« Dzienniki - kwiecień II - 2005 | Strona główna | O Unii rozmowa między ... - Felieton »

1 maja 2005

Dzienniki - maj I - 2005

W Polsce długi weekend. U nas nigdy 1 maja nie był świętem, czasem związki zawodowe zorganizują jakiś mini pochód, ale to sprawy marginalne.

lofty16 (1).jpg
Zdecydowanie jesieny nastrój mnie opanował. Świadczy o tym choćby moja częstsza obecność przed ekranem i oglądanie fimów na DVD. Z polskich produkcji oglądałem ostatnio Pogodę na jutro, Jerzego Stuhra. Nie zachwyciłem się tym filmem. Zauważyłem, że Polacy robią tragikomedię w stylu komiksu filmowego. Przerysowane, przekolorowane po prostu... przedobrzone. Dialogi w filmie obieram jako nienaturalnie grane, mimo że każdy z aktorów ukończył Wyższą Szkołę Teatralną (i filmową), a takie to jakieś...Widziałem już lepsze filmy Stuhra.
Ostatnio też oglądałem Suplement K. Zanussiego. Ja już taki, podobny film jego widziałem. Deja-vu. Mimo to ten film znacznie lepiej się odbiera. Widziałem też amerykański film biograficzny o Ray Charlesie. Jest jednak olbrzymia różnica pomiędzy polskimi produkcjami a jankeskimi. PROFESJONALIZM! Co nie znaczy że Amerykanie (szczególnie Hollywood) nie kręcą masę chał.


4 maja 2005 (środa)

Słucham śpiewów gregoriańskich w świetnym wykonaniu Benedyktynów z klasztoru św. Michała i tak sobie rozmyślam o kruchości dziejów. Takie Cesarstwo Rzymskie. Ileż to potężnych władców nim rządziło, ileż ludzi przez nich cierpiało, ile wkładu włożono w wynoszenie nieprawdopodobnych wręcz budowli – cudów architektury jak na tamte czasy – i co... Kto to pamięta? Może dwa, trzy nazwiska tych najbardziej okrutnych. A taki Kommodus, Sewer Aleksander, Filip Arab, Galeriusz czy Walentynian... – nazwiska nieznane. Marność nad marnościami. Vanitas, vanitatum...

A pogoda ciągle piękna.
Aha, właśnie ukazał się mój wiersz w tygodniku Angora. W związku z tym otrzymałem kilka mailów z Polski. W ten sposób poznaje się interesujących ludzi.

6 maja 2005 (piątek)

To co się dzieje ze mną, to kontemplowanie swego bytu i sprawdzanie aż do przesady czy duchowo przeżyłem to czego oczekiwałem staje się nałogiem. Ja nigdy nie położyłem się tak sobie aby poleżeć, mnie jest szkoda na to czasu. Nie pamiętam kiedy się nudziłem – boję się zmarnować dnia. Czyżbym przeczuwam... koniec?
Co mnie pędzi do szybkiego życia. Takie poranne marsze...To coś więcej niż zwykłe chodzenie. To oczyszczenie psychiczno-fizyczne. Kontakt z Bogiem, analiza moralna i plany działania. No i efekt... to pisanie dzienników. Gdybym nie mógł pójść parę poranków z rzędu, pewnie bym się rozchorował. To jak narkotyk, choć muszę przyznać że zdrowy. A propos, nigdy tu w Australii nie byłem entuzjastą „drugs”. Zapaliłem trawkę raz czy dwa i to wszystko. Kiedyś w Polsce w epoce hippies trochę próbowałem, eksperymentowałem ale to dawne czasy. Byłem experienced jak śpiewał Hendrix.
lofty15 (1).jpg

Właśnie czytałem kunsztowną lirykę Ady Sroczyńskiej, poetki z Polski. Jakie ciepłe i bliskie są jej wiersze. Wyraziste i bezpośrednie, aż się chce czytać...
Poezja dla duszy a i humoru sporo.


9 maja 2005 (poniedziałek)

Dziś jestem trochę nie wyspany. Wczoraj późno wróciłem z koncertu. Grupa Jethro Tull zgromadziła komplet słuchaczy w sporej sali koncertowej. Większość na widowni w moim wieku, ale było trochę młodzieży, tej dojrzalszej. A widywało się też emerytów. Przed występem rozmawiałem z człowiekiem (około 40-stki), który na to wydarzenie przyjechał z miasteczka Mount Gambier – bagatela, 500 kilometrów. Zespół robi kolejny światowy tour; po Australii jedzie do Tokyo, a potem już z powrotem do Europy.
Wrażeń muzycznych sporo, ale czułem trochę niedosyt. Chyba dlatego że nastawiłem się na granie Greatest Hits, a oni w dużej części wybrali utwory mniej znane i przez to nie tak efektowne. Stąd wiele numerów na które liczyłem – nie usłyszałem. Nic to, może następnym razem...

Wczoraj też celebrowaliśmy Dzień Matki, więc obowiązkowy lunch w restauracji w większym gronie rodzinnym. Oczywiście przybytki te w takie dni zapchane są do ostatniego miejsca. Trzeba rezerwować z sporym wyprzedzeniem.
A i sobota była ciekawa. Późnym popołudniem usiadłem jeszcze do sztalugi i skończyłem obraz z kwiatami. Chyba skończyłem bo to nigdy z tym nie wiadomo. Nie jestem artystą-malarzem i sam oceniam się na trzy z plusem za to dzieło. Mogłoby być lepiej, ale przyjemność tworzenia jest najważniejsza. Nie jestem niestety (a może stety) perfekcjonistą, lubię ganiać się z czasem... Często żyję ze stoperem, taka moja natura.


11 maja 2005 (środa)

Indian summer trwa nieprzerwanie. Błękit nieskazitelny i pogodnie, choć ja jestem jakiś taki nadpobudliwy. Myśli mam nie skoordynowane, głowę trzymam w niewidzialnych obłokach. Chyba się nie zakochałem? W moim wieku... Przecież nie znam nawet obiektu mych myśli... To chyba poezja tak na mnie działa.

LOFTY6 (1).jpg
Aha, wydawało mi się, że dziś rano widziałem coś w rodzaju UFO. Słońce jeszcze nie pokazało się zza wzgórza, a trzy obiekty świeciły tuż nad nim. Po chwili został tylko jeden, ten największy. Długo go obserwowałem idąc, zszedłem w niższe partie alei i mi zniknął z horyzontu. Być może była to forma mini-chmurki, podświetlona promieniami słonecznymi, ale całe niebo było czyste. Mimo wszystko nie jestem przekonany, już takie obiekty widywałem. Raz nawet tak przekonywujące że mój kolega Australijczyk przysięga do dzisiaj, że to co wtedy widzieliśmy to przelatujące UFO. Ja pod tym względem jestem niedowiarkiem. Dopóki z bliska nie zobaczę – nie uwierzę. A coś co leci w powietrzu – dzisiaj takie rzeczy latają że...


13 maja 2005 (piątek)

Dziś po południu zaczynamy długi weekend. Poniedziałek wolny – chyba „święto konia”. Zawsze mi się mylą urodziny królowej z Adelaide Cup, bo następują po sobie. Nigdy nie wiem które jest pierwsze, ale to nie ważne. Dzień wolny się liczy.
Przeczytałem piękny tekst A. Michnika analizujący ponapoleońską Francję epoki Restauracji w nawiązaniu do polskiej rzeczywistości. Powołuje się on głównie na Stendhala i jego bohaterów w eseju pt. Czy będziesz dostatecznym łajdakiem? opublikowanym na łamach Gazety Wyborczej.
„Jednak świat jest zawsze taki, jakim my, ludzie, go czynimy. Przecież w najgorszym nawet świecie, wśród opresji i poniżenia, można żyć według wartości; można odrzucić oportunizm rytualnych gestów. Wymaga to tylko szczypty wyobraźni i odrobiny konsekwencji. Albo też trochę odwagi i sporo cierpliwości, gdyż po każdej - nawet najdłuższej - nocy wschodzi świt”.
Piękne prawda...
Adam Michnik przytacza gorzką prawdę i co najważniejsze ma całkowitą rację. Często mówi wręcz banały, ale niestety dla wielu ludzi wcale to takim oczywistym już nie jest. Ludzie zapominają, że istnieje coś więcej niż pokaźne konto bankowe i siła przebicia – a temu czemuś na imię: uczciwość.

Ukazał się mój kolejny „kawałek” w Świecie Nasz (www.swiecienasz.com) - magazynie polonii świata. Ostrzegam od razu, bez słownika języka polskiego - nie podchodź.
Podoba mi się to pismo (oczywiście, nie dlatego że właśnie tam piszę), bo jest inne niż wszystkie inne. Pani Redaktor – naczelna, dba o urozmaiconą treść i szatę graficzną.

« Dzienniki - kwiecień II - 2005 | Strona główna | O Unii rozmowa między ... - Felieton »