.

Lipiec 2003

C.JPG


« Dzienniki - Lipiec II - 2005 | Strona główna | Astronomia i grzyby - Felieton »