« Housekeeper - Felieton | Strona główna | Czas relaksu - Felieton »

1 lipca 2005

Dzienniki - lipiec I - 2005

U nas pogoda całkiem przyjazna, ale w niektórych częściach Australii -powodzie!

Pokazują nam to w telewizji, bo to wszystko dzieje się parę tysięcy kilometrów od Adelajdy.
Ale dzisiaj akurat i u nas pada, no i wieczorne zawody tenisa odwołane. Nic, pooglądam Wimbledon. Późnym wieczorem gra Hewitt z Federer’em, powinien być ciekawy mecz.


3 lipca 2005 (niedziela)

Nie zrezygnowałem z porannego marszu mimo wczorajszej imprezki u przyjaciół. Oj dałem czadu. A i pośpiewaliśmy... Gitara, jak puchar przechodni przechodziła z rąk do rąk.
Poznałem ciekawego młodego człowieka z Polski. Aktualnie robi doktorat z psychologii a z zawodu... jest księdzem. Była okazja do pogawędki o współczesnym świecie.

To co w Polsce zwykle „cherlawo” rośnie w doniczce, tu dostojnie góruje nad okolicą – drzewo figusa. Potężne konary. Podobno to co na górze to ma i pod ziemią. Zresztą, nie trzeba się domyślać... to widać.
FIGUS1.JPG

W weekend odbyło się LIVE 8 – seria 10 koncertów rockowych na pomoc biednej Afryce. Największa impreza świata. Rozpoczął ją 20 lat temu Bob Geldof muzyk angielski i to już ósma impreza tego typu. W tym roku pod hasłem „Make Poverty History”. Nie jestem pewien czy to tak do końca się hasło zrealizuje, ale na pewno pomoże tym nieszczęśliwym ludziom.

5 lipca 2005 (wtorek)

Polska jest zdecydowanie inna niż reszta zachodniego świata.
Przeczytałem właśnie że w kraju nastąpił boom powołań kapłańskich. Seminaria duchowne są oblężone, chętnych jest dwa razy tyle, niż zwykle.
No proszę, a u nas co chwila słychać o kolejnym kościółku na sprzedaż. Doszło do tego, że ludzie zaadoptowują dawne obiekty sakralne na domy. Trzeba jednak zaznaczyć, że zjawisko to głównie dotknęło kościół anglikański i inne protestanckie.
Pamiętam moje zdumienie, wręcz zaskoczenie ponad 20 lat temu, kiedy w śródmieściu zobaczyłem wielki kościół zaadaptowany na kompeks restauracji i dyskotekę. Ludzie chodzili do świętego Pawła (nazwa pozostała), po rozrywkę i ucztę cielesną a nie... duchową.

7 lipca 2005 (czwartek)

Dostaję ciekawą korespondencję od czasu do czasu... Ostatnio bardzo często... Poznaję w ten sposób bardzo interesujących ludzi. Taka korespondencja potrafi wpłynąć ma wiele innych spraw... Zwykle nie informuję o tych faktach, traktując to jako sprawę czysto osobistą. W tym jednak wypadku muszę wspomnieć o osobie która żyje na drugim końcu świata, w... Kanadzie, a mam szczęście od czasu do czasu coś od niej otrzymać.
Jolanta Szaniawska – kobieta, pasjonat, dziennikarka, społecznik polonijny a przede wszystkim działaczka na rzecz pomocy chorym na SM (Stwardnienie rozsiane).
Od 20 lat żyje i pracuje w Ottawie – jak sama barwnie opisuje, przywiodła ją tam szalona miłość do mężczyzny i tam też od paru ładnych lat, zmaga się z tą ciężką, nieuleczalną chorobą. Zmaga się... banalnie powiedziane, ona jej nie daje dojść do „głosu”, zagłusza ją swym polotem, energią. „To jak niechciany kochanek” – tak nazywa tę przypadłość. Skąd ta kobieta bierze tyle energii... ot, co... wystarczy zajrzeć na strony jej pisma, które od dwóch lat prowadzi pod romantyczną nazwą: Transatlantyk nadziei. www.tnpolonia.com a tam aż tryska optymizmem. Ona teraz dopiero naprawdę poznała życie, zna jego smak, jego prawdziwe blaski i cienie. Co więcej, ma to szczęście, że doznała czegoś co przeciętnemu człowiekowi się nie zdarza w całym życiu. Ale o tym, polecam zainteresowanym wyszperać w jej piśmie.
Oby więcej takich wspaniałych ludzi...


9 lipca 2005 (sobota)

Znów barbarzyńcy wstrząsnęli światem!
W czwartek wieczorem naszego czasu, znów siedzieliśmy przed telewizorem, z niedowierzaniem oglądając relacje z kolejnych akcji szaleńców. Brakuje słów na takie wyrodnialstwo, z drugiej strony to nasza współczesna cywilizacja wykształciła takie typy... Co więcej, zakładam że już paru „geniuszy” komputerowych pracuje nad nową grą opartą na czwartkowych wydarzeniach. Pewnie niedługo też, pojawi się sensacyjny film oparty na kanwie wybuchów. A paru innych szaleńców zarobi grube dolary na relacjach z przygotowywania tych akcji... I to nie ważne kto im za to zapłaci. Kółko się zamyka. Sami sobie gotujemy ten los...
Gdzieś przeczytałem, że wiek XX był wiekiem śmierci, bo wymordowano w tym czasie 180 milionów ludzi. A czy XXI wiek zapowiada się lepiej...?


11 lipca 2005 (poniedziałek)

A dla mnie zima piękna... jak nigdy. Idę do moich „sekretnych” miejsc i podziwiam wschód słońca. Wygląda tak niesamowicie, tak dziko. Czuję się oczarowany tajemniczością otoczenia.
CC.JPG

A cywilizacja... tuż obok. I to są uroki tych miejsc. Nie muszę robić wypraw aby obcować z przyrodą, zagłębić się w dziką naturę. Wystarczy wyjść z domu na kilkanaście minut. I już... zaczarowany świat flory otacza wokoło.
K.JPG

Kiedy już się nasycę, nawdycham, napodziwiam wracam do cywilizacji. A jest to ciągle łagodna cywilizacja, bez zgiełku, tłoku, smrodu, zanieczyszczeń i niebezpieczeństw.

Gdy tylko jestem w centrum miasta, nie odmawiam sobie przyjemności „wskoczenia” do ogrodu botanicznego. To tak jak się wpada do kawiarnii na kawę. Ja tu przychodzę pooddychać, pomedytować, pozdrowić znajome rośliny. Po prostu być...


13 lipca 2005 (środa)

Rozpadało się... deszcz zatrzymał mnie w domu...

14 lipca 2005 (czwartek)

Dziś trochę lepiej, przynajmniej rano nie pada. No cóż, zima trwa. Jest mokro nieprzyjemnie – taki brzydki październik – przekładając na warunki polskie. Pocieszam się, że to już niedługo...
Bliska sąsiadka (parę ulic dalej) często podrzuca mi ciekawą lekturę – książki i pisma, a także filmy polskie. Teraz siedzę w domu, to wspaniałe wypełnienie czasu wolnego. Chłonę to...
Dobrze jest mieć takie sąsiadki...

« Housekeeper - Felieton | Strona główna | Czas relaksu - Felieton »