« Jubel - Felieton | Strona główna | Pięćdziesiątka - Felieton »

1 czerwca 2005

Dzienniki - czerwiec 1 - 2005

To już dwa lata minęły odkąd zacząłem pisać te dzienniki.
Pamiętam początki...

Chciałem spisywać niektóre przemyślenia, wnioski z wewnętrznych „dyskusji” z samym sobą. Zacząłem je datować i, niechcący powstał dziennik. A kiedy po miesiącu zdarzył się miły kontakt ze Stanem z Australinku, oprócz paru wierszy zacząłem je publikować właśnie tu. Po ponad roku, wyodrębniłem się jako indywidualna strona w tej kopalni informacji. No i przyjemnie mi, że jestem czytany, czasem komentowany. Otrzymuję ciekawą korespondencję i to od ludzi nie tylko z zainteresowaniami podobnymi do moich. No i chyba tylko jeszcze w Ameryce Południowej nie mam czytelników. Chociaż i tego pewien nie jestem... Oczywiście, największa grupa to ludzie z Polski, ale gdzie nie ma Polaków... Bardzo to przyjemne ale i zobowiązujące, nie mógłbym teraz tak po prostu przestać pisać. Czułbym się nieswojo...
S.JPG

Dziękuję tą drogą wszystkim którzy tu zaglądają, za spędzenie ze mną Waszego czasu. To bardzo miłe...

3 czerwca 2005 (piątek)

Co za dziwny rok... Zawsze w połowie kwietnia, czasem wcześniej, wzgórza pięknie się zieleniły, teraz już czerwiec a one szarobure. SUSZA!

Tego się wcale nie odczuwa. Dziś idę w rekordowo niskiej temperaturze. Przed siódmą rano jest 3-4 stopnie. Pierwszy raz w tym roku widzę szron na trawnikach. Co za dziwne uczucie. Idę i bucham parą. Od razu kojarzy mi się wierszyk Tuwima – Lokomotywa.
Dzień się budzi, nieskazitelny błękit nieba już po kilku minutach rozświetla się horyzontalnie. Jak ja to lubię. Za jakieś 20 minut, kiedy wyjdę na najwyższy poziom mojej ulicy, powita mnie słońce i panoramiczny widok okolicy.
T.JPG

I ta cisza i świeże powietrze. Lubię to...Jestem emocjonalnie naładowany. Dobry okres dla mnie mimo że zimna nie lubię. Jeszcze go specjalnie nie doświadczyłem. Dni piękne - około 20 stopni. Wiruję... , mogę powiedzieć: żyję podwójnie...

6 czerwca 2005 (poniedziałek)

Ciepło, prawie lato na początku zimy...
Po dość pracowitym weekendzie zaczynam nowy tydzień. Dobry nastrój mnie nie opuszcza. Frunę ponad wszystkim przyglądając się temu z góry... Jakoś mnie dziwnie nic nie obchodzi...

W Polsce wysyp kandydatów na prezydenta. Wyskakują jak grzyby po deszczu. Jest i Stan Tymiński. To już po raz drugi. Nie miałem okazji poznać go osobiście. Rok temu byliśmy umówieni na spotkanie w Toronto, ale wygląda na to, że kandydat na prezydenta jest osobą niesłowną. Brzydka wada...

Niesamowite, o tej porze roku używam w aucie klimatyzacji. Zwykle się dogrzewałem a nie chłodziłem, a tu lato w pełni...


8 czerwca 2005 (środa)

A.JPG

Ciągle letnio...

Niby jak w lato tylko poranki ciemne. No i chmurki zaczynają się częściej ukazywać...

Dziś zrobiłem krótką wycieczkę do portu. Co prawda stał tylko jeden statek Petro Venus, ale nastrój zawsze się udziela. Zapach wody oceanicznej, mewy fruwjące bez sensu w tę i z powrotem, i ten spokój...Dźwigi i żurawie w oddali. A z daleka, od strony kontynentu ciemne niebo, bo zasłona z kurzu niesionego wiatrem nadciąga nad miasto... Zapowiada się zmiana pogody. Popada wreszcie, czy tylko postraszy?

10 czerwca 2005 (piątek)

Mokro i pochmurno ale dość ciepło.
Robię sobie następny dzień wolny. Czyli mam super long weekend, bo i poniedziałek wolny – Urodziny królowej angielskiej (na papierze też australijskiej).

Jak to jest że są „superludzie” z umysłem gigantem, że i komputer im rady dać nie może jak David Tammet – 26-cio letni Anglik, czy 53 letni Kim Peek, a są też tacy z drugiego pogranicza, co to niby wyglądają na ludzi, ale mózgownica u nich bardziej zbliżona do szympansa niż do homo sapiens.
Dlaczego??


12 czerwca 2005 (niedziela)

Dziś pojechaliśm na grzyby 120 kilometrów za miasto. Pogoda marzenie, widoki po drodze piękne. Z jednej strony wysoki brzeg oceanu- właściwie zatoki – z drugiej ciekawe wzgórza. Las ma też niepowtarzalny urok, usytuowany na wzgórzach jest niesamowicie urozmaicony. A maślaków zatrzęsienie, ale rydzów jeszcze nie ma. Późny sezon. Wróciliśmy głębokim popołudniem właściwie wieczorem.
Ja to mam jednak cygańskie zacięcie... jak ja lubię tak jechać przed siebie, bez specjalnego celu, tylko po to aby obcować z przyrodą... A na grzybach, ni z tego ni z owego pojawił się mój druh Zen i powstał szkic kolejnego felietonu. Tylko dla tego spotkania, warto było jechać taki kawał...

8.JPG

14 czerwca 2005 (wtorek)

Zima w pełni... Rozpadało się. Dziś po czterech dniach wolnych wracam do pracy.

Równo rok temu wygrzewałem się na hawajskich plażach, a parę dni później wystawiałem się do kalifornijskiego słońca, a teraz marznę w Australii. Tak tamten rok był piękny, obleciałem świat naokoło, już się to raczej nie powtórzy. Ale stare przysłowie jeszcze raz się sprawdziło – wszędzie dobrze ale w domu najlepiej...
Przyjemnie powracać do swojego domu, do tego czystego powietrza i spokoju...

Wczoraj pogoda nie najgorsza i spędziłem dzień na baaardzo długim spacerze, wzdłuż wybrzeża morskiego. Nie byłem sam, nie nudziłem się... Bryza morska zawsze tak romantycznie nastraja. Plaża dzika jak z piosenki Czerwonych Gitar, opustoszała, tylko paru chłopców uganiało się na deskach i parę wydekoldowanych nastolatek paradowało na promenadzie.

« Jubel - Felieton | Strona główna | Pięćdziesiątka - Felieton »