« Czas relaksu - Felieton | Strona główna | Z szuflady (II) »

15 lipca 2005

Dzienniki - Lipiec II - 2005

Wpadły mi w ręce statystyki Australii. Tylko 15 milionów Australijczków urodziło się tutaj, reszta -ponad 5 milionów - za granicą.

Najwięcej na wyspach Brytyjskich, a w Polsce 63,3 tysiąca. Nie jest to wiele w porównaniu z taką Polonią amerykańską czy kanadyjską, ale zakładając, że byli to ludzie którym tuż po osiedleniu się w Australii rodziły się dzieci, to wyszłoby z tego sporej wielkości miasto w Polsce.
Języka angielskiego jako jedynego, używa 80% społeczeństwa. Następnymi w kolejności są: chiński, włoski i grecki. Jako ciekawostkę dodam, że urodzonych w Niemczech jest tu dwa razy tyle ludzi, niż Polaków. Inna sprawa, że wielu Polaków było właśnie tam urodzonych po wojnie i tu wyemigrowali.


17 lipca 2005 (niedziela)

Pogoda wyśmienita, co prawda jest zimno ale dziś słonecznie, wręcz radośnie.
No i tylko w czasie tej pory roku można uchwycić takie wschody słońca. Oto widok z mojej sypialni.
wschodmaly2.jpg


18 lipca 2005 (poniedziałek)

Najzimniejszy poranek w tym roku. Tylko... dwa stopnie. Szron wita na każdym kroku. Krótko podstrzyżone trawniki przed domami wyglądają jak zielonkawe tafle lodu.
Dalej idąc zauważyłem kolorowe papugi na kikutach bezlistnych drzew. Jaka to dysharmonia, bardzo dziwna kompozycja.
Ale dzień ładny słoneczny, mimo że tylko 14°.
W południe aż mnie ciągnie na spacer. Wychodzę z biura i idę rozmarzony przed siebie. Wyschnięte do niedawna koryto strumyka jest zalane rwącą wodą. Sprawia wrażenie rzeczki.
Właśnie doszedłem do miejsca gdzie katarakta z kamieni utworzyła szumiący wodospad. Zszedłem w dół i po kamieniach przeprawiłem się na drugi brzeg. Momentalnie zapomniałem, że ciągle jestem w pracy. Nagle przypomniały mi się krajobrazy z wakacji sprzed paru lat i poczułem się... wczasowo. Jak to niewiele człowiekowi brakuje do szczęścia... do relaksu.
peppertree.jpg

Przeszedłem między drzewami pieprzowca z różowymi koralikami przypominającymi trochę niedojrzałą czerwoną porzeczkę i pomaszerowałem z powrotem w stronę biura.
A różowosiwe papugi skrzecząc nade mną uganiały się między sobą, nic nie robiąc sobie z problemów tego świata.


20 lipca 2005 (środa)

W szkołach trwają dwutygodniowe ferie, mniejszy ruch na drogach...

Oglądam polskie filmy na DVD. Pierwszy, to komedia pt. Zróbmy sobie wnuka. Trochę tandetna, ale da się oglądać, a nawet śmieszy.
Drugi natomiast, to film Machulskiego Vinci. Jest to całkiem zgrabnie zrobiony film kryminalny, ale jakże niegdysiejszy w porównaniu z innymi produkcjami obecnych lat. Nie słychać tam wulgaryzmów od pierwszego dialogu do finału, a tylko wtedy kiedy naprawdę są potrzebne i wcale wtedy nie rażą. No i scen parapornograficznych też tam nie ma... Co za niezwykły polski film... Przyjemnie spędzony czas.
Ostatnio bardzo często słucham Sarah Mc Lachlan – cudowny nastrój wręcz anielski śpiew, ta muzyka ma niesamowity klimat.

22 lipca 2005 (piątek)

Piękna pogoda trwa.
Nie dość że rano chodzi mi się całkiem fajnie, to dzień się rozwija bardzo obiecująco...
W czasie lunchu wychodzę na spacer z aparatem i robię parę fotek okolicy. Dobrze jest pracować w takim środowisku..., prawie jak na wczasach. Bardzo tu przyjemnie, jest gdzie pochodzić i zabudowa gustowna. Tyle terenów spacerowych i aż się wierzyć nie chce że to środek naszej zimy...
mawsonlikes6.jpg

Zapomniałem wprost, że trzeba jednak wrócić do biura na drugą część dnia i popracować trochę. Oj, lenistwo wychodzi...


25 lipca 2005 (poniedziałek)

Zima wróciła, chłód i mokro dzisiaj.
Tour de France się skończył. Mistrz Armstrong znów wygrał. Nie mam słów na określenie jego żelaznej kondycji. To człowiek-maszyna! W tym roku nie oglądałem wyścigu z takim nabożeństwem jak to robiłem w poprzednich latach. Generalnie, wiele rzeczy nie robię tak jak w poprzednich latach... Człowiek się zmienia... ulega nastrojom... pasjonuje się czymś nowym... rozwija się... i zatraca... ulega klimatowi... pragnie...
Emocje są nam nieodłączną formą życia codziennego. Dobrze, kiedy są ukierunkowane pozytywnie.

W sobotę na spotkaniu towarzyskim przy winie u przyjaciół przejrzeliśmy programy Makłowicza (tego od egzotycznych potraw w polskiej TV) nakręcane u nas w Australii. Trzeba przyznać, że zgrabnie zrobione, a on sam doprawia to szeregiem przypraw, jak również swym humorem i dowcipem.

27 lipca 2005 (środa)

Oj, to już blisko... tak coraz cieplej, coraz radośniej, dni dłuższe... nastrój wzrasta wraz z aurą.
A i rysunek chabrów na biurku w domu tak mnie nastraja...

Żyć poetycko to jakby znać obcy język, język którym niewielu mówi na tym świecie. Świecie współczesnym, opartym na zupełnie innych wartościach...
Żyć poetycko, to nie jest jednoznaczne z pisaniem poezji. To coś ponad... Często piszący lirykę nie mają pojęcia co to znaczy żyć poetycko... Oni tylko uplatają w słowa chwilowe stany ducha, a żyją zgoła odmiennie. Życie nader poetyckie wiedli między innymi: Leśmian, Stachura, Harasymowicz...
Przykładem anty... może być życie Hłaski czy Norwida. A ten ostatni takie piękne wiersze pisał...
Jakże przewrotne bywają sytuacje... pozory... utarte slogany.

29 lipca 2005 (piątek)

Pogoda marzenie jak na tę porę roku. Lubię piątki... z wiadomych przyczyn... weekend. Z drugiej strony polubiłem swoją pracę do tego stopnia, że już mi tak bardzo nie zależy na tych dniach wolnych.........
Tu mam tyle przyjemności. Oczywiście nie będę się rozpisywał o szczegółach. Lubię to i już!

O, dzisiaj barbecue w pracy, a i cakes day (dzień ciast), a i te inne przyjemności...
Pyszne spacery i nastrój. Tu się czuję wysoko... nie, nie myślę o pozycji w pracy, czy gdziekolwiek... nie przytłoczony - to mam na myśli. Symbioza z przyrodą. Drzewa, krzewy dopasowują się do człowieka, nawet domy... idę kilometrami i nie spotykam budynków wyższych niż jednopiętrowe. Przyjemnie oglądać horyzont od lewej do prawej, nie tylko ponad sobą. Czy to przypadkiem nie świrowanie...? Kiedyś napisałem wierszyk o horyzoncie, muszę go przytoczyć.

<A co poza horyzontem…
Horyzont myśli
tylko tam sięga
na co pozwala
widnokrąg uczuć.
Spojrzeniem
można objąć
horyzont dnia codziennego.
Często linię tę
wytycza
najbliższa
ściana.

Widzenie
poza horyzontalne
to już kwestia wyobraźni,
dla niezrównoważonych
linia ta, przebiega
czasem bardzo odlegle.

Myśli
poza horyzontalne
są dane tylko nielicznym
- niekwestionowanym
wybrańcom losu.

MAY 2000

31 lipca 2005 (niedziela)

Wczoraj bywałem... Bywałem na party u natury. Spędziłem tam cztery godziny i wyjść nie mogłem, tam mi było dobrze.
Poszedłem w góry... Nasze podmiejskie góry, potoki, wodospady... pyszne to!
Kwitnące dzikie kwiaty, krzewy, rośliny. Wspaniałe widoki i skały nasycone kolorem i fakturą kształtu. Szum wody i śpiew ptaków... to najlepsze party na jakie mnie zaprosiła natura. Magia i czar bycia, oddech, widoki, nastrój. Iść i marzyć, a miasto takie malutkie, wręcz nieważne ze swą pychą metropolii...
Życie jest tu! Wśród kamyków i traw, pomiędzy strumieniami zimnej wody a usłonecznionym powietrzem. To jest nam potrzebne... A jak smakowało piwo pod wodospadem.........
WODOS1.JPG

« Czas relaksu - Felieton | Strona główna | Z szuflady (II) »