« Mój gość - Marek Baterowicz - literat | Strona główna | Ostatnie nagłośnienie - felieton »

15 lutego 2005

Dzienniki - luty II - 2005

Gorące dni znów panują w South Australii. Dzisiejszy dzień należy do smutnych. Idę na pogrzeb.

Pogrzeb znajomego Australijczyka. Znałem go od dawna, choć nie był bezpośrednio moim przyjacielem, sporo piwa i whisky razem wypiliśmy przez te lata znajomości. Pogrzeb o drugiej w jednym z hallów firmy pogrzebowej.
lofty13 (1).jpg

Odstępuję od zasady pisania tylko o poranku i piszę tych parę słów po pogrzebie.
W sumie to krótka uroczystość pożegnalna w dobrze klimatyzowanym pomieszczeniu gdzie na niewielkiej scenie wystawiona była trumna znajomego. Kwiatów nikt nie przynosił natomiast wrzucaliśmy datki na szpital w którym On był leczony ostatnie pół roku. Zaczął Elvis Presley i parokrotnie jeszcze śpiewał swym nastrojowym głosem. Uroczystość prowadziła kapelanka katolicka z wzmiankowanego szpitala. Poświęciła trumnę i odmówiła parę modlitw wspominając sporo o zmarłym bo znała go ze szpitala. Bratowa wygłosiła główną mowę pogrzebową i na ekranie obejrzeliśmy trochę zdjęć – migawek z życia zmarłego. Później, każdy z nas rzucił kwiat na trumnę żegnając w ten sposób zmarłego i przeszliśmy do sali bocznej gdzie był tzw. refreshment, czyli zimne napoje, kawa, herbata i ciastka. Była okazja do złożenia kondolencji najbliższej rodzinie. I to wszystko, rozjechaliśmy się do domów. Nawet nie wiem gdzie go pochowają, tzn. prochy po kremacji.
Marne jest życie ludzkie, dym się szybko ulotni, a pamięć zaraz po tym...


17 lutego 2004 (czwartek)

Sezon wężów w pełni.
Ostatnio opanowały teren naszej firmy. Ponieważ z tyłu budynków jest tor kolejowy i dalej teren otwarty – zarośla i krzewy, więc jesteśmy poletkiem doświadczalnym dla małych wężyków. Pojedyńcze okazy „dzieciaków” – 20, 30 centymetrów długości, dobrały się już do biur. W sekretariacie pojmano osobnika wijącego się nerwowo koło kopiarki, a i przy moim biurze widziano nie chcianych petentów. Oczywiście, zabijać nie wolno. Trzeba wygonić z terenu lub pojmać i wywieźć w bezpieczne miejsce. Już kiedyś o nich pisałem, ale to ta pora roku kiedy rodzą się młode i są bardzo ciekawe świata.
Problem w tym, że mały jest tak samo groźny (toksyczny) jak i dorosły osobnik. A z brązowymi wężami żartów nie ma.

Przepisuje parę utworów lirycznych Marka Baterowicza. Czym bardziej się wgłębiam tym lepiej smakują. Za jego zgodą zamierzam je wkrótce opublikować na tej witrynie. Poeta od 20 lat przebywa na Zachodzie a w samej Australii od 15-stu. Ma bogaty dorobek literacki, ale nie powinienem za wcześnie tego zdradzać. Jest to jedyna osoba tutaj, z którą mogę wymienić parę zdań na temat literatury i to na ogół listownie.


19 lutego 2004 (sobota)

Sport króluje w weekend. Wczoraj wieczorem, mecze klubowe dziecka w tenisa, dziś rano to samo tylko w barwach szkoły. A zaraz po tym wybieram na międzynarodowy turniej golfowy który jak co roku gości w naszym mieście.
LOFTY3 (1).jpg
Mam już bilety na dziś i jutro, więc parę godzin spędzę na trawie Royal Adelaide Golf Course. Pogoda idealna, obejrzę najlepszych golfistów Australii i ze świata. Jutro też wybieram się na finałową rozgrywkę. Cały turniej trwa 4 dni. Po dwóch pierwszych odpada gorsza połówka i w sobotę i niedzielę gra zwykle 70-stka najlepszych graczy. Suma nagród – milion dolarów – jest o co walczyć.


21 lutego 2004 (poniedziałek)

Niestety weekend nie należał do szczęśliwych. W niedzielę po golfie jeszcze zdążyłem się pożegnać z żony wujkiem który był mi tak bliskim. Po półgodzinie już nie żył. Śmierć spodziewana, od dwóch lat złożyła Go choroba, musiał być pod stałą opieką, ale zawsze ciężko rozstawać się z dobrym człowiekiem.
lofty19 (1).jpg

Był mi bardzo bliską osobą choć praktycznie nie moją rodziną. Zawsze będę Go mile wspominać.
Śpij z Bogiem Uncle Joe.


Spaliłem się na tych wielogodzinnych sesjach golfa. Twarz jak u Indianina. Psychicznie czuję się fatalnie. Myśli nasze zaprzątają cmentarze, wybory pochówku, ceremoniały pogrzebowe. Rzeczy o których wcześniej nic nie wiedzieliśmy. Jeżdżenie, telefony, wybór i ta paląca twarz...


23 lutego 2004 (środa)

W piątek pogrzeb. Już wszystko dopięte. Rozmawiałem właśnie telefonicznie z księdzem i ustaliliśmy szczegóły. Będzie muzyka Bacha i Handla, napisałem już parę słów na tę smutną uroczystość. Pogoda powinna być umiarkowana.

Piszę dużo, choć z korespondencją zalegam.
Myślę o wszystkim i o niczym.
Strasznie dziwny ten luty, dwa pogrzeby w ciągu 10-ciu dni.
Jeszcze ten felieton o pogrzebach napisany dość dawno, ale właśnie jutro będzie w gazecie. Jak na ironię...

25 lutego 2004 (piątek)

Dzień pogrzebu. Pogoda śliczna, cóż z tego...
Mimo wszystko nie opuściłem porannego marszu.
drzewo2 (1).jpg


28 lutego 2004 (poniedziałek)

Coraz trudniej obudzić się o poranku. Za oknem szarawo o wpół do siódmej, ale dzień jeszcze długi. Koło wpół do dziewiątej wieczorem ściemnia się.
Jakoś tak się dziwnie czuję. Brak tego zwykłego spokoju ducha. Te ostatnie dni takie inne. Wszystko obracało się wokół śmierci Wujka. W piątek odbył się pogrzeb. Było to w innym miejscu, niż 10 dni temu. Tylko tego dnia na tym jedym cmentarzu (jest jeszcze parę w mieście), było 19 pogrzebów. Ruch w interesie nie zamiera. Doskonały biznes, taka firma pogrzebowa, choć trzeba przyznać że są profesjonalnie przygotowani i prowadzą ceremonię bezbłędnie. I sposób załatwiania, cierpliwość, delikatność, dyskrecja i perfekcja. Nie wiem jak teraz jest w Polsce, ale te firmy nie mają nic wspólnego z zakładami pogrzebowymi jakie pamiętam z ojczyzny.
Ułożyłem mowę pogrzebową i powiedziałem ją po polsku. Przetłumaczoną na angielski powiedział australijski członek rodziny. Zaraz po ceremionii w hallu, nastąpił pochówek w katolickiej kwaterze olbrzymiego cmentarza. Polski ksiądz katolicki prowadził modły i też powiedział parę słów w dwu językach.
Spotkałem ludzi których już wiele lat nie widziałem.
Oby jak najmniej takich uroczystości...

« Mój gość - Marek Baterowicz - literat | Strona główna | Ostatnie nagłośnienie - felieton »