« Pięćdziesiątka - Felieton | Strona główna | Housekeeper - Felieton »

15 czerwca 2005

Dziennki - czerwiec II - 2005

Zima w pełni. Ale wzgórza nie zdążyły się jeszcze zazielenić. Otrzymałem właśnie dwie książeczki poezji Ady Sroczyńskiej z Polski.

Ogrod_3.jpg

Obydwie ciepłe, wręcz radosne, zwiewne jak sukienka na majowej łące. Autorka potrafi stworzyć atmosferę. W pierwszej „czarnej” książeczce zatytułowanej Papierowe myśli, prostym, nie wydumanym językiem bez zbędnej metafory, wprowadza nastrój wręcz... rodzinny. Pisze o swoich najbliższych, o sobie, o radościach, rzadziej smutkach, nadziejach i fascynacjach... Pełna optymizmu, ciekawie ilustrowana (głównie rysunkami dzieci) książeczka, jest zbiorem poezji dla każdego, nawet dla tych, którzy nie przeczytali w życiu jednego wiersza.
Pozwolę sobie zacytować wiersz z tego tomiku pt. Czy to jest źle?

Czy to jest źle, że czasem chcę
szalone przeżyć chwile?
Że pełny luz, fantazji cud
pociąga mnie gorliwie?
Odstawić w kąt rozsądków moc
i ulec serca biciu.
I poddać się, zatopić się
w przepastnym tym przeżyciu.
Dotykać nut, dotykać strun
- tych cichych, tych uśpionych.
I uciec stąd, daleko stąd
do krain zabronionych.
Szaleństwa czar brutalnie czuć,
zagubić się, zatracić.
Odnaleźć świat, swobodny smak,
pragnieniom szlak wyznaczyć.
I życie czuć, dotykać wprost,
granice poprzesuwać.
I w wirze tym, i w świecie tym
szczęśliwość wciąż przeżywać.


Natomiast druga „różowa” książeczka pt. Frywolny świat... jest jak sama nazwa wskazuje... frywolna. Z takowymi ilustracjami. Przypomina mi trochę książeczkę Magdaleny Samozwaniec sprzed wielu, wielu lat. Z jedną różnicą, tamta pozycja już wtedy trąciła myszką, a te wierszyki (i ilustracje) są na wskroś świeże, współczesne, ale bez zbędnej pornografii. Po prostu czysty erotyzm. Wręcz ciepły erotyzm w wydaniu kobiety. Zresztą autorka we wstępie wyjaśnia ideę książeczki.
„Każda dziedzina naszego życia jest ważna i wartościowa. Intymność to kraina, która oddaje nas całych drugiej osobie i może dlatego jest najcenniejszym źródłem informacji o nas samych. Patrzmy na tę sferę życia ciekawie, w sposób piękny, wesoły i pogodny.”

Doskonała propozycja dla poprawienia humoru, czy... rozruszania partnera.


17 czerwca 2005 (piątek)

Chodzę jak oszołomiony od drzewa do drzewa i się zachwycam...
Są ludzie dla których przyroda jest tylko dodatkiem, czasem nawet zbędną dekoracją wśród której żyją. Dla mnie jest sporą częścią życia, wręcz integralną, czymś co daje zadowolenie, szczęście... Mimo, że to czas najgorszy dla wyglądu wielu roślin i drzew, ciągle mi imponują.
J.JPG

20 czerwca 2005 (poniedziałek)

Weekend bogaty we wrażenia.
Sobota – jubileusz naszego polonijnego Teatru Starego w Adelajdzie. To już 50 lat działalności. Cóż za niezwykły jubileusz. Piszę o tym w osobnym felietonie, więc nie będę się powtarzać. Muszę wyznać, że takie wieczory jak ten sobotni, to chwile kiedy oddycham pełną piersią. Tylu ciekawych ludzi zgromadzonych w jedym miejscu i wszyscy tu w imię... sztuki. Piękne to, aby więcej takich imprez. Co jeszcze... zawsze przy takiej okazji jest w teatrze stoisko z polską książką. Zakupiłem sporą torbę ciekawych tytułów... czytania na rok.
Dzień był długi, bo jeszcze do późna świętowaliśmy ze znajomymi przy winie. Ale rano wstałem i na tradycyjny marsz wyszedłem, mimo nie wyspania, mimo dziwnego... suszenia w gardle.

W niedzielne popołudnie natomiast uczestniczyłem w spotkaniu z podróżnikiem, redaktorem Polskiego Radia Kraków, National Geographic - Polska, menadżerem zespołów rockowych jak i wykonawcą (zespół Punk) w jednej osobie – Markiem Tomalikiem. Pan Marek jest zakochany w australijskim outbacku – on z rzadka używa asfaltowe drogi, tylko wtedy kiedy musi – i pięknie opowiada o swoich wyprawach i przygodach, co nawet na nas żyjących w tym kraju wiele lat i niejedno już tu widzących, robiło spore wrażenie.
Bardzo elokwentny młody człowiek, geolog z wykształcenia, napisał parę książek. Właśnie stałem się właścicielem jego najnowszej: Australia, moja miłość, którą napisał wspólnie z żoną Kasią.
Jeszcze jeden udany wieczór...

22 czerwca 2005 (środa)

Zima już na dobre. Kiedy wychodziłem rano z domu aby pochodzić akurat nie padało. Gdzieś w połowie drogi... złapało mnie. Już wiem dokładnie co to znaczy deszcz i... grad zarazem co w temperaturze nie większej niż 8° do przyjemności nie należy. Zmokłem doszczętnie, uda aż piekły od masażu... gradem. Ale po chwili gorący tusz wyrównał samopoczucie i czuję sią doskonale... No cóż, teraz mamy właśnie najgorsze dni, jeszcze tak będzie z 6 tygodni i zacznie się poprawiać.


24 czerwca 2005 (piątek)

Nie jest źle. W sumie dni bez słońca przez cały dzień w ciągu roku można na palcach jednej ręki policzyć. Trochę tego chłodu nie lubię... ale wytrzymam, nie takie rzeczy się wytrzymywało. Pamiętam że parę razy w Polsce za młodych lat tak zmarzłem, że nie potrafiłem opanować szczękania zębami. Tu mi się przynajmniej to nie zdarza...
H.JPG

Moje dziecko w szkole średniej uczy się o herosach z moich lat młodzieńczych – Bob Dylan, Mick Jagger czy Jimi Hendrix – a temat: Historia Rocka. To już historia?! Dla mnie ciągle kontynuacja życia... Prawie współczesność. Kiedyś na spotkania z młodzieżą przychodzili weterani wojen, teraz świadkowie sławnych koncertów. Pamiętam jak z pasją słuchałem Anglika który opowiadał mi o swych wrażeniach z koncertu na wyspie Man... Trzeba go wysłać do szkół, niech opowiada swe wrażenia młodzieży.

26 czerwca 2005 (niedziela)

Z samego rana daję sobie wycisk. Niektórzy robią to na rowerze, ja... na piechotę. Spalam wczorajsze kalorie i procenty. Byliśmy na wielkim party, około 40 uczestników – 90% Australijczyków. Zrobione z rozmachem – ani jedzenia, ani wina sobie nie żałowałem. Spałem niewiele, może 6 godzin, ale dzisiaj taki piękny poranek... nie mogłem sobie odmówić porannego marszu.

Oglądałem historię grupy Pink Floyd, ale tę najwcześniejszą, jeszcze z Sydem Barrettem, czyli do stycznia 1969 roku.
Podobne historie przydarzały się kilku zespołom, nawet polskiemu Dżemowi z Ryśkiem Riedelem – kiedy to grupa chce iść do przodu, rozwijać się, a leader czy jedna z podpór grupy, idzie w całkiem innym kierunku, destrukcji, samozniszczenia, drogą do... szybkiej śmierci. Tak też się stało i w tym przypadku.
Pozostało po nim parę starych nagrań, piosenka Shine on you crazy diamond – napisana na jego cześć i bohater filmu the Wall przybierający częściowo postać Syda... Niewiele...


28 czerwca 2005 (wtorek)

Wczoraj kolejny lunch organizowany przez firmę w której pracuję, w restauracji pod nazwą „Bombajski klub cyklistów”. Ciekawie zaaranżowany budynek, „robiący” za cząstkę Indii. Moja kaczka po hindusku już takim arcydziełem sztuki kulinarnej nie była, ale zawsze coś innego. W sumie przyjemnie spędzony czas.

Nareszcie wzgórza zaczynają się zielenić, z co najmniej dwumiesięcznym opóźnieniem. Dzikie drzewa cytrynowe pięknie obrodziły. Na trawnikach natomiast pełno psich grzybów, w niektórych miejscach aż biało. Ale są i inne, podobne do rydzów i pieczarki się zdarzają. Nikt tego nie rusza. Ludzie wolą kupować po 7 dolarów za kilo w sklepie. Podobnie z cytrynami...
Znałem Australijczyka u którego w ogródku rosły dorodne pomidory, a on ich nie jadł – kupował w sklepie. „Sklepowe” lepsze?! Bogatsze... więcej chemii.

30 czerwca 2005 (czwartek)

Od pewnego czasu euforia. Nasz Papież Świętym Natychmiast! – słychać krzyki wokoło.
W trzy miesiące po śmierci rozpoczyna się proces kanonizacyjny.
Jak Polska długa i szeroka słychać modlitwy o szybkie usankcjonowanie świętości, o cuda za przyczyną Jana Pawła II.
A ja mam wątpliwości, czy my w dobrym kierunku idziemy...? Czy my aby nie poprawiamy na siłę znaczenia uświęceń? Czy Bóg „ma taką samą ideę” odnośnie wiary?
Wygląda na to, że ludzie gwałtownie potrzebują „pomniejszych bogów”, a może to źle?
Przy dość „mało czytelnym”, wręcz abstrakcyjnym dla przeciętnego człowieka Bogu, ludzie szukają Kogoś namacalnego, kogoś kto będzie się ”mógł wstawiać do wyższych instancji”. A wygląda to dziwnie w świetle tego co znamy z Biblii...
Czyż to nie Bóg mówił, że jest zazdrosnym, czyli ostrzegał przed rozdrabnianiem się w wierze. A tu czym większa dewocja – tym więcej bogów. Ludzie modlą się do św. Antoniego, Józefa, Marii, swoich patronów, a w najlepszym układzie proszą o... wstawiennictwo w swej sprawie, czyli w stosunkach z Bogiem zakładają domniemany nepotyzm wręcz uznając, że TAM panują układy nomenklatury, znane z stosunków ziemskich.
Święty X-ie, ty masz większe chody to przekonaj Boga, że moja sprawa jest warta świeczki...
Nawet w sferze wiary dosiega nas ta brzydka przywara dnia codziennego. A tak bezpośrednio... to nie można?!

« Pięćdziesiątka - Felieton | Strona główna | Housekeeper - Felieton »