« Dziennki - czerwiec II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - lipiec I - 2005 »

30 czerwca 2005

Housekeeper - Felieton

Zenek z Maggi pojechali interstate, na dwutygodniowe wczasy.
Ja - wyrażając wcześniej zgodę – zobowiązałem się doglądać ich posiadłości i inwentarza.

Życie housekeepera wcale łatwym nie jest – obowiązków co niemiara.
Zaglądałem do ich domu, podlewałem rośliny, karmiłem rybki w ogrodowej sadzawce włączając im pompę aby się dotleniły.
Raz dziennie dokarmiałem kota który wcale nie chciał zrozumieć, że powinien na ten czas przenieść się do mnie.
Dbałem też o sporą papugę – parrot, ta bez problemów zadomowiła się pod moją werandą.
Zenek prosił mnie o podsypywanie ziarna u nich na podwórku dla odwiedzających ich regularnie: srok, kookubarry i dzikich gołąbków.
Najwięcej jednak kłopotów miałem z niby najinteligentniejszą istotą menażerii Zena – psem Jeffem. Ten, z miejsca po wyjeździe właścicieli na zasłużony urlop, poszedł na… strajk głodowy. Ja tu spodziewałem się pewnych korzyści z jego strony w formie wytypowania mi szczęśliwych liczb lotka, a ten nawet na telewizor nie spojrzał, tak jak i na jedzenie. Chodził smętny od okna do okna i zrezygnowany przysypiał na dywanie.
Co więcej, sąsiedzi moi zaczęli uskarżać się, że w czasie mojej nieobecności Jeff wyje jak najęty i całą okolicę stawia na nogi. Próbowałem poświęcić mu więcej czasu. Nawet w czasie lunchu wskakiwałem w samochód i pędziłem do domu, aby ulżyć jego samotności. Nic nie pomagało. Nie jadł już cztery dni i ciągle wył. Następnego wieczora zamówiłem wizytę u weterynarza i odwiedziłem go wraz z Jeffem. Ten przebadał pacjenta, wypytał o szczegóły i zalecił… bardziej troskliwą opiekę nad zwierzęciem. Więcej serca i… czasu. Potraktował mnie trochę obcesowo pieczętując to słonym rachunkiem za wizytę. Nic mi nie pozostało tylko wziąć na tę okoliczność urlop wypoczynkowy i spędzić go wspólnie z psem w domu, do czasu powrotu wczasowiczów.
Tak też uczyniłem. Uprawialiśmy długie marsze, wybieraliśmy się z Jeffem na plażę i na wycieczki górskie w okolice miasta. Ten zaczął jeść i faktycznie zrobił się weselszy. Ja muszę przyznać, też się przy nim zrelaksowałem i wypocząłem.
Pomyślałem: nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Obydwaj polubiliśmy ten sposób życia.
Po upływie dwóch tygodni przyjaciele szczęśliwie wrócili po udanych wakacjach. Nastąpiła wymiana spostrzeżeń i przejęcie obowiązków.
Okazało się, że Jeff teraz u nich źle się czuje. Nie ma apetytu i też wyje. Co więcej, Maggi ma do mnie pretensje że im “rozpuściłem” psa!
- Nie mogę sobie z nim poradzić, coś ty z nim zrobił? – nagabywał mnie Zen.
- Nic, po prostu okazałem mu więcej serca – tłumaczyłem.
- Chcesz powiedzieć że myśmy go źle traktowali?
- Nie, ja tylko wykonywałem polecenia weterynarza.
- Bull… musiałeś mu czymś zaimponować, przyznaj się?!
- Weź jeszcze dwa tygodnie urlopu i spędź z Jeffem, a sam się przekonasz.

Po tej odpowiedzi Zenek odszedł, jednak nie w pełni usatysfakcjonowany.
Uff, jak to ciężko dogodzić psu i przyjaciołom równocześnie…

Wasz Chris

« Dziennki - czerwiec II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - lipiec I - 2005 »