« Zdolne zwierze - Felieton | Strona główna | Jubel - Felieton »

15 maja 2005

Dzienniki - maj II - 2005

Long weekend trwa. Wczoraj trochę pokropiło. Susza praktycznie w całej Australii.

Nie pamiętam kiedy używałem wycieraczki w samochodzie,... ani porządnego deszczu. Jak zwykle wypełniam rytuał dnia – wszystkiego po trochu... Czytam książkę dydaktyczną na temat polskiej literatury ze szczególnym uwzględnieniem poezji.
Ado ruję poezję...


17 maja 2005 (wtorek)

Kylie Minogue, australijska gwiazda popu ma raka piersi. To wiadomość dnia we wszystkich mediach, we wszystkich dziennikach i wiadomościach.
Choroba Kylie stała się wydarzeniem publicznym. Media od razu zrobiły z niej siostrę losu Olivii Newton-John, która parę lat temu miała ten sam problem. Ale ja nie chcę o tym – chodzi mi o podejście do choroby-tabu jaką jest w Polsce, rak.
Ludzie na ogół boją się wypowiedzieć to słowo, aby broń boże nie zauroczyć. A przez to udawanie że tematu nie ma, przy braku komunikatywności w tym ważnym problemie, tak słabo wygląda profilaktyka. Bo wygrana z chorobą, to wczesne jej rozpoznanie, najlepiej w stadium zarodku czyli polipu. To wcale nie jest nieunikniona śmierć z jaką się ta choroba kojarzy. Tu w Australii – zaczyna się wyścig z czasem i bardzo często wygrywają lekarze wraz z pacjentami. Lekarz rozmawia normalnie o tych sprawach nic nie ukrywając, i efekty są.

19 maja 2005 (czwartek)

Moje dziecko częściej chodzi do kawiarni niż ja. I to można powiedzieć, służbowo. Często nauczyciele wybierają te przybytki na prowadzenie... lekcji. Szczególnie, italiańska kafejka w pobliżu szkoły jest popularnym miejscem. Tam chodzą w ramach języka włoskiego, a i każde zakończenie rozgrywek sportów szkolnych nie obchodzi się bez tego. Chcąc, nie chcąc i ja tam często zaglądam. Te nauczycielki też niczego sobie. Taka matematyczka, czy wspomniana już „pani od włoskiego” czy „anglica” to klasa dziewczyny. Aż przyjemnie odbierać dziecko...
Szkoły tu uczą inaczej. Już podstawówka ułożona jest tak jak za moich czasów studia.

2.JPG

Załączam fotografię z kierunkowskazem na dziedzincu szkoły podstawowej. A średnia szkoła to już typowy system uczelniany, nie ma kucia z lekcji na lekcję, tylko przygotowanie i opracowanie tematu, problemu, testy i zagadnienia.

21 maja 2005 (sobota)

12.JPG

Idę z samego rana w pięknej, jesiennej scenerii. Tak cicho i leniwie. Zrywam parę listków eukaliptusa...

Tak sobie myślę, że właściwie to powinienem zaprzestać pisanie tych dzienników, bo tak naprawdę nie mogę spisać wszystkich moich uczuć i myśli. Spróbuję pisać wybiorczo,... tylko to już nie ten autentyzm.
Po raz pierwszy od długiego czasu pracuję w weekend. Zwykle w piątek o wpół do piątej zapominam o pracy, tym razem mam tak dużo, że wziąłem do domu i będę pracował cały weekend. Projekty, blachy, żelastwo...
A tu tak pięknie za oknem. Ptaki dają koncert na pobliskich krzewach. O deszczu to już przyjdzie tylko pomarzyć. Tylko kilometry linii sprinklerów, powodują że nasze otoczenie jest ciągle zielone.

Podczytuję sobie często inne strony. Wpadam na wierszyk czy dwa do interesujących poetów (-ek), zaglądam do Magdy Umer czy Krystyny Jandy. Pani Janda pracowicie prowadzi swój dziennik i prawie codziennie „puszcza” coś ciekawego. Ostatnio napisała o bolesnym problemie który narósł w jej rodzinie po opublikowaniu tzw. listy Wildsteina.
Otóż na liście tej znajduje się imie i nazwisko... jej małżonka. I opisuje jak to z dnia na dzień, taka błaha z pozoru (przecież nie jednemu psu Burek) sprawa, staje się dramatem. Człowiek bogu ducha winny musi dochodzić swojej niewinności. A w tzw. środowisku aż huczy, człowiek i jego rodzina przeżywają koszmarne dni. Po paru miesiącach otrzymuje z IPN-u odpowiednie zaświadczenie. No dobrze, to dla tych najbliższych, ale co zrobić z tymi co huczeli, „czy mam sobie to na czole przykleić, żeby każdy widział” zastanawia się małżonek p.Jandy. To co przeżyli jest nie do pozazdroszczenia. I tak po analizie tego wszystkiego zdecydowanie zgadzam się z tymi wszystkimi co twierdzili, że lista ta wyrządzi więcej szkód i nieszczęść, niż przyczyni się do czegoś dobrego. Agenci i współpracownicy ciągle dobrze się mają a ludzie niewinni cierpią.


23 maja 2005 (poniedziałek)

Zamiast festiwalu Eurowizji oglądałem życie i twórczość hinduskiego mistrza sitaru: Ravi Shankara. Ten osiemdziesięcioletni staruszek gra jak za dawnych lat, z werwą i wirtuozerią. Patrząc na niego, aż chce się wierzyć w sztukę medytacji rodem z Indii. Ten jego błogi spokój, emanujące ciepło sprawiają że tego człowieka lubi się od razu. Oczywiście nie wspominając o muzyce, która jest dla mnie absolutnym arcydziełem. Ta muzyka działa na moją wyobraźnię.
Jakby tego było mało, obejrzałem też inne arcydzieło sztuki filmowej pt. Baraka.
Film o bogactwie natury i człowieczeństwa, bajkowo wręcz fotografowany i cudowną muzyką następnego tytana - Pillipa Glassa. (Mam CD Shankara grającego razem z Glassem). Nakręcany w 24 krajach, jest jakby wizytówką rodu ludzkiego. Pozytywną, ale i bolesną stronę naszej egzystencji. Pokazuje nasze tradycje, wierzenia, obrzędy, rytuały. Tu można zobaczyć jak różni jesteśmy, a jednocześnie jak bliscy sobie poprzez duszę którą angażujemy w to co robimy. Piękno ukazanej przyrody dopełnia klasę tego filmu. Można go oglądać wiele razy i chyba nigdy się nie znudzi. Ten film dla mnie jest akumulatorem świadomości - kim jesteśmy w swej zwykłej codzienności.


25 maja 2005 (środa)

Melancholijny nastrój nie mija.
Tak myślę jak ten świat jest inny, inny niż nam się wydaje. Czy my w ogóle odczuwamy ruch?...Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że w każdej minucie przesuwamy się w przestrzeni kosmicznej prawie 2000 kilometrów, a jutro o tej samej porze będziemy o 2.6 miliona kilometrów oddaleni od miejsca w jakim się teraz znajdujemy. Nieprawdopodobne. Niektórzy przez ten czas nawet kroku nie zrobią, a będą całkiem gdzie indziej... I to całkiem nieświadomie.
E,ee zaczynam filozofować!

Słucham Amerykanina w Paryżu G.Gershwina – arcydzieło nastroju, i zaraz potem Beethovena Sonatę księżycową – to niczym marzenie o ukochanej osobie krąży w przestrzeni.


27 maja 2005 (piątek)

Dziś z samego rana byłem tak roztargniony, że pojechałem zamiast do pracy, prosto przed siebie i dopiero dwa skrzyżowania dalej uzmysłowiłem sobie ten fakt. Myślę o... niebieskich migdałach...
4.JPG

Znów dostałem dyplom uznania w pracy, za ten ostatni projekt na którym tak intensywnie pracowałem. Przyszedł od jakiegoś brygadiera z departamentu obrony. Ja i tak sobie te dni odbiorę, panowie... Właśnie robię poniedziałek wolny. A swoją drogą to śmieszą mnie te dyplomy. Przypomina mi się PRL, tylko że tam to nie ja dostawałem. Ustawiam je przy biurku obok siebie. Chwalę się obcym, a rodzinie nawet o tym nie wspomniałem...

30 maja 2005 (poniedziałek)

Lepiej nie mogłem wybrać wolnego dnia. Pogoda wspaniała, relaksuję się.

Idę, idę, ścieżka różowym dywanem eukaliptusowego kwiecia wyścielana; stąpam po tym czarodziejskim dywanie, a nieskazitelnie błękitne niebo zawirowało moje myśli. Trwaj chwilo, jakże jesteś piękna – że przytoczę powiedzenia Fausta, Goethe’go.
Idę alejkami ogrodu botanicznego. Jest pięknie, jesiennie, pusto. Jest to jedno z moich ulubionych miejsc. Czuję się tu jak w domu. Wśród tych hektarów egzotycznych drzew i roślin, kwiatów i pnączy, tego zapachu i świeżości powietrza mimo centralnego usytuowania w mieście.
filodendron.jpg

Przechodzę obok potężnych „ciał” rosłych figusów. Do jednego z nich jak w miłosnym uścisku wcisnął się delikatny kwiat filodendrona. Dalej liście bananowców niczym żagle, tylko wiatru im brakuje.

Chciałbym zacytować też Ambrose Bierce: Miłość to chwilowe obłąkanie, na które lekarstwem jest małżeństwo.
Nic dodać, nic ująć. A inny myśliciel z kolei mówi: Najlepszym lekarstwem dla człowieka jest miłość.
Bądź tu mądrym...


« Zdolne zwierze - Felieton | Strona główna | Jubel - Felieton »