« Dzienniki - marzec II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - kwiecień I - 2005 »

1 kwietnia 2005

Wolontariusz - felieton

Coraz bardziej imponuje mi ten mój druh, Zen.

Przez tyle lat go znam a wciąż zauważam u niego coś nowego, czego wcześniej nie widziałem. Ale to nie kwestia spostrzegawczości, czy mojej pobieżnej oceny tego człowieka. Nie, to on się zmienia. I to zmienia się na dobre. Z roku na rok staje się coraz bardziej otwarty do ludzi. Co więcej, stara się im pomagać i to bez względu na sytuację, to znaczy: nie tylko wtedy kiedy wypada, ale często angażuje się w samarytańskie akcje, czy działania at hoc, tak z potrzeby serca.
Trochę mu tego podejścia do życia zazdroszczę. Tej zmiany która zachodzi w nim z roku na rok. Bo kiedyś przecież i on taki nie był. Kiedyś był zamknięty w sobie, grzeczny owszem, ale w granicach – na wyciągnięcie ręki. Chodził swoimi drogami i nie interesowało go co się dzieje w jego dalszym otoczeniu. Bez żadnej aktywności społecznej, żył zasadą – nie wychylaj się bo cię obetną. Tę zasadę w naszej demokratyczno-ludowej(?) ojczyźnie wpajano nam od dziecka. Słowo – działacz, brzmiało wręcz złowrogo. Bo wiadomo, kojarzyło się z… działaczem partyjnym, z rzadka z działaczem społeczno-związkowym, co w sumie sprowadzało się do tego pierwszego. Innych form działalności w dorosłym życiu nie znaliśmy, bo takowych w tamtym świecie nie było. To znaczy, były nieliczne stowarzyszenia, ale to była działalność niszowa. Zwykle w kółku zainteresowań czy w grupie o podłożu artystycznym. A tu masz. Zenek nie tak dawno z powodzeniem uczył żonglerki w miejskim klubie dzielnicowym, teraz wziął się za jeszcze ambitniejszą pracę społeczną – zbiera datki na ofiary tsunami. Jest po prostu wolontariuszem dużej organizacji charytatywnej. Zbiera pieniądze w różnych okolicznościach, poświęcając temu zajęciu sporo czasu. Kwestuje, wydaje pokwitowania w każdej sytuacji i jest dumny z tego. Dumny z pomocy potrzebującym.
Tak patrzę na niego i myślę: jemu to przeszło a mnie nie. Te wszystkie lata zakłamania, wykrzywienia prawdziwych wartości działalności społecznej, pozostawiły w moim organizmie trwały ślad. Ciągle pamiętam jak w ludowym wojsku polskim chorąży – działacz partyjny, namawiał mnie na wstąpienie do patrii (tej jedynej i słusznej). Po zdecydowanej odmowie z mojej strony kusił korzyściami jakie on wyniósł z przynależności. Poszedłem za ciosem i zapytałem o te korzyści. Okazało się, że dzięki partii ma wyższe wykształcenie! Z zainteresowaniem zapytałem gdzie kończył studia. Tu się trochę zmieszał i wyznał, że właśnie zrobił WUML (Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu i Leninizmu). I tu mnie zatkało… no w końcu uniwersytet. Nic dziwnego, że kiedyś tylu wykształconych ludzi mieliśmy.
To było kiedyś, a teraz moje stereotypy aktywności to: działacz ochrony środowiska który przykuwa się łańcuchami do buldożera, działacz społeczno-polityczny stojący całe dnie pod parlamentem z posterami protestacyjnymi, działacz praw człowieka robiący ciągle wycieczki do Baxter Detention Centre, czy roznegliżowany działacz równouprawnienia seksualnego maszerujący w pochodzie Mardi Gras.
A Zen jest naturalny jakby się tu urodził, a nie w systemie “pragmatycznych wartości”. Przecież i on był “zwichnięty”, ale jego organizm się samonaprawił a mój nie. I na samą myśl, że już nigdy nie będę aktywnym społecznikiem coś mnie ściska w gardle. No cóż, nie każdego socjalizm zmanieryzował. A ten na dodatek mnie dobija wiadomością, że od przyszłego roku zamierza włączyć się w akcję zbierania pieniędzy dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, Jurka Owsiaka. No tego to już nie przeżyję…


Wasz Chris

« Dzienniki - marzec II - 2005 | Strona główna | Dzienniki - kwiecień I - 2005 »