« Użytek wewnętrzny - Felieton | Strona główna | Dzienniki - maj I - 2005 »

18 kwietnia 2005

Dzienniki - kwiecień II - 2005

Dzisiaj zaczęły się dwutygodniowe, szkolne ferie. Na drogach będzie luźniej.

Dziś też zaczyna się konklawe i parę jeszcze innych rzeczy na świecie.

Nie jest źle. Trochę atrakcji, zmiany, a to powoduje że życie staje się interesującym. Weekend był miły, tak w aurze jak i w aktywności.
Byłem poza miastem, w gronie, na „barbi”.
Pracowałem trochę, i malowałem.
Piłem wino, golfa trenowałem
Itd, itp...
W niedzielę rano zrobiłem przed nabożeństwem dziesięć kilometrów marszowo.
A teraz idąc w poniedziałkowy ranek i rozmyślając o minionych dwóch dniach zdecydowanie zaliczam je do udanych.
park2 (5).jpg

Zacząłem czytać W. Łysiaka „Flet z mandragory”. Nie, nie ten oryginalny tylko ten przez niego przepisany. Już sama egzystencja tej książki jest niecodziennym pochodzeniem literackiego bytu. Wydana była po raz pierwszy w 1981 roku, po paru latach Łysiak zmienił „warsztat” – jak to sam mówił i przepisał ale tylko harmonii stylistycznej, bo treści merytorycznych nie zmienił.
Udoskonalił swoje dzieło twórczo.
Łysiaka się zawsze dobrze czyta, tak że i z tym utworem nie powinno być problemów, a raczej duchowe przyjemności. Zobaczymy...

20 kwietnia 2005 (środa)

HABEMUS PAPAM !
Te słowa po angielsku w wiadomościach radiowych obudziły mnie z samego rana.
Mamy nowego papieża, 265 następcę św. Piotra – Benedykta XVI. Niewielu obserwatorów sceny wytykańskiej spodziewało się takiego efektu konklawe. Prawdopodobnie najbardziej konserwatywny i konsekwentnie wyrażający się jasno na tzw. trudne tematy, został wybrany głową kościoła na ziemi. Co by nie mówić, na tron Piotrowy wchodzi człowiek ze zbudowanym już autorytetem i osobowością. Może z miejsca – zamiast tracić czas na tworzenie swego wizerunku – w całości poświęcić się pracy dla ludzi. Budować ich wiarę i szczęście z tym związane. Utwierdzać wiernych w przekonaniu że życie pełne wyrzeczeń i trudności też ma głęboki sens. Być szlachetnym, szczęśliwym i godnym. Przekonać nas że ustępstwa na rzecz wygód, niczego nie usprawnią i nie poprawią. Zadowolenia nie osiąga głównie łatwością życia. Trzeba mieć jakiś cel i konsekwentnie go realizować. Oczywiście, mówię o celu wyższym niż podnoszenie konta w banku. Realizacja powyższego jest sama w sobie wyzwaniem.
To jest tak, jak z tym którzy mimo że mogliby żyć spokojnie i „nic” by im nie brakowało, jednak szukają pełni szczęścia. Idą w wysokie góry, w niedostępne tereny śniegów i dżungli, wreszcie świadomie rzucają dobrobyt i żyją w ciężkich warunkach pomagając innym. Czy to zakonnicy, czy wolontariusze na terenach klęsk żywiołowych, czy nawet ci którzy do swoich dzieci dokooptują adaptowane a bez tych, żyło by im się dużo łatwiej.
Nie każdy to potrafi. Ja na przykład – nie. Nie mam w sobie żyłki altruisty. Może nie jestem typowym hedonistą - powiedzmy, potrafię sią tymczasowo „poświęcić”. Ale czy to wystarczające aby mianować się pełnowartościowym człowiekiem? Podziwiam tych którzy potrafią pójść na całość w tej materii.
most7 (1).jpg

Idę przy boisku...
Trzynaście białoczarnych ibisów płochliwie ustępuje mi z drogi, uskakując na bezpieczną odległość. Kaczki i kurki wodne widać już się oswoiły z moim widokiem, a sroki nic sobie nie robią z mojej obecności. Szare papugi wolą być daleko i odfruwają na pobliski dach. A lato trwa...

22 kwietnia 2005 (piątek)

Pogoda ciągle piękna. W poniedziałek ma spaść jakiś deszcz... Ciekawe, jak wygląda deszcz? Nie częste to zjawisko w ostatnich miesiącach. Długi weekend właśnie się zaczyna. W nowym biurze ciągle się czuje jak na wakacjach. Oprócz porannego marszu robię teraz spacery w czasie lunchu.
Śmieszne - cała okolica ożywa w południe i tak do czternastej. Zastępy urzędników tzw. white collar workers (pracowników w białych kołnierzykach) wylegają na aleje, chodniki, trakty. Pojedyńczo i grupowo robią piesze wycieczki wokół zalewu czy parku. Okoliczne kafejki zapełniają się do ostatniego miejsca. Pomagają w tym też liczni studenci i pracownicy naukowi bo w sąsiedztwie jest też uniwersytet. Czuję się tu świetnie. No i do domu dużo bliżej. Po półgodzinie od wyjścia z pracy jestem gotowy na małą grę tenisa z dzieckiem. Trenujemy od czasu do czasu...

25 kwietnia 2005 (poniedziałek)

Nie zobaczymy co to deszcz. Ciągle błękitnie i ciepło. Long weekend trwa. Były wycieczki po wysokim wybrzeżu morskim i po innych okolicach. Dziś z samego rana zrobiłem dziesięć kilometrów. Anzac day, czyli coś w rodzaju święta żołnierza jest świętem ogólnoaustralijskim. Pisałem o tym rok temu więc nie będę się powtarzać.

George Herbert powiedział że: „dobra matka jest więcej warta niż stu nauczycieli”. Było to jednak 400 lat temu, w dzisiejszych czasach dobry nauczyciel jest czymś jak najbardziej pożądanym. Należy go sprawiedliwie ocenić i sowicie opłacać inaczej poziom edukacji osiągnie poziom naszej telewizji a ta już blisko dna. Forma wiadomości, dobór programów rozrywkowych i sposób przekazu – brak mi słów oceny, tego tak kiedyś szanowanego medium.Dlatego jestem rzadkim gościem przed szklanym ekranem. Czy on jest jeszcze szklany?

27 kwietnia 2005 (środa)

Praca zawodowa mnie pędzi. Przyśpieszyły zegary i nawet się nie obejrzę a tu już głębokie popołudnie i czas do domu. Nie zaniedbuję jednak spacerów w czasie lunchu. Pracę umila mi muzyka Gershwina, mistrzowie baroku i rockmani. Nie jest to niczym niezwykłym, wielu ludzi słucha muzyki siedząc ze słuchawkami podłączonymi do komputera. Lato nie ustępuje, w czasie lunchu wybieram zaciemnione alejki ze względu na gorąco... Dużo ludzi aktywnie spędza lunch. Rozgrywają mecze siatkówki na okolicznych trawnikach. Sporo ludzi biega, jeździ na rowerze. Po lunchu prysznice są najbardziej okupowanym miejscem w biurowcach.
LOFTY5 (1).jpg

Skończyłem Łysiaka „ Flet z mandragory”. Niestety, nie jest to według mnie arcydziełem, jak niektórzy próbowali kreować przepisane na nowo dzieło przez autora.
Nic nowego pod słońcem. Takiego Łysiaka już czytałem. Oczekiwałem czegoś bardziej nowatorskiego. A tu prawie na każdej stronie... typowa Łysiakowa proza. Tradycyjny motyw dialogu starszych intelektualistów z których jeden musi być księdzem i na ogół przegrywać w ich dysputach moralno-religijnych. Co więcej, zawsze jest pogardliwie nazywanym przez adwersarza... klechą. Motywy sadystyczne to też żelazny punkt książek Łysiaka. Drażni trochę brak rozeznania autora w kulturach azjatyckich. Tutaj, wrzuca do jednego worka hinduski, indonezyjki, tajki i na siłę wmawia nam że to monolit. Może przekonać przeciętnego Europejczyka, ale nie samych Azjatów. Nie ma nic bardziej odmiennego niż te kultury. Jest jeszcze parę drobnych rzeczy rażących podczas lektury tej książki, jak typowy niezmienny, wręcz nudny stosunek autora do kobiet w formie ich przedstawiania. Podsumowując - książka niezła, ale czytałem już lepsze utwory tego autora.

29 kwietnia 2005 (piątek)

Dziś wieczorem rozpoczną się rozgrywki tenisa ligi juniorów. Dziecko już drugi sezon gra w najwyższej lidze. Mogłoby się wydawać że gra bardzo dobrze. Jest to jednak złudne, bo ci najlepsi grają z seniorami (czyli dorosłymi), lub koncentrują się tylko na turniejach. No cóż, profesjonalizm zaczyna się wcześnie, nawet od 14 roku życia. Moje dziecko podkreśla, że nie chce być profesjonalną zawodniczką. Szkoda... Pojeździłoby się na turnieje, bardziej podenerwowało, a i może i łezkę szczęścia uroniłoby się czasem. Pozostają więc lokalne zawody.
Pogoda jak do tej pory nas nie opuszcza, choć dziś tylko 20 stopni. Ale już jutro powrót do normy, czyli... 25 do 28-miu.
Jestem zachwycony kompozycjami Czajkowskiego, kompozytora rosyjskiego. Słucham Śpiącej królewny i Dziadka do orzechów i Jeziora łabędziego jak i koncerty i symfonie tego genialnego kompozytora. Teraz prawie codziennie. Przypomniało mi się jak dawno, dawno temu Aborygen – pederasta puszczał mnie i memu koledze płytę z tą muzyką próbując się do nas zalecać. Zaloty odrzuciliśmy ale chwaliliśmy go za dobry gust. Parę dni później jego pobratymcy wleźli do naszego domu przez okno i ukradli video-recorder. Trzeba powiedzieć, że 20 lat temu urządzenie to było dość drogie. Od tego czasu ograniczyliśmy nasze kontakty multikulturalne.

30 kwietnia 2005 (sobota)

Jestem na górze i wcale mi się nie chce złazić. Ciekawa rzecz, ja na górze stoję w słońcu a miasto w deszczu. Przez pewien czas zdobywając adelajdzkie wzgórze oglądałem się z niepokojem za siebie bo wydawało mi się że wielka deszczowa chmury idzie za mną. Na szczęście stanęła pod wzgórzami. Oglądam przez lornetkę moją dzielnicę. Cała w poświacie, wygląda że tam też pada.
Namachałem się pod ten Blackhill. Niby niewielkie wzgórze ale podejście trudne, no i nie podjąłbym się schodzić tą samą drogą. Zmieniłem trasę - powrotna droga znacznie łatwiejsza.
Jak mi się podoba ta natura. Byłem też na nie aktywnych jeszcze – ze względu na brak opadów – wodospadach. Mamy tych tras do łazikowania po wzgórzach a widoki piękne i tylko pół godziny samochodem do domu. W sumie to była tylko mżawka a nie prawdziwy deszcz. Z góry wyglądało groźniej.

« Użytek wewnętrzny - Felieton | Strona główna | Dzienniki - maj I - 2005 »